Subskrybuj
b. redaktor miesięcznika „Znak”, współautorka książki Świat według Janki.

Czy Kościół musi mieć wszystkie odpowiedzi?

Latem ubiegłego roku, tuż przed 50. rocznicą rozpoczęcia II Soboru Watykańskiego zastanawialiśmy się, z jakimi wyzwaniami mierzy się Kościół. Pytania i diagnozy, które wtedy padły, wydają się istotne szczególnie teraz, kiedy myślimy o zadaniach, jakie czekają nowego papieża.

Dlaczego w Kościele tak mało jest zaufania? Czy ewangeliczna odnowa zastąpi reformę? A może potrzebny jest dziś kolejny sobór?

Marzena Zdanowska: II Sobór Watykański rozpoczął się od tego, że pasterze mówili, czym żyje ich lud, czym jest zagrożony, z jakich powodów cierpi, czego się spodziewa i również: czym jest rozczarowany. Wydaje się, że to są kwestie, które należy stawiać sobie wciąż od nowa, zgodnie z hasłem Ecclesia semper reformanda. Chciałabym, żebyśmy dzisiaj spróbowali nakreślić wyzwania, które domagają się przemyślenia przez Kościół, oraz zajęli się sprawą obecności chrześcijaństwa w świecie. Sobór był „otwarciem okien” na świat, a dzisiaj padają pytania o to, czy Kościół się tego otwarcia nie przestraszył, czy chrześcijanie radzą sobie z problemami, które stawia dziś nauka i współczesny kształt życia społecznego, coraz bardziej zsekularyzowanego. Czy Kościół potrzebuje dziś odnowy? Jakie obszary życia wspólnoty najbardziej domagają się przemyślenia?

o. Jan Andrzej Kłoczowski: Można powiedzieć, że rozeznanie wyzwań oznacza również myślenie o samej formie Kościoła, sposobie jego funkcjonowania. Chciałbym zwrócić uwagę na to, że o sukcesie czy o kryzysie Kościoła zdecydował nie tylko Sobór – trzy lata po jego zamknięciu mieliśmy rok ‘68, który przeorał politykę, ale i świadomość, co miało niesłychany wpływ na życie wewnętrzne Kościoła. Wcześniej teologia wyzwolenia w ogóle nie mogłaby powstać. Sobór starał się odpowiedzieć na pytania modernizmu, czyli kultury po oświeceniu. Teraz mamy postmodernizm i zupełnie inne wyzwania. Sekularyzacja wcale nie musi oznaczać wygnania religii. Jeden z twórców tego pojęcia, Peter Berger, twierdzi, że to nie oznacza odesłania religii do lamusa, tylko zasadnicze zmiany w jej funkcjonowaniu. Habermas także twierdził, że w myśleniu sekularystycznym są luki i że religia ma nadal coś do powiedzenia, pytanie, czy potrafi przełożyć z języka czysto religijnego na język świecki takie problemy jak kwestie bioetyczne, medyczne itd. Z uwagą przeczytałem tekst ks. Alfonsa Skowronka U progu czy u kresu posoborowej odnowy Kościoła? [„Znak” nr 524, styczeń 1999 – przyp. red.] i opisane przez niego stanowiska wewnątrz Kościoła – „integryzm”, czyli najskrajniej wyrażone stanowisko tradycjonalistyczne; drugie, opierające Kościół na małych grupach, i trzecia propozycja, tzn. Kościół dialogu, dyskutujący, otwarty. Proponuję, żebyśmy się zastanowili, czy ten podział Skowronka jest nadal aktualny.

