Subskrybuj
Publicysta katolicki, wieloletni redaktor „Znaku”, były prezes Klubu Chrześcijan i Żydów „Przymierze”.

Ziarno księdza Natanka

Sprawa ks. Natanka odsłania kilka zasadniczych problemów, z jakimi boryka się dziś Kościół w Polsce. Natanek jest jak papierek lakmusowy: dzięki niemu rzeczy zakryte stają się jawne.

Księdza Piotra Natanka bardzo łatwo jest ustawić w roli chłopca do bicia. Wystarczy zacytować fragment jego kazania albo jeszcze lepiej ściągnąć go sobie z Internetu na komórkę – i zabawa gotowa. Wiadomo: oszołom. Albo poważniej: przypadek dla psychiatry.

I pewnie coś w tym jest, a profesjonalny psychiatra mógłby tu rzeczywiście pomóc. Sprawa ks. Natanka wydaje mi się jednak na tyle ważna, że zasługuje na coś więcej aniżeli tylko prezentowane ostatnio w mediach i na tzw. salonach szyderstwo, uśmiech politowania czy wzruszenie ramion. Odsłania ona, moim zdaniem, kilka zasadniczych problemów, z jakimi boryka się dziś Kościół w Polsce. Natanek jest jak papierek lakmusowy: dzięki niemu rzeczy zakryte stają się jawne.

Problem pierwszy nazwałbym niedostatkiem myślenia religijnego. Nasz Kościół w swej pracy duszpasterskiej stawia na pobożność, nie zawracając sobie – i wiernym – zbytnio głowy trudnymi kwestiami teologicznymi, a nawet uznając je chyba za lekko podejrzane. W takiej zaś atmosferze, w której ważniejsze od myślenia są na przykład prywatne − siłą rzeczy subiektywne − objawienia i wizje, mogą pojawiać się zjawiska podobne do ruchu ks. Natanka (sto lat temu na podobnej zasadzie narodził się mariawityzm, zwłaszcza w jego wersji felicjanowskiej. Chciałoby się rzec: jaka kultura myślenia teologicznego, taka herezja). Nie przypadkiem wspominam tu o objawieniach prywatnych, bo, jak słyszę, jest w otoczeniu księdza Piotra wizjonerka, która ma – a przynajmniej twierdzi, że ma – bezpośredni kontakt z Jezusem. Po cóż zatem Natankowi teologia, skoro może słuchać głosu samego Boga? Odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta, ale żeby jej udzielić, trzeba używać rozumu, a nie tylko ulegać emocjom. Po pierwsze: objawienie prywatne musi zostać wszechstronnie zbadane (także przez specjalistów od psychiatrii) i pod każdym względem zweryfikowane, po drugie zaś: konieczna jest jego interpretacja. Nawiasem mówiąc, widzę jakiś paradoks w tym, że choć odeszliśmy od fundamentalistycznej (dosłownej) lektury słowa Bożego zapisanego w Biblii, to wciąż nie potrafimy używać zasad hermeneutyki w odniesieniu do słów Jezusa przekazanych nam przez św. Faustynę czy na przykład Rozalię Celakównę. Najwyższy czas się tym zająć, jednak może nie tylko w czasopismach naukowych, ale w seminariach, a jeszcze bardziej na katechezie.

Bez dobrej teologii – to znaczy sztuki stawiania istotnych pytań i poszukiwania odpowiedzi, a nie tylko pamięciowego opanowania dogmatyki – nie da się zrozumieć II Soboru Watykańskiego ani pontyfikatów kilku ostatnich papieży (w tym międzyreligijnego spotkania w Asyżu). Oraz – to rzecz dla Kościoła absolutnie kluczowa – roli Tradycji, pojmowanej nie jako niezmienny („martwy”) depozyt, ale płynący („żywy”) strumień. Bo – jak za Vaticanum Secundum pisał Jan Paweł II w liście apostolskim Ecclesia Dei, będącym odpowiedzią na nieposłuszeństwo abpa Lefebvre’a – Tradycja „wywodząc się od Apostołów, czyni w Kościele postępy pod opieką Ducha Świętego”. Obawiam się, że ks. Natanek i jego zwolennicy – także ci ukryci, którzy nigdy nie posuną się do otwartego wypowiedzenia swemu biskupowi posłuszeństwa, myślą jednak podobnie jak „prorok” z Grzechyni – tego nie pojmują (choć sam Natanek, o paradoksie!, jest profesorem historii Kościoła). I tak, patrząc na Kościół współczesny, zakładają „ciemne okulary” i zaczynają dostrzegać w nim zdradę, zerwanie ciągłości i zgniły kompromis z „duchem tego świata”. I stają się ślepi na działanie Ducha Świętego, który – także tu i teraz, a nie tylko w przeszłości – stopniowo prowadzi wierzących ku „całej prawdzie” (por. J 16, 13).

