Subskrybuj

Moje świętych obcowanie

Pamiętam rozmowę z księdzem Tischnerem, ostatnią chyba, kiedy już właściwie wcale nie mówił. Leżał, a ja powiedziałem: „Słuchaj, ja właściwie myślę, że tutaj, po tej drodze, to Pan Jezus ze świętym Pietrem i Pawłem idą sobie i z ludźmi gadają...”. A on wyszeptał: „Tak”.

Chronologicznie rzecz biorąc, moim pierwszym kontaktem ze świętymi było spotkanie z Teresą z Lisieux (jak się miało okazać, jest ona lekarzem pierwszego i ostatniego kontaktu). Moja matka była wówczas ciężko chora i u Teresy z Lisieux szukała ratunku, żeby to cierpienie jakoś sobie wytłumaczyć i znieść. Widziałem, że jej to pomagało. Plącząc się koło jej łóżka i biblioteki, czytałem Łaski i cuda Teresy z Lisieux[1], gdzie najbardziej fascynowały mnie obrazki przedstawiające działania św. Teresy w czasie I wojny światowej: ktoś tonie, a ona go ratuje, ktoś ma urwaną nogę, a ona ją przykleja itp. I te wizje: że jest ta okropna rzeczywistość wojenna – bomby, szrapnele, Niemcy, Francuzi, a obok inna rzeczywistość, która interweniuje. Taki był mój dziecinny kontakt ze Świętą.

Jako starszy chłopak zacząłem czytać pisma św. Teresy z Avila, zwłaszcza Autobiografię i Twierdzę wewnętrzną. Na początku ta lektura wywierała na mnie wpływ raczej niszczący: św. Teresa wypowiada się bowiem przeciwko modlitwie ustnej, a zaleca modlitwę myślną. Przestałem więc najpierw nawet odmawiać pacierz, a potem nie byłem w stanie nawet się przeżegnać. Ale Benedykt, następny święty, po którego pisma sięgnąłem, nauczył mnie, że modlitwa ustna jest potrzebna, bo słowo ma sens i powoduje, iż myśl nie ucieka. Wagę słowa zrozumiałem na stare lata i dlatego odmawiam pacierz, jak Pan Bóg przykazał. Ale ogromny konstruktywny wpływ na mnie miała wizja „twierdzy wewnętrznej” św. Teresy z Avila, która do dziś mi została jako coś w rodzaju teorii budowy ludzkiej psyche.

Kolejna moja święta jest również karmelitanką – to Edyta Stein (s. Teresa Benedykta od Krzyża). Była świętą „inteligencką” i udowodniła mi, że również „wykształciuchy” mają w Kościele świętym swoje miejsce. Notabene dziwi mnie, że w kościołach karmelitańskich, w każdym razie w Krakowie, nie widziałem kaplicy Edyty Stein. W Edycie Stein nie było taniej, dewocyjnej pobożności; to „święta uniwersytecka”.

Antidotum na ten karmelitański ekstatyzm jest dla mnie św. Benedykt, którego czczę nieustannie od kilkudziesięciu lat. To święty zdroworozsądkowy: rób tyle, ile możesz; jeśli modlitwa, to nie za długa, aby przypadkiem nie przyplątał się diabeł; nie leż krzyżem trzy godziny, bo oszalejesz; rób wszystko na miarę swoich możliwości, ale stale, nie zaniedbuj się. I myśl!– św. Benedykt kładzie nacisk na lekturę i w ogóle na kulturę. Żeby myć ręce przed jedzeniem czy – jak powiedział mi jeden z ojców w opactwie tynieckim: „Pierwsza rzecz, jaką uczymy nowicjusza, to jak trzymać łyżkę i widelec”. To wszystko jest w regule św. Benedykta.

Jak już wspomniałem, św. Teresa z Lisieux towarzyszy mi także w moim dorosłym życiu. Jest tym, co Francja ma najlepszego. Ma w sobie egzaltację, w najlepszym sensie, duchowy płomień, który buzuje, choć go nie widać, ale buzuje po francusku, czyli w sposób zdyscyplinowany. Oto fragment jej pism – tłumaczę a vista. Teresa mówi do Jezusa mniej więcej te słowa:

Być Twoją małżonką. Być karmelitanką. Być w zjednoczeniu z Tobą matką dusz. To mogłoby mi wystarczyć… A jednak nie jest całkiem tak. Bez wątpienia te trzy przywileje są moim powołaniem: karmelitanki, małżonki i matki. Tymczasem jednak czuję w sobie inne jeszcze powołania: wojownika, kapłana, apostoła, doktora i męczennika. (…) Czuję pragnienie spełniania dla Ciebie wszystkich czynów najbardziej heroicznych[2].

