Subskrybuj
redaktor naczelna miesięcznika „Znak”, dr nauk humanistycznych w zakresie filozofii, publicystka. Specjalizuje się w tematach dotyczących społecznych przemian religijności, sporów światopoglądowych, relacji państwo-­Kościół, wielokulturowości i problemów mniejszości. Członkini Rady Fundacji na rzecz Chrześcijańskiej Kultury Społecznej...

„Interesuje mnie Kościół, który się dzieje”

Oczyszczenie to potrzeba przyznania się przed samym sobą i swoimi siostrami i braćmi że dzieje się jakieś zło, za które jestem odpowiedzialny. To ja jestem gorszycielem, który musi się nawrócić. Postulat oczyszczenia sięga do tego, co dzieli człowieka i Boga oraz ludzi między sobą. Tym czymś jest grzech, a nie źle działające struktury.

Czy zastanawia się Ksiądz Biskup, jaki obraz Kościoła mają ci, którzy odchodzą, zniechęceni doświadczeniami własnymi lub tym, czego na temat Kościoła dowiadują się z mediów?

Częściej zastanawiam nad tym, w jaki sposób my, pasterze, głosimy wiarę. To jest istotne. Interesuje mnie Kościół, który się dzieje. Wróciłem właśnie z Kongresu Nowej Ewangelizacji. Przyjechało tam 1200 osób przekonanych, że tym, co tworzy z nich wspólnotę Kościoła, jest doświadczenie spotkania z Jezusem Chrystusem, wspólne słuchanie Słowa, przyjmowanie sakramentów, nawrócenie. Wszystko inne – struktury, zwyczaje, zaangażowanie społeczne itd. – jest pochodną. Taki czy inny grzech lub małość można znieść ze względu na to, co jest istotą Kościoła. Po takim doświadczeniu inne myślenie o Kościele zawsze wydaje się nie dość głębokie. Jest powierzchowne, naskórkowe. Inna rzecz, że to, co jest najgłębszą prawdą Kościoła, powinno się także objawiać na jego powierzchni. W przeciwnym wypadku mamy do czynienia z antyświadectwem.

Kiedy myślimy o ewangelizacji Krakowa, która ma się odbyć w dość nieodległym czasie, zastanawiamy się przede wszystkim nad tym, do jakiego Kościoła chcemy zaprosić człowieka, który oglądając go z zewnątrz, nie ma najmniejszej ochoty wchodzić do środka. Nie wystarczy zapytać go: „Kim dla ciebie jest Jezus Chrystus?” i zostawić z tym pytaniem. Chrystus nie napisał żadnej książki, choć pisać umiał. Związał przekaz wiary ze wspólnotą. To we wspólnocie kryje się odpowiedź na pytanie, czym jest Kościół. Wprowadzić człowieka w osobowe spotkanie z Chrystusem można we wspólnocie Kościoła.

Ewangelizować to znaczy: zaprosić do Kościoła. Ostatecznie chodzi o spotkanie człowieka z osobą Jezusa Chrystusa, ale on ma rysy (twarz) Kościoła. Chrystus dąży do tego, aby się wcielać. Wciela się w Kościół.
Ważne jest pytanie, jak z orędziem o Jezusie Chrystusie zejść na poziom osoby. Dopóki się tego nie zrobi, nie ma ewangelizacji. Św. Paweł przemawiał do tłumów, ale jednocześnie docierał do osoby. W Efezie zachował się teatr, w którym Paweł głosił naukę Jezusa. Jest tam audytorium na 25 tys. osób. Dziś rzadko który ksiądz ma takie, publicyści tym bardziej. On przemawiając do takiej liczby osób, nie traktował ich jak tłumu, ale jako wspólnotę osób, z których każda jest ważna, wolna i odpowiedzialna. Na końcu stawiał pytania, które wymagały osobistej odpowiedzi, by np. przyjść i poprosić o chrzest. Nie chrzci się „społeczeństwa” czy „narodu”, chrzci się poszczególne osoby.

W Lumen gentium, jednej z konstytucji dogmatycznych przyjętych przez II Sobór Watykański, czytamy: „Kościół jest w Chrystusie jakby sakramentem, to znaczy znakiem i narzędziem wewnętrznego zjednoczenia człowieka z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego”. To, co w Kościele boskie, jest na pierwszy rzut oka niewidoczne, to zaś, co najbardziej widoczne, jest najczęściej czysto ludzkie i pod wieloma względami przypomina inne bardzo niedoskonałe organizacje.

