Spośród różnych argumentów przytaczanych na poparcie idei kapłaństwa urzędowego kobiet w Kościele katolickim najistotniejsze merytorycznie wydają się dwa. Pierwszy z nich mówi, że odmawianie kapłaństwa kobietom nie licuje z ich godnością, a drugi – że nie daje się ono uzasadnić Biblią. Takie stanowisko jest z pewnością teologiczną ekstrawagancją. Trudno wspomniane argumenty utrzymać na gruncie teologii katolickiej, choćby z tego względu, że nie jest ona prostym biblijnym fundamentalizmem skojarzonym ze współczesnym językiem uprawnień, ale opiera się na nieco innych podstawach. Wiele wskazuje, że właśnie „język uprawnień” jest faktyczną „teologią” szerokiego nurtu publicystyki religijnej przynajmniej wtedy, gdy mówi ona o godności kobiety i kapłaństwie.
Pismo i Tradycja
II Sobór Watykański potwierdził prawdę podstawową dla teologii katolickiej. Jest ona ufundowana na przekonaniu, że do Objawienia Bożego należy zarówno to, co otrzymaliśmy w Piśmie Świętym, jak i Tradycji. Jak to dosłownie sformułowali Ojcowie Soboru w Konstytucji dogmatycznej o Objawieniu Bożym Dei Verbum: „Tradycja święta i Pismo święte obu Testamentów są jakby zwierciadłem, w którym Kościół pielgrzymujący na ziemi ogląda Boga, od którego wszystko otrzymuje, aż zostanie doprowadzony do oglądania Go twarzą w twarz, takim jaki jest (por. 1 J 3, 2)”. Nie zmieniły tego przekonania, krytyka historyczna ani też biblijna, które przeżywając kolejne „fale”, nie znalazły w świetle wiary wielu nowych zadowalających i prawowiernych odpowiedzi na stawiane przez nas pytania. Większość tych ujęć metodologicznie pozostaje przeważnie trudna do pogodzenia z chrześcijańskim logosem.
Jedno jest pewne: na twierdzenie, że „zarezerwowanie kapłaństwa tylko dla mężczyzn nie znajduje uzasadnienia w Biblii”, możemy odpowiedzieć zdaniem przeciwnym. Jednak sam tekst Pisma Świętego nie może być wystarczający dla teologii. Nie dlatego, żebyśmy mieli go lekceważyć, ale dlatego, że historia chrześcijańskich denominacji uczy nas, jak odpowiednio „przyrządzonymi” tekstami biblijnymi można uzasadnić prawie wszystko, jeśli odrywa się je od Tradycji Kościoła, „drugiego skrzydła” Objawienia.
Benedykt XVI pisze w adhortacji apostolskiej Verbum Domini: „Ostatecznie więc żywa Tradycja Kościoła pozwala nam zrozumieć we właściwy sposób Pismo Święte jako Słowo Boże”. Tradycja, która swoje źródło ma w Słowie, jest bowiem szersza od spisanych ksiąg, a nawet je poprzedza . Bez niej pozostają nam zamiast Słowa Bożego „przychodzącego z góry” tylko niezliczone subiektywne interpretacje i rekonstrukcje. To właśnie Tradycja potwierdza męską specyfikę kapłaństwa od czasów Ojców Apostolskich aż do dziś. Możemy też śmiało powiedzieć, że Pismo Święte nie sprzeciwia się temu w żaden sposób, a nawet daje silne oparcie. Ciągłość i kontynuacja są podstawowymi zasadami, jakie obowiązują w hermeneutyce pomiędzy wspólnotą Kościoła – Ciałem Chrystusa, działaniem Ducha Świętego a Słowem Bożym . Tradycja zatem jest nie tylko rzeczywistością, którą możemy ująć socjologicznie jako zespół nawyków i wzorów zachowania „ulegających zmianie w swej prawdzie”, ale jest także przestrzenią działania Ducha Świętego (por. Verbum Domini), a jak powiedział nasz Pan – „On Was wszystkiego nauczy” (J 14, 26). Kapłaństwo kobiet nie byłoby kulturowym problemem dla rodzącego się i wchodzącego w świat pogański Kościoła, kultura antyczna wręcz temu sprzyjała , a jednak Duch Święty nauczył Kościół czegoś zupełnie innego.
Godność kobiety
Drugim ważnym tonem, jaki słyszymy w argumentacji zwolenników kapłaństwa kobiet, jest teza bardzo nas dziś obchodząca i oddziałująca na wrażliwość „tego pokolenia”, czyli wspomniana już kwestia godności kobiety, a szerzej: także godności każdej osoby. Dlaczego opisałem na wstępie tę godnościową argumentację jako element języka uprawnień i dlaczego miałoby to być tak niewłaściwe? Każdemu przecież przynależy się godność jako osobie. Otóż argument ten, jak sądzę, wykracza poza to, co możemy powiedzieć w ramach refleksji teologicznej, ponieważ wychodzi on z odmiennego modusu myślenia, niezgodnego z samorozumieniem Kościoła. Stanowi raczej inwazję pewnego świeckiego nominalizmu do języka wspólnoty wiary. Taka swoboda w refleksji religijnej przynosi wiele zamieszania, które jednak wcale nie jest płodne, ponieważ zaciera prawdę o tym, kto jest Panem Kościoła.
