Maria Poniewierska
Kościół w Polsce potrzebuje kompleksowej odnowy. Odnowy potrzebują kaznodziejstwo i katecheza, liturgia i formacja kleryków, księży oraz świeckich. Wielu ludzi tęskni za pogłębionym życiem duchowym, lecz nie znajdują dla siebie pomocy, przewodników
K., student kierunku humanistycznego, zapytany o kryzys w Kościele, odpowiada z pełnym przekonaniem: „Nie ma kryzysu”. I wyjaśnia: „Kościół nie zmienia się od lat, tylko ludzie zobaczyli nareszcie, jaki naprawdę jest i o co mu chodzi. A chodzi oczywiście o rząd dusz i o kasę”. To dlaczego ludzie nadal chrzczą dzieci i posyłają je na religię czy do Pierwszej Komunii? – dopytuję. „Bo tak jest dla dzieci lepiej. Można im na przykład aniołkami, Bozią wytłumaczyć śmierć. Zapewnić poczucie bezpieczeństwa. Przekazać zasady moralne. A do Komunii trzeba posłać, bo inaczej dziecko będzie prześladowane przez rówieśników. Jak dorośnie, samo zdecyduje, czy chce wierzyć”. K. do końca podstawówki mieszkał w małym mieście. Chodził na religię i do kościoła, nawet służył do mszy. Pamięta, jak z kolegami „prześladowali” (zapomniał jak) chłopca, który nie był wierzący. Po przeprowadzce do dużego miasta przestał praktykować. Dziś Kościół go nie obchodzi.
***
Według danych Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego w 2010 r. ok. 34 mln Polaków (89% populacji) było ochrzczonych w Kościele rzymskokatolickim. Badanie CBOS z ostatniej jesieni wykazało jeszcze wyższy odsetek osób przyznających się do katolicyzmu (95%). Od nas lepsza podobno jest tylko Malta. Czy to główny powód do samozadowolenia polskich duchownych i swoistego poczucia wyższości wobec innych narodów Europy, prezentowanego czasem w kazaniach albo jako argument na obronę katechezy w szkole? Świeccy również czasem grzeszą takim dobrym samopoczuciem. Jaka jest naprawdę jakość wiary polskich katolików? Z badań wynika, że w 2010 r. odsetek dominicantes wyniósł 41% (nie licząc dzieci i osób starszych). Powoli, ale systematycznie maleje liczba wierzących, spada poziom wiary i praktyk religijnych, zwłaszcza wśród tych, którzy deklarują się jako głęboko wierzący. Wzrasta natomiast liczba w ogóle niepraktykujących. Przytoczona wyżej rozmowa zdaje się to potwierdzać.
Kryzys wydaje się zatem sprawą oczywistą. Kościół hierarchiczny traci dramatycznie wiarygodność i autorytet w oczach świeckich, także części wierzących. W społeczeństwie demokratycznym przestał pełnić funkcję jedynej w czasach systemu totalitarnego publicznej przestrzeni wolności. Teraz już nie cieszy się tak powszechnym jak niegdyś uznaniem, ubywa tych, którzy udzielają mu kredytu zaufania. Coraz częściej jawi się – szczególnie młodym – jako instytucja opresywna, zakazująca doświadczać szczęścia na wszelkie dostępne sposoby. Wielu jest rozczarowanych Kościołem, którego skrywane dotąd grzechy (czasem od początku do końca zmyślone przez media) zostały pokazane w świetle jupiterów. Innych przestaje on w ogóle interesować, bo jest tylko jednym – i to raczej ponurym lub co najmniej nudnym – z zastanych elementów życia społecznego. Pogłębiają się podziały między Kościołem i światem, a także w łonie samego Kościoła. Trwa czas bolesnej weryfikacji jakości polskiego katolicyzmu, opóźnionej przez okres PRL-u. Podczas gdy Kościół na Zachodzie już w latach 60. musiał stawić czoło nacierającej kulturze konsumpcyjnej, w Polsce walczył wciąż o przetrwanie i o podstawowe prawa wiernych: do publicznego wyznawania wiary, do katechizacji, do zabierania głosu w sprawach społecznych. Wielu raczej wiarę demonstrowało, niż nią żyło na co dzień, i tak było jeszcze za pontyfikatu Jana Pawła II. Okazuje się jednak, że wiara katolicka przekazywana w ten sposób dramatycznie słabnie, bo brakuje jej zakorzenienia w Ewangelii. Sama tradycja dziś już nie wystarcza. Bo jak pisał o „polskiej duszy chrześcijańskiej” ks. Franciszek Blachnicki, twórca Ruchu Światło-Życie, integralnego, konsekwentnego i całościowego programu odnowy Kościoła (w Rzymie trwa właśnie jego proces beatyfikacyjny): dominuje w niej „uczuciowe, sentymentalne przywiązanie do tak zwanej tradycyjnej pobożności (…). Z jakim przejęciem wszyscy biskupi i profesorzy śpiewają pieśń Gwiazdo śliczna…, która jest w gruncie rzeczy infantylna, bez głębszej treści. Nie jest to złe, ale jakie dalekie od ducha liturgii…”.
