Subskrybuj
wieloletni członek redakcji miesięcznika „Znak”, prezes S.I.W. Znak, działacz opozycji demokratycznej, publicysta, tłumacz. Uczestnik ekipy Tadeusza Mazowieckiego w latach 1989—­1990. Członek władz organizacji społecznych, m.in. Fundacji Batorego, KiK­u, Fundacji Roberta Schumana, PEN­Clubu. Odznaczony m.in. Krzyżem...

Józef Życiński – biskup interdyscyplinarny

Są ludzie, którym – by sparafrazować tytuł znanego filmu – ze śmiercią jest wyjątkowo nie do twarzy. Do takich osób należał arcybiskup Józef Życiński, człowiek emanujący życiem jak mało kto.

Wiadomo było od dawna, że nie jest mocnego zdrowia, ale jego intelektualna i fizyczna ruchliwość, a także uderzająca młodzieńczość sprawiały, że nikomu przez myśl nie przeszło, jak szybko będziemy go żegnać. „Pan przychodzi jak złodziej” – mówi Pismo i rzadko kiedy te słowa brzmią tak przekonująco, jak wobec tej niespodziewanej śmierci.

Księdza Życińskiego poznałem w połowie lat siedemdziesiątych, kiedy zacząłem pracować w miesięczniku „Znak”, a on – wówczas prefekt częstochowskiego seminarium i początkujący uczony – pojawiał się w redakcji ze swymi tekstami albo wpadał na krótką pogawędkę. Jako niemal mój rówieśnik od razu zaproponował, byśmy mówili sobie po imieniu. Kiedy po nominacji biskupiej zadzwoniłem do niego z gratulacjami, życzeniami i pytaniem, jak się mam teraz do Ekscelencji zwracać, roześmiał się do słuchawki: „czy mój awans tak cię oszołomił, że zapomniałeś imienia Józek?”.

Życiński górował nad otoczeniem i przyjaciółmi przede wszystkim przymiotami umysłu i ducha: inteligencją, siłą argumentów, niesłychaną pracowitością i organizacją pracy. Nigdy nie epatował swoją godną pozazdroszczenia erudycją, która czasem zbyt obciążała jego teksty – nawet w publicystyce trudno mu było zrezygnować z nadmiaru skojarzeń i odniesień naukowych, literackich, filozoficznych. Tej wyższości jednak zupełnie się nie odczuwało – był wspaniałym, prostym i bezpośrednim rozmówcą, słuchającym z uwagą i szybko wyłuskującym ciekawe wątki z rozmowy. Dzięki temu inspirował. Cieszył się, widząc u rozmówcy „ruch myśli” i starał się, by z tego „ruchu” coś wynikło. Z pewnością wiele by mieli na ten temat do powiedzenia jego studenci. Sam też nieraz tych inspiracji ze strony Józka doświadczyłem. Jako początkującego redaktora „Znaku” zaprosił mnie do seminarium z odczytem na temat Czego świeccy oczekują od księży?, co zmusiło mnie do poważnego przemyślenia tego niebłahego tematu. Kiedy indziej – po jednej z dyskusji na prowadzonym przezeń wspólnie z księdzem Hellerem seminarium interdyscyplinarnym – wsłuchując się uważnie w moje niezbyt zborne wywody, wyłuskał z nich „racjonalne jądro”, a następnie skłonił do publikacji tekstu o roli metafory w fizyce, metafizyce i polityce. Życiński miał znaczny udział w „ruchu myśli”, który dokonywał się wówczas w Krakowie, a którego „Znak”, ze swoją znakomitą plejadą autorów, był jednym ośrodków. W ramach trzech głównych nurtów tematycznych miesięcznika, żartobliwie określanych mianem „stommizm, tomizm i atomizm” – czyli spraw społecznych, filozofii i nauk przyrodniczych – Życiński stał się rychło prominentnym przedstawicielem „atomizującego tomizmu”, czyli filozofowania w kontekście nauk przyrodniczych. Jego redakcyjne dyskusje z Mirosławem Dzielskim były godne Akademii Platońskiej. Dzielski miał postkantowską wizję nauki jako powinności przebijania się przez świat zjawisk i wyzbywania kolejnych złudzeń, jednak bez szans na dotarcie do świata rzeczy samych w sobie, a więc nauki jako w istocie praktyki duchowej o wymiarze etycznym. Życiński – przekonany, że rozum jest najpiękniejszym darem Bożym dla człowieka, danym mu po to, by mógł rozpoznać, jak się rzeczy mają, a wiec dotrzeć do prawdy – zżymał się, oponował, dowodził i obalał. Żal poniewczasie, że poza jedną niewielką dyskusją redakcyjną nigdy te dialogi nie zostały zarejestrowane i spisane. Wspomniana bezpośredniość i prostota była cechą nie tylko Życińskiego księdza, lecz także Życińskiego biskupa. Ta rzadka cecha hierarchów, w Polsce zazwyczaj dochowujących wierności dworsko-kurialnej etykiecie i manierom, przybierała czasem zaskakujące formy. Mam w pamięci taki obrazek: na jednej z ulic krakowskiego śródmieścia przed bramą wjazdową zatrzymuje się samochód, z którego wyskakuje biskup w pełnym rynsztunku i zaczyna się gwałtownie szamotać z zamkiem czy kłódką. Gdy podszedłem bliżej, rozpoznałem arcybiskupa Józefa, który przybył do Krakowa na ważne spotkanie i zostawiwszy szofera za kierownicą, energicznie szturmował zamkniętą bramę. Swoją aktywność i energię urzeczywistniał Życiński na ogromnie wielu polach: w duszpasterstwie, w nauce, w obfitym i wielogatunkowym pisarstwie, w organizacji tak znaczących wydarzeń jak lubelskie kongresy kultury, w pracy w watykańskich kongregacjach, w aktywnie prowadzonym dialogu ekumenicznym i międzyreligijnym. Do każdej z tych dziedzin wniósł coś od siebie, coś oryginalnego –jego działalność i jego twórczość będą z pewnością w przyszłości przedmiotem wielu analiz. Chciałoby się zapytać, czy…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Zmierzch religii smoleńskiej?