Zrównoważony, czyli jaki?
Pojęcie zrównoważonego rozwoju zostało wprowadzone już w XVIII w. przez Hansa Carla von Carlowitza. Mimo że pierwotnie odnosiło się jedynie do leśnictwa, jego użycie dobrze obrazuje kryjącą się za nim ideę. Ówczesna Saksonia borykała się z brakiem drewna potrzebnego w górnictwie i przy wytopie metali. Lasy znikały w zastraszającym tempie, niezbędny surowiec importowano z innych regionów, ale to tylko odsuwało w czasie moment, kiedy osiągalne zasoby po prostu się wyczerpią. Carlowitz postanowił wydać podręcznik, w którym uczył, jak dbać o odnawianie źródła, co w tym przypadku wymagało jedynie sadzenia nowych drzew i kontrolowania, żeby przyrost równoważył zużycie. W XX w. termin stał się znowu popularny, na skutek pojawienia się podobnych problemów, czyli wyczerpywania surowców. Tym razem chodziło jednak o surowce nieodnawialne, a zrównoważone ich zużycie zaczęło oznaczać wprowadzanie ograniczeń i poszukiwanie alternatywnych rozwiązań technologicznych.
Najpopularniejsza definicja zrównoważonego rozwoju określa go jako rozwój, który „zaspokaja potrzeby obecne, nie zagrażając możliwościom zaspokojenia potrzeb przyszłych pokoleń”. W dyskusjach międzynarodowych nie ma wątpliwości, że zawsze trzeba brać pod uwagę trzy elementy – środowisko, społeczeństwo i gospodarkę. Jednak w różnych językach samo brzmienie terminu „zrównoważony rozwój” zwraca uwagę na inne jego wymiary. W języku angielskim jest to sustainable development, czyli rozwój, który można utrzymać. Sugeruje to, że taki model wymaga włożenia pewnego wysiłku, który zapewniłby jego trwanie. W języku francuskim jest to développement durable, czyli po prostu rozwój trwały. Oba te znaczenia łączą się w niemieckim pierwowzorze – Nachhaltige Entwicklung. Inaczej jest w języku polskim. Słowo „zrównoważony” nie mówi niczego ani o wymiarze czasowym, ani o wkładzie człowieka, a wielu osobom kojarzy się błędnie z rozwojem, który można czymś zrównoważyć, czyli ostatecznie niegenerującym kosztów ekologicznych, lub z rozwojem równoważącym różnice w społeczeństwie (np. podczas VI Kongresu Obywatelskiego osoby, które brały udział w obradach sekcji poświęconej zrównoważonemu rozwojowi, pytały m.in. o sytuację osób bezrobotnych i resocjalizację więźniów). Wymiar społeczny oczywiście nie powinien być tu ignorowany. Można jednak zaryzykować stwierdzenie, że polskie tłumaczenie pojęcia odwraca uwagę od problemu wyjściowego, czyli ograniczonych zasobów.
Czy to mogło się udać?
Kiedy omawiany termin przeżywał swoją drugą młodość, import surowców do danego kraju czy regionu był problemem o wiele mniejszym, niż kiedy określenie powstawało. W XX w. wyczerpywanie zasobów nabrało wymiaru globalnego – jeśli zużyjemy do końca złoża na naszej planecie, będzie to oznaczało dokładnie tyle, że się skończyły. Dlatego tak ważne stało się ograniczanie – z czasem dotyczyło już nie tylko wydobycia surowców nieodnawialnych, ale także zanieczyszczeń, które mogły np. skazić skończone zasoby wody albo emisji gazów cieplarnianych, które mogły rozregulować jedyny, jaki mamy, klimat Ziemi.
Globalny problem nie mógł być rozwiązany inaczej, jak tylko przez współpracę w wymiarze światowym. Symbolem takiej kooperacji stał się wynegocjowany w 1997 r. protokół z Kioto, czyli porozumienie dotyczące przeciwdziałania globalnemu ociepleniu. Jego głównym postulatem było ograniczenie przez sygnatariuszy emisji gazów cieplarnianych w porównaniu ze stanem z roku 1990. Realizacji projektu podjęła się ogromna większość państw świata, które nie tylko wprowadzały w życie wypracowane ustalenia, ale też wkładały wiele wysiłku w przekonanie krajów mniej zaangażowanych. Dużym problemem okazała się postawa Stanów Zjednoczonych, jednego z największych emitentów dwutlenku węgla, które nigdy nie ratyfikowały protokołu. Niepokoił też kierunek rozwoju Chin i Indii, których rosnące gospodarki nie opierały się na zielonych rozwiązaniach.
Ważnym celem współpracy międzynarodowej stało się przekonanie nielicznych niepokornych do włączenia się w walkę z globalnym ociepleniem. Ostatnia konferencja klimatyczna ONZ, która odbyła się w Durbanie, mogła być zwiastunem przełamania impasu. Wszystkie kraje, włącznie ze Stanami Zjednoczonymi, Chinami i Indiami, zgodziły się na pakiet rozwiązań mających ostatecznie doprowadzić do podpisania „nowego protokołu z Kioto” w 2015 r. Kilkadziesiąt godzin później media rozpisywały się o formalnym wystąpieniu Kanady z grona sygnatariuszy protokołu. Tamtejszy minister środowiska, Peter Kent, uzasadniał to posunięcie oszczędnością – kary za niedotrzymanie deklaracji dotyczących emisji gazów mogły wynieść aż 14 mld dolarów kanadyjskich. Decyzję o wystąpieniu można byłoby traktować bardzo krytycznie, gdyby nie drugi argument mówiący, że porozumienie z Kioto jest po prostu nieskuteczne. Mimo wprowadzania nowych rozwiązań emisje nie spadły, lecz zwiększyły się w porównaniu z rokiem 1990 i to aż o 49%.
Czy całą walkę o zrównoważenie rozwoju należy uznać za porażkę? Mimo wszystko dużo udało się osiągnąć. Na pewno zwiększa się świadomość społeczna problemu. Chociaż nie potrafimy jej przełożyć na ograniczenie emisji gazów, wyraźnie rośnie popularność przeróżnych zielonych rozwiązań. Nawet notowania spółek na giełdzie zależą od tego, czy dana firma kojarzy się z przyjaznym nastawieniem do środowiska, czy raczej boryka się z reputacją truciciela. Naukowcy są jednak sceptyczni. Z jednej strony podsuwają nam coraz bardziej ekologiczne rozwiązania. Z drugiej zaś – opracowują plany ratunkowe na wypadek katastrofy.
Epoka lodowcowa. Tanio i szybkoJednym z częściej powracających zagadnień w debacie na temat zmian klimatu jest kwestia wpływu człowieka na temperaturę. Z jednej strony mamy tysiące badań, raportów i opracowań, potwierdzających ludzką winę, z drugiej – sceptyków, którzy badaniom zarzucają uproszczenia, raportom przekłamania, opracowaniom stronniczość. Ten dylemat nie ma żadnego znaczenia dla skuteczności…