To jest święta Teresa.

Najważniejszą świętą jest jednak dla mnie Faustyna. Może to zabrzmieć  heretycko, ale dzięki jej wizjom zapisanym w Dzienniczku, czyli rzeczywistości, która się przed nią odsłoniła, pojąłem sens „świętych obcowania” – oni są tutaj, tylko my ich nie widzimy. Dzięki Dzienniczkowi wierzę w Jezusa jako Chrystusa. Dobrze się czyta Ewangelie i starożytne teksty hermeneutów i dzisiejszych biblistów, ale ciągle Ewangelia jest odległa – nie tyle niewiarygodna, ile daleka. A tu się nagle okazuje, że Chrystus – jak pokazywał się w Palestynie, tak pokazuje się dalej, gdzie chce i komu chce. Faustynie pokazał się w sposób tak dla mnie przekonujący, że ona, prosta kobiecina z wioski pod Łodzią, nie byłaby w stanie tego wymyślić – tych wizji Chrystusa promieniującego, Trójcy Świętej czy życia wewnętrznego Pana Boga… Dla mnie to było niezwykle przekonujące. W moim przypadku wręcz… nie tyle Ewangelia uzasadnia Faustynę, ile Faustyna uzasadnia Ewangelię. Dzięki jej świadectwu trzymam się Kościoła rzymskiego, Biblii etc. Może wynika to z moich potrzeb artystycznych i z tego, że umysł mam mniej spekulacyjny, ale te wizje i to, co ona pisze, mnie przekonują.

Faustyna jest w pewnym sensie „nadczłowiekiem”, podobnie jak w ogóle święci. Dokonali transgresji, przekroczyli czysto ludzką biologię. Pokazali, że człowiek to nie jest tylko lepiej ukształtowane w ewolucji zwierzę, ale że jest w nim jeszcze inny pierwiastek, najważniejszy, który w nich ujawnił się w sposób zdecydowany. Dlatego – bez względu na pochodzenie – tworzą według mnie arystokrację Kościoła rzymskiego.

Faustynie też zawdzięczam wizję sądu ostatecznego. Mieszkając w dzieciństwie w Gdańsku, sam siebie straszyłem obrazem Memlinga. Patrzyłem, jak nieszczęśni potępieni usiłują się wydrapać w górę, a diabły ściągają ich na powrót do piekła. Ogarniało mnie rozpaczliwe przerażenie na myśl o wieczności potępienia. Faustyna zmienia nieco tę wizję sądu, bo koniec końców stajemy przed Jezusem, z którego serca wypływają promienie miłosierdzia. Oczywiście, jak ktoś się stawia, to mu Chrystus będzie sędzią, ale jeśli wyciąga rękę z piekła (Faustyna pisze o tej ostatniej chwili, ostatniej decyzji!), nie jest nieodwracalnie potępiony, Chrystus wyciągnie doń rękę i pociągnie go do góry. Dla mnie Faustyna ma inną niż Memling wizję sądu ostatecznego.

I wreszcie – last, but not least – Jan Paweł II. Tu krótka przypowieść. To działo się w okolicy tegoż Gdańska, gdzie – z racji choroby matki – mieszkałem  u obcych ludzi. Z jakichś powodów tłukli mnie tam rozwydrzeni młodzieńcy. I pamiętam, jak pewien rybak, imieniem Hinz, wielki i potężny w barach, zobaczył kiedyś, jak wrzucili mnie do rowu i okładali kamieniami, pokręcił głową i jednym ruchem odsunął napastników, po czym wziął mnie na ręce i wyniósł z tego miejsca. Jan Paweł II jest dla mnie jak tamten rybak Hinz – to dla mnie wzór, starszego brata, opiekuna, ojca. Jak Schutzengel(anioł stróż) z obrazków: dzieci idą nad przepaścią, a on je prowadzi….

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Świętych wyobcowanie i inne z nimi kłopoty