O konieczności formacji filozoficznej teologów już nieraz wspominano. Braki w tej dziedzinie wydają się niemal gorszące wobec świadomości Kościoła Ojców silnie kształtowanej przez poczucie, że jako wyznawcy Prawdy stoimy po stronie rozumu, a nie zabobonu i pomieszania pojęć. Opieranie godności kobiety, czy godności jakiejkolwiek osoby, na „uprawnieniu” do spełniania takiej lub innej „funkcji” nie ma nic wspólnego z godnością, która jest dana nam od Boga. Godność „funkcjonalna” może być jedynie określona jako forma „uznania”, którą otrzymujemy od społeczeństwa. Jednak prawdziwa godność jest niezależna od społecznych czy życiowych przypadłości. Zatem „godność” pojmowana jako „uznanie” bliska jest fałszywemu pomieszaniu Kościoła z Lewiatanem, który mocą swojej suwerenności decyduje o życiu i śmierci jednostek, o ich godności lub odrzuceniu bez liczenia się z wolą Boga.
Trudno inaczej interpretować w tym kontekście argument godnościowy. Siłą rzeczy ma on jedynie charakter ideologii społecznej, której przejawy dobrze widzimy w świecie. Polega ona na nadawaniu charakteru „prawa” („uprawnienia”) subiektywnym oczekiwaniom jednostek lub grup interesów. Warunkiem tak rozumianej godności jest pozbawiona granic, będącą poza społeczną władzą Lewiatana, samorealizacja. Stawianie w ten sposób kwestii godności umniejsza i zniekształca zarówno właściwy sens tego, czym jest godność, jak i sens tego, czym jest kapłaństwo. Tam gdzie godność, a za nią kapłaństwo, jest uprawnieniem, nie mamy już do czynienia z religią Boga, ale z religią społeczną czy może po prostu polityczną.
By to dobrze zrozumieć, warto sięgać do tekstów klasyków myśli sekularnej poświęconych religii: Dantego, Marsyliusza z Padwy, Tomasza Hobbesa czy Jana Jakuba Rousseau. Ta część problematyki wydaje się nawet ważniejsza od interpretacji tekstu biblijnego, którą to sprawę dość wyraźnie określiła dla nas Tradycja w wypowiedziach Magisterium i praktyce Kościoła, takich jak deklaracja Inter insigniores czy list apostolski Ordinatio sacerdotalis. Kłopot polega bowiem na tym: czy chcemy, by u podstaw naszego myślenia leżał sensus catolicus, który – jak wierzymy i rozumem poznajemy – jest odbiciem tego, co Bóg mówił i mówi do Kościoła wszystkich czasów, czy secular reason, w którym każda religia jest jedynie plastycznym narzędziem władzy nad niszami społecznymi, a także czymś, co samo podlega władzy różnych form naszej subiektywności.
Ojcowie Kościoła opowiedzieli się przeciw religiom swojego czasu, wybierając pierwszą z odpowiedzi, i zachowali jedynie męskie kapłaństwo. Czy my dziś chcemy odrzucić to dziedzictwo? Byłoby to coś o znacznie większych konsekwencjach niż zmiana pojedynczej kwestii dyscyplinarnej. Co więcej, trzeba pamiętać, że dawne pogańskie kapłaństwo kobiet nie miało wiele wspólnego z ich godnością w żadnym ze współczesnych sensów. Było wynikiem naturalistycznej metafizyki wiążącej religijność z przejawami męskich zmagań o uznanie, w których kobieta pojawiała się jedynie jako narzędzie.
Kapłaństwo i macierzyństwo
Katrina J. Zeno, amerykańska autorka, propagatorka nowego feminizmu i teologii ciała, w swojej książce Podróż kobietyformułuje taką oto myśli: „Kapłaństwo nie stanowi ostatniego bastionu męskiej wyższości, tak samo jak macierzyństwo nie jest ostatnim bastionem wyższości kobiecej. Kościół katolicki odróżnia kapłaństwo urzędowe od kapłaństwa powszechnego. Każdy chrześcijanin poprzez sakrament chrztu włączony jest do kapłańskiej, prorockiej i królewskiej misji Chrystusa. Kobiety mają również swój udział w kapłaństwie powszechnym i dlatego powołane są do ofiarowania swego ciała jako żywej ofiary (zob. Rz 12, 1), tak jak i mężczyźni powołani są do podtrzymywania życia. Jednakże zgodnie z Boskim objawieniem, które również odnajduje swoje odzwierciedlenie w strukturze ciała, głównym charyzmatem kobiet jest duchowe i biologiczne macierzyństwo, tak jak głównym charyzmatem mężczyzn jest duchowe i urzędowe kapłaństwo” (s. 173). Oczywiście takie rozumienie spraw dalekie jest od precyzji, jaka wydaje się tu konieczna. Czy kapłaństwo i macierzyństwo nie należą do innych porządków? Czy mężczyzna nie jest także powołany do ofiary? W swojej treści powyższy cytat okazuje się w znacznej mierze retoryczną formułą wymagającą wyjaśnienia. Jednak nawet z tego pomieszania różnych rzeczywistości, jednej wynikającej z łaski sakramentalnej i drugiej wynikającej z natury człowieka, możemy zaczerpnąć pożyteczne dla nas myśli. Zarówno zdolność do macierzyństwa kobiety w porządku…