Subskrybuj
b. redaktor miesięcznika „Znak”, współautorka książki Świat według Janki.

Afrykańskie dziecko z kąpielą

Na terenach starć zbrojnych nie ma dobrych rozwiązań, bo czy należy pomagać ludności tam, gdzie wymagana jest zgoda władz reżimu albo nieprzewidywalnego dowódcy bojówek? A tam gdzie taka zgoda nie jest darmowa – czy zapłacenie za nią jest już finansowaniem jednej ze stron konfliktu?

Niesłabnąca popularność literatury faktu zapewnia dziś szeroki strumień historii z najdalszych zakątków świata. W tekstach przedstawiających życie ludzi z odległych państw znaleźć można również odniesienia do wpływów Zachodu na ich codzienność. Nie chodzi jedynie o trudną spuściznę kolonializmu, ale także o różne formy pomocy humanitarnej i rozwojowej, które niejednokrotnie już spotykały się z krytyką. Po dziesięcioleciach działań pomocowych padają pytania o nieprzewidziane wcześniej skutki i słuszność samej postawy, która każe wyciągać rękę do biedniejszych. Reportażyści każą nam zastanawiać się, czy dopuszczalne jest, żeby przez wsparcie humanitarne na terenach objętych walką przedłużać konflikt zbrojny. Czy należy zwiększać wydatki na walkę z AIDS, kiedy wiadomo, że prowadzi to pośrednio do niedoboru lekarzy innych specjalizacji? Czy polityka Chin, które nie użalają się nad mieszkańcami Afryki, tylko prowadzą z nimi interesy, nie jest postawą bardziej godną naśladowania niż zachodni paternalizm, który do dziś każe nam myśleć o tym kontynencie z dziwnie gorliwą troską?

Kontrowersje wśród autorów budzą niekiedy nawet tak dobrze ugruntowane założenia pracy humanitarnej jak zasada neutralności i bezstronności. Jedyne, co po przeczytaniu ich tekstów można uznać za pewnik, to przekonanie, że o działalności pomocowej już nikt nie pisze bezkrytycznie.

Iluzja neutralności

Jednym z tekstów, który wzbudził najżywsze dyskusje na temat pomocy humanitarnej – w Polsce i na świecie – jest Karawana kryzysu holenderskiej autorki Lindy Polman (wydana przez Wydawnictwo Czarne w 2011 r.). Osią książki jest dylemat, który według dziennikarki towarzyszy organizacjom humanitarnym od ich powstania – czyli od założenia Czerwonego Krzyża przez Henri Dunanta 150 lat temu i początków profesjonalnego pielęgniarstwa stworzonego przez Florence Nightingale (w roku 1860 założyła pierwszą szkołę dla pielęgniarek). Dunant i Nightingale oboje mieli za sobą doświadczenia opieki nad żołnierzami rannymi w walce i świadomość, że brakuje osób, które taką pracą umiałyby się zająć. Oboje też poświęcili wiele lat na szkolenie ludzi w tym kierunku. Jednak, według Polman, ich poglądy bardzo się różniły. Dunant był przekonany, że pomoc należy się każdemu rannemu, niezależnie od jego narodowości. Nawet jeśli nie udało się kogoś wyleczyć, należało przynajmniej zapewnić mu godną śmierć. Nieopowiadanie się po żadnej ze stron i uznanie praw każdego człowieka do opieki jest do dziś jedną z zasad ruchu humanitarnego. Nightingale, jak czytamy w książce, uważała jednak, że bezcelowe jest leczenie żołnierzy, jeśli później mają oni wrócić na front. Podczas gdy Dunant przekonywał, że pomoc każdemu rannemu żołnierzowi nie tylko jest chrześcijańską powinnością, ale też przynosi oszczędności dla państwa zobowiązanego opiekować się inwalidami wojennymi, Nightingale była zdania, że nie należy niwelować kosztów wojen, bo może to prowadzić do ich częstszego występowania. Innymi słowy, neutralność według niej nie prowadziła wcale do szerzenia pokoju. I tego właśnie próbuje dowieść Polman, przytaczając kolejne przykłady współczesnych konfliktów.