Sakrament jest (to jego najprostsza, katechizmowa definicja) widzialnym znakiem niewidzialnej łaski. Kiedy mówimy, że Kościół jest sakramentem, podkreślamy najpierw to, że składają się nań harmonijnie, czyli są sobie wzajemnie przyporządkowane, dwa elementy – właśnie widzialny i niewidzialny (duchowy). Nie dla wszystkich jest to zawsze oczywiste. Niektórzy tak mocno podkreślają duchowy wymiar Kościoła, czyli to, co jest w nim niewidzialne, że kwestionują cielesność, strukturę, to, co widzialne. I odwrotnie – można tak bardzo akcentować to, co jest hierarchiczne, strukturalne, widoczne, instytucjonalne, że zaczynamy gubić duchowy wymiar Kościoła. Napięcie pomiędzy tym, co widać, a tym, czego nie widać, jest nieuniknione. Tak, jak w przypadku wszystkich sakramentów, przy całej skromności tego, co widać , ważne jest to, co się za nią kryje: potężna Boża rzeczywistość . Mamy siedem sakramentów i jakby „prasakrament” – Kościół. Wszystkie te sakramenty, nie tylko Kościół, mają bardzo skromną formę zewnętrzną. Natomiast wiarą możemy dotrzeć do tego, co jest potężne. Oczywiście trzeba też pamiętać o tym, o czym wspomniała Pani w pytaniu: znak jest sensowny o tyle, o ile wskazuje poza siebie. To jest bardzo twórcza intuicja. Jest ona zresztą powtórzona w tekście, którego, jak sądzę, niestety prawie nikt nie czyta, mianowicie we wprowadzeniu do Mszału Rzymskiego. Akcentuje on obecność Chrystusa w zgromadzeniu wiernych, mówiąc, że ta obecność jest równie realistyczna jak w Najświętszym Sakramencie. Nie jest tego samego rodzaju, ale jest równie rzeczywista.

Po czym możemy poznać, że w Kościele działa Chrystus?

Wtedy, gdy widać w nim realizację przykazania miłości. Jest o tym mowa w piętnastym rozdziale Ewangelii św. Jana. Chrystus podczas ostatniej wieczerzy mówi uczniom: „Miłujcie się wzajemnie, tak jak ja was umiłowałem”. Miłujcie się tą miłością, która jest nazwana agape. W języku polskim mamy jedno słowo „miłość”, a grecki zna aż cztery różne określenia. Agape oznacza kompletnie nową jakość życia. Pojawia się właśnie dzięki temu, że człowiek wchodzi w relację z Bogiem. Benedykt XVI w swej pierwszej encyklice komentował tekst z Księgi Rodzaju opowiadający o drabinie Jakubowej. Jakubowi śniła się drabina łącząca niebo z ziemią, po której wstępowali i zstępowali aniołowie. Benedykt XVI interpretuje ten obraz jako ludzkie doświadczenie miłości: miłości wstępującej z ziemi do nieba. To może być miłość między mężczyzną a kobietą, miłość dziadka do wnuka i vice versa. Jest też jednak miłość, której się człowiek sam nie nauczy, która nie jest naturalna w takim znaczeniu, że nie jest wpisana w ludzką biologię. Na przykład taka, jaką męczennik ma do tych, którzy go zabijają. Męczennik, modląc się za tych, którzy go mordują, zachowuje się w sposób nienaturalny, jeśliby uznać za prawa natury to, co wynika z naszej biologii. Ten rodzaj miłości przychodzi dzięki intensywnej, intymnej relacji z Bogiem, czyli właśnie zjednoczeniem z Nim – poprzez modlitwę, otwarcie na Słowo, życie sakramentalne. Gdy taką miłość widać, ludzie mówią: „Coś jednak w tym Kościele jest”.

Co sprawia, że ten rodzaj miłości staje się dla człowieka czymś realnym, a nie tylko teoretycznym przekonaniem, że Bóg kocha nas tak bardzo, że oddał za nas swoje życie i z szacunku dla tak wielkiego poświęcenia musimy teraz wypełniać wszystkie Jego przykazania?

