Subskrybuj

Zadziwienie cudem i cud zdziwienia

Jeżeli istnieje Bóg, w świecie muszą zachodzić i cuda, a jeżeli Go nie ma, nie ma też cudów. Kto wierzy w Boga, musi wierzyć także w cuda, kto nie wierzy, cuda musi uznawać za absurd. Albo – albo. Jest to w sumie spór ideologiczny, w którym ścierają się dwa światopoglądy, symbolicznie określane się mianem nauki i wiary. Z zasady spór ten nie może zostać rozstrzygnięty.

Do cudu można podchodzić w sposób wścibski i nachalny, jak opowiada o tym na przykład tekst Protoewangelii Jakuba. Rzecz dotyczy dziewictwa Maryi, czyli tego, że miała ona począć swego Syna bez współżycia z mężczyzną i pozostać dziewicą także po porodzie. Takie nadzwyczajne poczęcie i porodzenie miało być cudem wskazującym na boskość Jej Dziecka. Ewangelie kanoniczne są na ten temat dosyć powściągliwe i można różnie je interpretować. W połowie drugiego wieku powstał więc wyżej wspomniany tekst, w którym pojawia się akuszerka rozgłaszająca, że Maryja, pomimo że porodziła, pozostała dziewicą. Zadziwiający cud! Jednak wtedy na scenie pojawia się sceptyczna Salome, matka przyszłych apostołów Jakuba i Jana, która nie może uwierzyć w taki cud i pragnąc dowodów „namacalnych”, mówi: „Na Boga żywego, jeśli nie włożę palca mego i nie zobaczę jej przyrodzenia, nie uwierzę, że dziewica porodziła” (19, 3). Maryja więc odpowiednio się kładzie, a Salome wkłada palec w jej przyrodzenie i zadziwia się cudem dziewictwa Maryi. Proszę wyobrazić sobie, jak weryfikacja tego rodzaju cudu dokonywałaby się dzisiaj przy współudziale watykańskich kongregacji, lekarskich komisji, zebranych na konsystorzu kardynałów, komentarzy mediów i tłumów wiernych czekających jedynie na znak, by móc oddać się zbiorowej euforii.

Do cudu można też podchodzić dyskretnie, jak głosi podanie krążące pośród kartuskich mnichów. Gdy jeden z nich kopał grób dla zmarłego współbrata, natrafił w ziemi na doskonale zachowane ciało innego, zmarłego przez wielu laty mnicha. Mnich  grabarz w podekscytowaniu pobiegł do przełożonego klasztoru, ciesząc się, że oto będą teraz mieli w klasztorze świętego, do którego grobu będą ciągnęły tłumy, cuda będą się mnożyły, skończy się codzienna nuda. Przełożony jednak zgromił entuzjastę, nakazując mu zakopać cudownie zachowane ciało tak głęboko, by już nikt nigdy go nie odkrył, gdyż tego rodzaju cudowność odwodzi od  autentycznej pobożności.

Cudologie

Te dwie opowieści doskonale wprowadzają w dwuznaczny świat religijnych cudów, w którym splatają się sensacja i dyskrecja, pewność i zwątpienie, wiara i nauka, krzykliwy entuzjazm i rzeczowa analiza. Wszystkie religie mówią o cudach i we wszystkich religiach spotykamy „cudologie”, czyli różne, rozwijane przez wieki teorie na temat cudów oraz zajmowane wobec cudów postawy. Cuda to wdzięczny temat dla historyków i dziennikarzy, religijnych fanatyków i sarkastycznych sceptyków, psychologów i filozofów, teologów i naukowców, proroków i mistyków. Trudno nawet wyobrazić sobie, jak wielkie miałoby być archiwum, w którym zebrano by cały nagromadzony przez ludzkość w ciągu wieków materiał dotyczący cudów: relikwie, hagiograficzne teksty, ekspertyzy lekarzy, opasłe tomy teologów i naukowców, obrazy, zdjęcia, filmy i tak dalej.

Rozglądając się w myśli po takim wyimaginowanym archiwum cudów, można by z jednej strony znaleźć tam dzieła podkreślające konieczność istnienia cudów religijnych, z drugiej zaś te mówiące o absolutnej niemożliwości ich występowania. Dla jednych ich istnienie jest czymś oczywistym i niepodważalnym, dla drugich zaś po prostu „nie ma cudów”. Klasycznym przykładem pierwszej postawy jest nowożytny rzymski katolicyzm, który na Pierwszym Soborze Watykańskim oficjalnie ogłosił: „Jeżeli ktokolwiek mówi, że cuda są niemożliwe i że wszystkie świadectwa o nich, nawet te zawarte w Piśmie Świętym, są zbiorem nieistotnych baśni i mitów lub że nie mogą być nigdy z pewnością poznane, i że boskie pochodzenie religii chrześcijańskiej nie może być przez nie potwierdzone, niech będzie wyklęty” (Konstytucja dogmatyczna Dei Filius, 3.4). Takie doktrynalne oświadczenie katolicyzm sformułował w reakcji na nurty ogólnie określane wtedy mianem oświeceniowych i racjonalnych, głoszące, że istnieje tylko ten świat i jego prawa i że nie ingeruje w nie żaden Bóg, którego najprawdopodobniej nie ma, a w konsekwencji w świecie nie ma i nie może być żadnych cudów. W sporach tych cud był monetą przetargową na rzecz istnienia lub nieistnienia Boga, Jego działania lub niedziałania w świecie, a przeświadczenie o istnieniu cudów – papierkiem lakmusowym na rzecz wiary lub niewiary. Jeżeli istnieje Bóg, w świecie muszą zachodzić i cuda, a jeżeli Go nie ma, nie ma też cudów. Kto wierzy w Boga, musi wierzyć także w cuda, kto nie wierzy, cuda musi uznawać za absurd. Albo – albo. Był to w sumie spór ideologiczny, w którym ścierały się dwa światopoglądy, symbolicznie określane mianem nauki i wiary. Z zasady spór ten nie mógł zostać rozstrzygnięty. Był to dialog ślepego z głuchym, po którym ślepy pozostał ślepym, a głuchy głuchym.