Autorka pisze m.in. o obozie dla uchodźców w Gomie, w którym zamieszkało kilkaset tysięcy Rwandyjczyków po fali ludobójstwa w ich kraju. Pierwotnie uważano, że są to głównie rodziny ofiar uciekający przed mordercami. Po pewnym czasie okazało się jednak, że Hutu osiedlający się w obozie często mieli krew na rękach, a uciekali w obawie przed zemstą zdziesiątkowanych Tutsich. Opieka, jaką ich otoczono, pozwalała im odzyskać siły i odbudować struktury militarne. Według Polman obóz w Gomie był w najlepszym razie przykładem ogromnej niekompetencji organizacji humanitarnych i nieumiejętności rozpoznania sytuacji politycznej. W najgorszym – dowodem na to, że neutralność w konfliktach zbrojnych jest złudzeniem, a pomaganie rannym i chorym walczącym po stronie agresora – nawet jeśli padają ofiarą epidemii cholery – stanowi rodzaj kolaboracji.

Książka nie zostawia suchej nitki na humanitarystach, przedstawiając ich jako niepoważną „karawanę” złożoną z organizacji pomocowych, wspieranych przez naiwnych celebrytów i niekompetentnych dziennikarzy, którzy przenoszą się z miejsca na miejsce. Kierują się jedynie tym, żeby dotrzeć jak najszybciej do kolejnego miejsca dotkniętego jak najtragiczniejszą katastrofą, co zapewni im kolejne kontrakty i wpływy od rządów i prywatnych darczyńców. Janina Ochojska, która napisała przedmowę do tej publikacji, mogła jedynie stwierdzić: „Książka ta mówi o tym, jak nie powinno się udzielać pomocy” (s. 7).

Polman bardzo sprytnie dobiera argumenty, przywołując rzeczywiste wydarzenia, podając daty i miejsca, przez co jej książce nie można zarzucić przekłamania. Problem polega na tym, że nie robi ona rozróżnienia między pomocą humanitarną, rozwojową i misjami na terenach konfliktów zbrojnych, którym książka de facto jest poświęcona. W takich miejscach często nie ma dobrych rozwiązań, bo czy należy pomagać ludności tam, gdzie wymagana jest zgoda władz reżimu albo nieprzewidywalnego dowódcy bojówek? A tam gdzie taka zgoda nie jest darmowa – czy zapłacenie za nią jest już finansowaniem jednej ze stron konfliktu? Autorka to wykorzystuje, krytykując organizacje humanitarne za każdą z trudnych decyzji, pomijając jednocześnie fakt, że do ich zadań nie należy działalność polityczna ani interwencje zbrojne. Według Polman karygodne jest przekazywanie żywności, leków i pieniędzy wojsku, które kontroluje jakiś region, jeśli nie ma możliwości sprawdzenia, co stanie się z darami. Godne potępienia jest jednak także udzielanie pomocy na własną rękę bez konsultacji z administracją danego terenu i bez lokalnej koordynacji. Złe jest pozostawienie mieszkańców terenów konfliktu zanim sytuacja się ustabilizuje, ale nie jest też dobre przedłużanie misji po to tylko, żeby dostać więcej pieniędzy na projekt. Podejrzana jest współzależność organizacji pozarządowych i mediów, choć nie dowiadujemy się, jak NGO miałyby pozyskiwać środki na działalność, nie informując świata o potrzebach różnych społeczeństw i realizowanych zadaniach.

Najróżniejsze zarzuty przewijają się przez całą książkę, ale ostatecznie nie wynika z nich, jakie decyzje należy podejmować. Można z tego wyciągnąć wniosek, że idealnie byłoby, gdyby organizacje pomocowe nie stawiały się w trudnej sytuacji wyboru, bo żaden wybór nie jest dobry. Tak jakby jedynie brak działania (chroniący przed złymi decyzjami) był godną rozpatrzenia możliwością. Podczas rozmowy w programie Hard Talk (BBC News Channel, 17 września 2010) kiedy Stephen Sackur zapytał autorkę wprost o dziesiątki milionów dzieci, które dzięki pomocy zagranicznej mogły chodzić do szkoły i być pod opieką lekarzy, odpowiedziała tylko, że nigdzie nie napisała, że takie działania nie ratują życia.

Misje kościelne zamiast NGO?

Sceptyczny wobec wysiłków organizacji pomocowych jest również Dariusz Rosiak, dziennikarz radiowy i prasowy, który 2010 r. opublikował Żar. Oddech Afryki, zbiór reportaży z kilku afrykańskich państw. W przeciwieństwie do Polman w centrum swojej książki nie stawia ludzi Zachodu. Jak sam pisze we wstępie, chce pokazać Afrykę, która nie potrzebuje, żebyśmy ją ocalali: „Wciąż, w świecie dostatku, uważamy…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Narkotyki: protezy duszy