o. Paweł Kozacki: Wyzwania stojące przed Kościołem są bardzo różne. Przytoczę anegdotę. Jeden z naszych braci miał w Louvain-la-Neuve wykład z historii sztuki dla studentów tamtejszego uniwersytetu o różnych przedstawieniach Zwiastowania w malarstwie. Żaden ze 150 studentów nie wiedział, co to jest Zwiastowanie, więc trzeba było wziąć Pismo Święte i przeczytać fragment. Stwierdzili, że to nawet fajna historia. W tamtym społeczeństwie problemem Kościoła jest przetrwanie, nie jego podział na takie czy inne grupy. W Polsce jeszcze rozmawiamy z ludźmi, którzy nawet jeśli buntują się przeciwko Kościołowi, to potrafią całkiem precyzyjnie go opisać, a są takie obszary w Europie, gdzie już nie ma do czego się odwoływać, gdzie dialog Kościoła ze światem jest niemożliwy, bo ludziom się kojarzy tylko, że kiedyś to była potężna instytucja, raczej zła, ale dziś to zupełnie ich nie dotyczy, bo należy do zamierzchłej przeszłości. Problemem jest to, w jaki sposób mówić im o podstawowych sprawach, czyli jak głosić Ewangelię. Nawet nie uczynić ich wierzącymi, tylko jak przekazać Dobrą Nowinę, żeby w ogóle się zorientowali, czym jest chrześcijaństwo.

Dominika Kozłowska: Ostatnio najwięcej uwagi poświęcam refleksji nad dwoma wyzwaniami stojącymi przed Kościołem. Pierwszym z nich jest obojętność. W Europie niewielu jest jednak ludzi, którzy chrześcijaństwa w ogóle nie znają. W większości znają, przetrawili je jako pewną formę kultury, czy to zanikającą, czy wciąż żywą, jak w Polsce, z jakichś powodów wykazują jednak obojętność wobec chrześcijaństwa albo może nawet szerzej – wobec głębszego, duchowego wymiaru życia. Z drugiej strony, wielu ludzi przeżywa dziś wiarę w sposób autentyczny i głęboki, jako treść życia, a nie jako formę kultury. Tu pojawia się drugie wyzwanie: w jaki sposób pokazać innym tę twarz chrześcijaństwa – chrześcijaństwa, które pozwala uczynić życie czymś niezwykłym, odkryć wymiary, których istnienia nawet się nie domyślamy?

o. Józef Puciłowski: Dla mnie rodzi się następujące pytanie: jak nas widzą ci, którzy są blisko Kościoła, ci, którzy pytają, co to jest w ogóle chrześcijaństwo, i ci, którzy chcieliby się od nas czegoś nauczyć, zobaczyć sens życia?

Joanna Barcik: O.Kozacki postawił kwestię, jak ewangelizować, a kolejne pytanie, wydaje mi się, brzmi: kto to ma robić? Kilka miesięcy temu powiedziałam do mojego znajomego: „Czasami naprawdę się wstydzę, że jestem w tym Kościele”. On odpowiedział: „Nawet nie wiesz, jak ja się wstydzę. Ty jeszcze możesz udawać, że nie jesteś, natomiast mnie znają z ambony”. Wstydzę się, kiedy słyszę o molestowaniu, o tym, że do znanej w środowisku siostry profesor księża zwracają się per „siostrzyczko”. Wtedy w zasadzie pozostaje mi jedno, odwołać się do tego, dzięki czemu jeszcze nie zwróciłam biletu, tzn. do związku z Jezusem. Dlatego wydaje mi się, że kluczową sprawą jest ewangelizacja osób ochrzczonych. Do tej pory bardzo często było tak, że Kościół zakładał z góry, że ewangelizacja na podstawowym poziomie, czyli doprowadzanie do spotkania z żywym Bogiem, dokonuje się w domu. W związku z tym potem można katechizować, nauczać, mówić o moralności, co wolno, czego nie wolno, itd. Ale tak się już dawno nie dzieje, dzieci nie są ewangelizowane w domu, więc katechizowane czy nauczane są osoby, które nie przeżyły tego, czym jest relacja z żywym Bogiem. Katecheza bardzo często polega tylko na dyskusjach i sporach o jakieś konkretne rozstrzygnięcia moralne. Dzieci domagają się jasnych rozstrzygnięć intelektualnych, których nie ma, jeżeli się ich nie oprze na płaszczyźnie wiary.