Wizja Kościoła w Polsce i strategia odnowy Blachnickiego, bazująca na nauczaniu II Soboru Watykańskiego, była odmienna od programu prymasa Stefana Wyszyńskiego, który oparł się na pobożności ludowej mas wiernych. Jest dziś pewne, że dzięki Prymasowi Tysiąclecia Kościół przeszedł zwycięsko przez „morze czerwone” komunizmu. Teraz jednak płaci wysoką cenę za tamten czas, w którym zabrakło głoszenia Ewangelii nie jako nauki moralnej, lecz przede wszystkim jako przesłania radykalnie zmieniającego życie i otwierającego – zapierającą dech w piersiach – perspektywę całkiem nowego życia w pełnej wewnętrznej wolności. Ks. Jan Zieja, nazywany przez niektórych żywym dowodem na istnienie Boga, tak wspominał pracę w swojej pierwszej parafii: „Sięgnąłem po Ewangelię. Nie tylko podczas Mszy świętej była czytana, także na nieszporach. Nabożeństwa majowe – codziennie Ewangelia. Nie coś innego, jakieś czytanki o Matce Boskiej, ale Ewangelia. W październiku – na nabożeństwach różańcowych – ciągle Ewangelia. Przy różnych innych okazja – tylko Ewangelia. Ciągle głosiłem i tłumaczyłem Ewangelię. Skutek był doskonały”. A jak wygląda dzisiaj nasza znajomość – choćby tylko literalna – Nowego Testamentu?
Jest niewątpliwe, że Kościół w Polsce potrzebuje kompleksowej odnowy. Odnowy potrzebują kaznodziejstwo i katecheza, liturgia i formacja kleryków, księży oraz świeckich. Potrzebne są żywa teologia, katecheza dorosłych, grupy biblijne i modlitewne, dobrze przygotowani spowiednicy. Wielu ludzi tęskni za pogłębionym życiem duchowym, lecz nie znajdują dla siebie pomocy, przewodników. Owszem, są w Polsce miejsca wspaniałych rekolekcji, ruchy i wspólnoty. Są akcje modlitewne czy ewangelizacyjne. Chodzi jednak o to, żeby taką pomoc można było znaleźć na co dzień we własnej parafii, która dla większości wiernych jest podstawowym miejscem praktyk religijnych. Te zaś sprowadzają się dziś głównie do udziału we mszy i nabożeństwach. Odnowa parafii jako niemal naturalnej wspólnoty umożliwiającej osobiste przeżywanie wiary wydaje się zatem kluczem do odnowy.
Inną sprawą – równie pilną – wydaje mi się potrzeba przeprowadzenia rzetelnego rachunku sumienia, szczerego wyznania win i zadośćuczynienia skrzywdzonym. Nie myślę tu tylko o pedofilii, ale także o lustracji czy grzechach przeciw szóstemu przykazaniu. W odpowiedzi na oskarżenia kierowane przeciw klerowi, często agresywne i niesprawiedliwe, pojawia się postawa obronna: Ileż można się kajać!? Oczyszczenie jednak jest konieczne, żeby Kościół mógł odzyskać moc przyciągania ludzi wartościami Ewangelii. Trzeba pamiętać, że prawda obroni się mocą siebie samej. Nie ma lepszego przekazu wiary niż świadectwo realizowania jej w konkrecie własnego życia.
***
Msza w intencji zmarłych z rodziny. Misjonarz, od kilkunastu lat głoszący Ewangelię Turkmenom w Azji Centralnej, mówi z głębi serca: „Wyznajemy zmartwychwstanie, nie śmierć. Chrystus zmartwychwstał i dlatego wierzymy, że nasi zmarli także…