Baśniowe Alpy, miasteczka niczym z klocków lego, stoki narciarskie bez kolejek do wyciągów, najwyższa jakość produktów na świecie, czekolada Linda, góry złota i pieniędzy… Oto Szwajcaria: taka, jaką była aż do lat 90. W powojennych czasach jej mieszkańcy cieszyli się niezmąconym szczęściem i najwyższą średnią długością życia w Europie. Czerwona flaga z białym krzyżem dumnie łopotała tam niemal nad każdym budynkiem. Ozdabiała nawet osławione szwajcarskie scyzoryki. Idyllę zakłócało chyba tylko… ograniczenie prędkości na autostradach do 130 kilometrów na godzinę. Aby wyszaleć się w swoich mercedesach i porsche Szwajcarzy musieli jeździć na niemieckie autostrady. W latach 90. pękła jednak iluzja alpejskiego raju, skończyło się dobre samopoczucie mieszkańców. Najpierw wyszło na jaw uwikłanie szwajcarskich banków w transfer nazistowskich pieniędzy skonfiskowanych Żydom podczas wojny. Podcięło to skrzydła narodowej dumie opartej na przekonaniu, że republika helwecka nigdy nie zbrukała sobie rąk współpracą z Hitlerem. I niewiele pomogły tu 2 miliardy franków wypłacone przez miejscowe banki Światowemu Kongresowi Żydowskiemu. Z kolei bankructwo Swissair, zdaniem wielu najlepszej linii lotniczej na świecie, odebrało Szwajcarom wiarę w samych siebie. Nawet rodzime banki nie chciały udzielić kredytu upadającemu przedsiębiorstwu. Izolująca się od Europy i panicznie lękająca się świata Szwajcaria znalazła się w oku cyklonu: na globalizację zareagowała wzrostem nastrojów ksenofobicznych, sukcesem wyborczym szowinistycznego trybuna ludowego Christopha Blochera oraz erupcją resentymentów antyniemieckich. W listopadzie natomiast, w ogólnonarodowym referendum, w obawie przed islamizacją, Szwajcarzy opowiedzieli się za zakazem budowy w ich kraju minaretów. Katalizatorem narodowego gniewu okazał się wniosek gminy muzułmańskiej o dobudowanie 6-metrowej (to wysokość 1-piętrowego domu rodzinnego) wieży minaretu do istniejącego już meczetu na rogatkach 15-tysięcznego miasteczka Langenthal, uroczo położonego pomiędzy Bernem a Zurychem. W mieście, w którym – gdy w Alpach topnieją śniegi i wylewa miejscowa rzeka – chodzi się, niczym w Wenecji, po kładkach ustawionych na palach, zawrzało. Runęła lawina protestów. Błyskawicznie zebrano ponad 3,5 tysięcy podpisów, firmowanych przez komitet „Stopp Minaret”. Urząd miejski na pniu doliczył się 72 uchybień natury budowlanej. Ale rozumowanie włodarzy miasta nie było oparte na kryteriach architektonicznych: „Bez minaretów nie ma muezzinów, a bez tych ostatnich – prawa szariatu”. W sukurs langenthalskiemu ratuszowi przyszły władze federalne. W ciągu roku zebrano w całej Szwajcarii 100 tysięcy podpisów wymaganych do rozpisania narodowego referendum. Kraj utonął w plakatach przedstawiających zakrytą czarną chustą kobietę, z podobnymi do rakiet minaretami stojącymi na szwajcarskiej fladze, w tle. Sułtan Mehmed II Zdobywca chyba nie zrozumiałby oskarżeń o to, że strzelający w niebo minaret symbolizuje wojujący islam. Kiedy w 1453 roku zdobył Konstantynopol, było zupełnie oczywiste, że zamieni dumę chrześcjańskiego świata, świątynię Hagia Sophia, na meczet, którego minarety do dziś są jednym ze znaków rozpoznawczych miasta. Podobnie było podczas średniowiecznego pochodu islamu przez południową Europę. Prawosławne kościoły na Bałkanach i katolickie na Węgrzech masowo zamieniano na meczety i dobudowywano do nich minarety. Z kolei podczas hiszpańskiej rekonkwisty minarety przekuwano w dzwonnice katolickich kościołów. Do podobnej walki o symbole doszło w trakcie antytureckich powstań na Bałkanach na początku XX wieku oraz na początku lat 90., kiedy serbskie oddziały z upodobaniem niszczyły minarety w Bośni, uznając to za element „wojny cywilizacji”. Po raz ostatni meczet płonął w Belgradzie w 2004 roku jako odwet za albańskie ataki na serbskie cerkwie w Kosowie. Można więc ze smutkiem przyznać, że „żywa…
Dr hab., historyk i politolog na Uniwersytecie Alberta Ludwika we Freiburgu (Niemcy).