To nie jest żadna teoria! Kiedy ktoś analizuje przypowieść o miłosiernym Samarytaninie, próbuje odnaleźć się w każdej z postaci: w lewicie albo kapłanie, albo nawet w samym Samarytaninie, tylko nie w tym pobitym człowieku. Tymczasem klucz do zrozumienia tej przypowieści leży gdzie indziej, przynajmniej tak uważano w starożytności: trzeba zobaczyć siebie w pobitym człowieku. To ja jestem pobity, ja jestem trupem, jestem nagi, porzucony przy drodze. To wszystko robi ze mną zło, grzech, szatan, świat, moje ciało. Jest jednak miłosierny Samarytanin, którym jest Chrystus. To On mnie leczy, On mnie pielęgnuje, uzdrawia. Dopiero mając to doświadczenie, mogę sam stać się miłosierny. Jeżeli go nie mam, to co niby miałoby we mnie wyzwolić miłość, która nie jest oczywista? Miłosierdzie nie jest miłością opartą na zasadzie wzajemności. Samarytanin dla Żyda był wrogiem, zdobył się na akt miłości wobec nieprzyjaciela. Oznacza to, że Chrystus mnie ukochał, kiedy byłem Jego nieprzyjacielem, a nie, kiedy byłem Mu przyjazny. Jeśli tego doświadczam, zaczynam trochę rozumieć, na czym polega radykalizm miłości w Bogu. Nasz problem polega na tym, że nie mając tego doświadczenia, powtarzamy wciąż: „miłosierdzie, miłosierdzie, miłosierdzie”. A na myśli mamy w gruncie rzeczy sprawiedliwość. I tyle. Nic się nie dzieje. Gdzie ten radykalizm?

Niedawno odwiedzałem grupy młodzieży na oazach. Byłem m.in. na Oazie Nowego Życia. Czwartego dnia tych rekolekcji uczestnicy dokonują wyboru Jezusa Chrystusa jako osobistego Pana i Zbawiciela, o co w zasadzie chodzi w ewangelizacji. Pytam się więc tych młodych ludzi, a był to dziewiąty dzień rekolekcji, czy było to dla nich ważne wydarzenie? Wszyscy potwierdzili. Pytam się: „Kto z was przed wyjazdem myślał o wierze w kategoriach osobistej relacji z Jezusem?”. Nikt spośród pięćdziesięciu młodych ludzi nie podniósł ręki. „A kto uważał siebie wcześniej za osobę niewierzącą?” Też nikt. Ci ludzie, z całą pewnością pobożni, pochodzący z dobrych katolickich domów, niezłych parafii, sądzą, że wiara polega na uznaniu, że Bóg istnieje. To przekonanie kształtuje ich światopogląd, sprawia, że starają się żyć moralnie, uczestniczyć w liturgii, modlić się. Osobistego spotkania z Chrystusem albo w ogóle nie ma, albo jest nieuświadomione. O czym to świadczy? To, z czego w Kościele rodzi się wszystko, jest dla większości katolików teorią! Może to działać jedynie do momentu, w którym brak fundamentu okaże się rozstrzygający. Ktoś spotka się ze złem w Kościele albo z kiepskim księdzem i jeżeli nie ma głębszego zakorzenienia, to takie doświadczenie wystarczy, aby się z takiego domu wynieść. Dlaczego ma coś takiego znosić? Z jakiego powodu?

Co można zrobić, aby chrześcijaństwo uczynić czymś konkretnym, a nie abstrakcyjnym systemem przekonań, pozostającym bez głębszego związku z życiem człowieka?

To nie jest nowe pytanie. W pierwszych trzech wiekach radykalizm życia chrześcijańskiego wyrażał się poprzez męczeństwo. Taki był czas, świadek to był martyr, czyli męczennik. Począwszy od wieku IV, kiedy perspektywa męczeństwa odsunęła się na drugi plan, pojawił się w Kościele nurt wspólnotowy. Mówimy tu o początkach życia monastycznego. Mnisi nie szukali jakiegoś odrębnego powołania, mieli jeden cel: radykalnie żyć po chrześcijańsku. Św. Benedykt czy św. Bazyli, dwaj wielcy zakonodawcy z Zachodu i Wschodu, mówili, że wspólnota, w której praktykuje się chrześcijaństwo, czyli przykazanie miłości, musi być bardzo konkretna. Benedykt wprost twierdził, że wspólnota może być maksymalnie dwunastoosobowa. Jeśli któraś rozrastała się ponad dwunastu mnichów, tworzył nową. Gdy odchodził z Subiaco, czyli swojego pierwszego miejsca życia zakonnego, pozostawił po sobie dwanaście wspólnot. Nie jedną stuczterdziestoczteroosobową, tylko dwanaście dwunastoosobowych. W tak niewielkim gronie wszystko, na czym miłość polega, sprowadza się do konkretu: wspólnoty modlitwy, pracy, wypoczynku. Tak samo myślał na Wschodzie św. Bazyli. Potężne klasztory (a takie były wcześniej), liczące po tysiąc albo nawet i po dwa tysiące mnichów uniemożliwiają praktykowanie Ewangelii lub czynią ją teoretyczną. Nikt nie ma trudności z kochaniem dwóch tysięcy osób. Chrześcijaństwo, aby nie było abstrakcją, potrzebuje trzech nóg: Słowa, sakramentu i małej wspólnoty. Podkreślono to również na II Soborze Watykańskim. To też powinno się przekładać na koncepcję…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Katolicy otwarci: Czy Kościół trzeba ratować?