Na początek sięgnijmy spojrzeniem wstecz, do wieku XII. Sporem, który najmocniej naznaczył teologię tamtej epoki, był konflikt o metodę refleksji teologicznej pomiędzy Bernardem z Clairvaux i Abelardem. Tak w jednej ze swoich katechez ujął jego istotę Benedykt XVI: „O ile jednak w XII wieku mocniejsze pozycje zajmowała teologia »fides«, to obecnie w naukowym świecie dominuje teologia »intellectus«, o ile nawet nie »ratio«”[1]. Dlaczego zaczynam od tego przypomnienia? Otóż kiedy czytałam drugi tom Jezusa z Nazaretu, nie potrafiłam uciec od skojarzenia, że dokonany przez papieża wybór metody badań i sposobu przekazu rozważań ukazuje nową odsłonę tamtej debaty. O ile jednak w XII wieku mocniejszą pozycję miała teologia „fides”, o tyle obecnie w naukowym świecie dominuje teologia „ratio”. Nie jest to scholastyka, lecz podejście czysto racjonalne, wciąż podważające nawet treści podawane przez Magisterium jako te, które możemy całkowicie pewnie przyjąć z wiarą. Podejście to nie potrzebuje kultu, duchowość i przeżycia religijne traktuje co najwyżej jako pewne zjawiska socjologiczne lub psychiczne i gubi to, co Benedykt XVI już w pierwszej części swojej trylogii określił jako kluczowe dla chrześcijaństwa: żywą więź ze Zmartwychwstałym. Papieska książka w tym świetle jest z jednej strony wskazaniem nie wprost na niebezpieczeństwa radykalnego pójścia za teologią „ratio”, z drugiej zaś – podzieleniem się swoim obrazem Chrystusa, próbą zafascynowania Jego postacią: „Łącząc ze sobą dwie hermeneutyki [historyczną i teologiczną], o których przed chwilą wspomniałem, starałem się ukazać takie wpatrywanie się w Jezusa Ewangelii i słuchanie Go, które by mogło stać się spotkaniem oraz – we wspólnym z uczniami Jezusa wszystkich czasów słuchaniu Go – mieć także pewność rzeczywiście historycznej postaci Jezusa” (s. 8–9).
Pośpiech czy metoda?
Jakby zgodnie z tą zapowiedzią ze wstępu, w drugim tomie, w porównaniu z pierwszym, widoczne są dwa znaczące przesunięcia: jest mniej analiz i wiele badań jest referowanych dość pobieżnie lub jedynie zaznaczonych ze wskazaniem na bibliografię, za to o wiele wyraźniej wybija się w wielu miejscach medytacyjny, osobisty ton.
Najwyraźniej chyba jest to widoczne we fragmencie mówiącym o Ogrodzie Oliwnym: „Jednakże Góra Oliwna jest ta sama, co wtedy. Kto znajdzie się tam, stanie wobec dramatycznego szczytu tajemnicy naszego Odkupienia: tutaj Jezus doświadczył krańcowej samotności i całej nędzy egzystencji człowieka. Tutaj przepastna otchłań grzechu i wszelkiego zła przeniknęła do najgłębszego wnętrza Jego duszy. Tutaj przeżył wstrząs bliskiej śmierci. Tutaj pocałował Go zdrajca. Tutaj opuścili Go wszyscy uczniowie. Tutaj walczył także o mnie [podkreśl. E.W.]” (s. 163). Benedykt XVI, który w całej książce konsekwentnie używa pierwszej osoby liczby mnogiej, w tym jednym miejscu nagle redukuje ją do liczby pojedynczej. Dzięki temu ten zwrot wybrzmiewa mocnym dysonansem, akcentującym właśnie ten, bardzo osobisty w wymowie punkt narracji.
Kontrast między tym, co wypływa z duchowego doświadczenia, a tym, co jest owocem intelektualnych analiz, jest widoczny w całej książce, choć w pozostałych partiach tekstu nie jest tak wyrazisty, ma raczej charakter płynnego przechodzenia od jednego do drugiego. I tu rodzi się pokusa, żeby uznać, że papież po prostu zebrał posiadane notatki, połączył je luźniejszymi przemyśleniami i opublikował, chcąc wywiązać się ze zobowiązań wobec czytelników.
Rzeczywiście, można odnieść wrażenie, że papież, pisząc tę książkę, śpieszył się. Bierze się ono z odsyłania czytelnika do samodzielnego uzupełnienia wiedzy związanej z poruszanymi zagadnieniami, które autorowi wydają się ważne, choć nie najistotniejsze dla całości wywodu. Wynika ono także z obecności w treści tak syntetycznych akapitów, że wymagają kilkukrotnej lektury, aby stały się w miarę zrozumiałe.
Jednak nie wskazywałabym na tę przyczynę, jeśli chodzi o pojawienie się fragmentów o charakterze zbliżającym się do modlitewnych rozważań. Uważam, że ich obecność umotywowana jest przyjętą przez Benedykta XVI metodą.
Gra paradoksów z błogosławionym Newmanem w tle
Kluczowym elementem zastosowanego podejścia jest przyjęcie z wiarą ewangelicznych narracji i dopiero. Przywodzi to na myśl koncepcję rozwoju dogmatu opracowaną przez niedawno beatyfikowanego kardynała Johna H. Newmana. Rozwój ów opiera się na przyjęciu z wiarą danego (przekazanego) słowa. Następnym krokiem jest refleksja nad przyjętym słowem, życie zgodne z wynikającymi z niej wnioskami, rozumowanie oparte na przyjętych prawdach[2]. Praktyka życia jest tutaj papierkiem lakmusowym weryfikującym poprawność wnioskowania, a nade wszystko prawdziwość przyjętych z wiarą założeń. Jeśli słowo jest prawdziwe, wypełni się.
Ten sposób myślenia stoi w wyraźniej opozycji do przyjętej we współczesnym podejściu naukowym „metodologii podejrzeń”, negującej wszystko, co niemierzalne statystycznie czy eksperymentalnie, czemu często towarzyszy wprowadzanie tylnymi drzwiami uznanych przez danego autora aksjomatów, częstokroć nawet nie wyrażonych wprost. Taka postawa jest szczególnie problematyczna w rozwijaniu teologii, gdyż mnoży hipotezy, nie dając rozwiązań, i przez to stwarza poczucie, że wszystko wolno, bo jedna, pewna prawda nie istnieje. Zwalnia to z obowiązku jasnego zdeklarowania się, podjęcia decyzji, tymczasem z teologii winny wypływać konkretne wskazania religijne i rozwiązania etyczne[3]. Benedykt XVI pisze inaczej. Wskazuje na to, że w chrześcijaństwie splata się z sobą mnóstwo paradoksów i jednym z…