Niedostatek myślenia religijnego sprzyja udzielaniu prostych, by nie powiedzieć: prostackich, odpowiedzi tam, gdzie potrzebny jest głęboki namysł. Ludzie pokroju ks. Natanka nie zastanawiają się zatem specjalnie, gdy pada pytanie o zło świata. Oni wiedzą: to robota Złego. I mają pewnie rację, jeśli chodzi o przyczynę ostateczną – nie mają jej jednak, kiedy okazują brak zainteresowania przyczynami dużo bliższymi i nieraz zależnymi od nas. Bo przecież gdy pojawia się konflikt w rodzinie, gdy rodzi się nałóg lub ktoś nam znany zaczyna myśleć o samobójstwie albo wpada w depresję, nie trzeba od razu uciekać się do pomocy egzorcysty. Czasem wystarcza mediacja, terapia, odrobina miłości i życzliwości, konkretna pomoc, wytrwała modlitwa… Z kolei doszukiwanie się działania Złego w Kościele nie w zjawisku pedofilii duchownych, co akurat wydaje mi się słuszne, ale w innych niż akceptowane przez nas formy pobożności (takie jak np. udzielanie Komunii św. na rękę i przyjmowanie jej na stojąco, funkcjonowanie świeckich szafarzy i ministrantek, usytuowanie tabernakulum nie w centrum świątyni, ale w kaplicy bocznej etc.) uważam za zatrzaśnięcie się na cudzą wrażliwość religijną – i przejaw myślenia ideologicznego.

Ideologię dostrzegam również w przywiązaniu ks. Natanka i jego sympatyków do pomysłu intronizacji Chrystusa , tj. uroczystego ogłoszenia Go królem Polski. Ten problem określiłbym z kolei mianem religijno-politycznego. Zwolennicy intronizacji bowiem z reguły nie znają w pełni i opacznie rozumieją orędzie przekazane krakowskiej wizjonerce Rozalii Celakównie, manipulując nim i wyciągając zeń zaledwie jeden, interesujący ich fragment – przy pomijaniu elementów pozostałych. A przecież – mówi znawca pism Celakówny ks. prof. Władysław Kubik, jezuita – owa mistyczka „rozumiała intronizację nie w sensie politycznym. (…) Ona żyła rzeczywistością królowania Chrystusa wśród nas i wzywała, żeby tę rzeczywistość Jego królowania uznać, żeby ją przyjąć poprzez życie w łasce uświęcającej”. Rozalii chodziło o to, co wewnętrzne, a nie o zewnętrzny akt polityczny – to po pierwsze. Po drugie natomiast, podnoszenie dziś idei intronizacji Chrystusa oznacza (znowu!) niezrozumienie myśli Soboru i wynikającego z niej na przykład profetycznego gestu papieża Pawła VI, który zdjął z głowy tiarę, symbol doczesnego panowania Kościoła (co zaakceptowali wszyscy jego następcy). Wraz z Soborem, komentował prof. Stefan Swieżawski, skończyła się w Kościele epoka konstantyńska: Vaticanum Secundumwyzwoliło Kościół z tego związku z doczesną władzą, zrywając z modelem teokratycznym”. A przecież, gdybyśmy intronizowali Chrystusa na sposób polityczny, jak chce Natanek, zaledwie jeden krok dzieliłby nas od ustanawiania tu i teraz Jego widzialnych regentów. I o to w gruncie rzeczy może chodzić: o władzę. To marzenie niektórych ludzi Kościoła (albo też – o wiele częściej – osób instrumentalnie ów Kościół traktujących) sprzeczne jest nie tylko z soborową zasadą autonomii państwa i Kościoła, lecz przede wszystkim z Ewangelią Jezusa…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak odmienić Polskę?