Między skrajnymi i przeciwstawnymi sobie biegunami, czyli między wiarą w niepodważalne istnienie cudu i teoriami o jego niemożliwości, powstała cała gama postaw i teorii pośrednich. Z jednej strony na kompromis poszli myśliciele spod znaku nauki i oświeconego rozumu, twierdząc, że choć na tym świecie wszystko odbywa się według niezmiennych praw, za cuda można ewentualnie uznać te zdarzenia, których nauka nie potrafi jeszcze wyjaśnić. Cuda więc wydarzały się tam, gdzie nauka nie docierała, a Bóg był ciekawą hipotezą służącą do wypełniania ciemnych dziur ludzkiej niewiedzy.

Na kompromisowe rozwiązania poszli także teologowie. Pojawiła się na przykład teoria demitologizacji, starająca się wytłumaczyć obecne w Biblii i żywotach świętych z minionych epok opisy cudów, które pomimo wiary w tego samego Boga obecnie – przynajmniej w takiej formie i na taką skalę – już się nie zdarzają. Krótko mówiąc, utrzymywano, że owe dawne cuda nigdy tak naprawdę się nie wydarzyły, lecz były jedynie barwną czy mityczną opowieścią, którą trzeba było zdemitologizować. Na przykład: Jezus nie chodził po wodzie, lecz ludzie wierzący w Niego zaczęli rozpowiadać, że chodził, aby tym sposobem wyrazić swoją wiarę w to, że był On Bogiem, który zmartwychwstał. Cud więc z realnego świata przeszedł w sferę języka i opowieści. To wszystko oczywiście nie zmieniło tego, że autorytety religijne podkreślały konieczność wiary w istnienie cudów, bo inaczej rozpadłaby się cała misternie zbudowana struktura systemu religijnego. W konkretnej codzienności było z tym trochę kłopotów, zwłaszcza gdy historia stała się tragiczna. Jahwe, który kiedyś przeprowadził swój naród wybrany przez Morze Czerwone, w XX wieku nie wyprowadził go z komór gazowych. Nie było zbawienia, zabrakło proroków i jedynym cudem obecności Boga był absurdalny znak Jego milczenia. Dla pociechy i aby jakoś usprawiedliwić Boga, który nie czyni żadnych cudów, niektórzy mówili, że o ile do tej pory Bóg był wierny swemu ludowi pomimo jego niewierności, o tyle teraz to ludzie powinni „mimo wszystko” dochować wierności Bogu (Etty Hillesum) i to byłby prawdziwy cud. Chrześcijanie z kolei zaczęli zastanawiać się, czy aby nie zmodyfikować swoich dogmatów i nie zacząć ponownie mówić o Nim cierpiącym w swoim „mistycznym ciele” lub odmówić Mu wszechmocy, co oczywiście także rozsadziłoby ich religijny system. Jeszcze inni dumnie i heroicznie wyznawali, że nie potrzeba im żadnych cudów, by wierzyć, bo cudem jest już sama wiara. Modny więc stał się zwrot przypisywany Tertulianowi: „credo quia absurdum est”. Tymczasem niektórym tu i tam pojawiała się Matka Boża, jacyś święci (czasem wątpliwej jakości) dokonywali drobnych uzdrowień, na których temat dyskutowały komisje teologów i lekarzy, a na podstawie ich ustaleń kościelne hierarchie kanonizowały ku radości tłumów. Sceptyczni naukowcy podrwiwali sobie z tego, o czym z rozbawieniem rozpisywali się dziennikarze, a pośród tego rozkojarzenia do sanktuariów i na kanonizacje świętych wyruszały przeładowane wiernymi pociągi, autokary i samoloty. Słowem: był ruch w interesie. W archiwum ludzkości na temat cudów istnieje inna jeszcze kategoria, którą można by opatrzyć mianem „możliwe, ale niekonieczne”. Na przykład Jan Kasjan piszący na początku piątego wieku i wyraźnie polemizujący z nadmiernym zainteresowaniem cudami w swojej epoce, w piętnastej Konferencji w usta Abby Nesterosa wkłada wywód o tym, że cudów mogą dokonywać święci i grzesznicy, Bóg i demony. Nie należy więc zwracać na nie większej uwagi, gdyż skupiają one uwagę człowieka na rzeczach zewnętrznych i odwodzą od prawdziwej religijności, która opiera się na czystości serca, czynieniu dobra i kontemplacji Boga. Kasjan uważał jednak, że cuda są przydatne do celów apologetycznych. Pisząc bowiem w okresie zagorzałych sporów doktrynalnych, utrzymywał, że cuda dokonane przez świętych mogą być argumentem przemawiającym na rzecz prawdziwej doktryny i odwodzić ludzi od zgubnych nauk, sprowadzając ich na drogę ortodoksji. Cóż, nawet Kasjan nie był doskonały. Takie bowiem podejście do cudów, Boga, świata i ludzi jest karykaturą religijności. Pomyślmy. Ktoś na…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Prezydencja na czas kryzysu