o. J.A.K.: Bardzo mnie uderzyło, gdy generał dominikanów kiedyś powiedział, że we Francji do kościoła chodzą starzy ludzie, ale to są ciągle nowi starzy. Habermas twierdzi, że klęską eschatologiczną myśli sekularystycznej jest to, że nie odpowiada na bardzo fundamentalne problemy egzystencjalne: cierpienie, śmierć itd. To nie o to chodzi, żeby wtedy kogoś dopaść i nawracać, ale naprawdę Ewangelia ma coś bardzo ważnego i istotnego do powiedzenia o fundamentalnych problemach, które ludzi spotykają w życiu, nie w teorii. Tylko często język, jakim mówimy, do nich nie trafia, a to, żeby Kościół mówił ludzkim językiem, było jednym z celów Soboru.

Henryk Woźniakowski: Wydaje mi się, że to poczucie, że religia i Kościół nas nie dotyczą, o którym mówił o. Kozacki, wynika z faktu, że w świecie zachodnim, do którego jednak należymy, w sumie żyje się za dobrze. Czym jest kryzys w porównaniu np. z wojną? Oczywiście wszyscy chorują i umierają, ale jesteśmy już nauczeni, że w gruncie rzeczy na wszystko można znaleźć lekarstwo. Śmierć w końcu się jednak wydarza, chociaż może za jakiś czas nie będzie się wydarzała. Kiedyś leciałem jako dziennikarz volo papale do Kolumbii z papieżem Janem Pawłem II, zadawaliśmy mu pytania i stojąca koło mnie dziennikarka amerykańska mówi: „Ojcze Święty, przecież nauka już za chwilę wymyśli lekarstwo na śmierć, już za chwilę będziemy wszyscy nieśmiertelni i co wtedy Kościół na to powie?”. Papież na nią spojrzał z pewnym politowaniem i powiedział: „Być może, ale to nie jest ta nieśmiertelność, która by Kościół specjalnie interesowała”. Jest jednak takie poczucie, że na wszystko jest jakiś sposób, ilość cierpienia w zachodnim świecie jednak zdecydowanie zmniejszyła się w ciągu ostatnich paru pokoleń. Każdy ma swoje krzyże, ale one są mniejsze i słabsze są bodźce, które nam uświadamiały naszą niewystarczalność, powagę życia i jego kres. To, co było w sytuacjach kryzysu religią prośby o wspomożenie, wraz z osiągnięciem dojrzałości religijnej powinno stać się dziękczynieniem. Właściwie powinniśmy nauczyć się dziękować za to, że żyjemy, że przeżyliśmy dzień…

Krystyna Strączek: Wydaje mi się, że tak naprawdę potrzeba Boga w człowieku rodzi się w momencie doświadczenia własnej skończoności i bezsilności – w momentach cierpienia, których nie da się wyrugować. Cierpienie jest immanentną cechą życia ludzkiego i dotykając własnych granic, człowiek potrzebuje kogoś, kto je przekroczy. To się łączy z tym, co mówiła pani Joanna Barcik: ewangelizować to docierać z osobą Jezusa Chrystusa w punkt, w którym człowiek cierpi. Tutaj może się zacząć jakaś historia nawrócenia.

Mam bardzo podobne doświadczenie Kościoła do pani Barcik: z jednej strony poczucie, że przechodzi on wielki kryzys, że są przeróżne sytuacje gorszące w Kościele, i to rodzi wątpliwości, ale z drugiej, na szczęście, doświadczam Kościoła, który jest wspólnotą ludzi wierzących. Ich wiara płynie z osobistego spotkania z Jezusem Chrystusem. Mówiliśmy, że punktem wyjścia do tej dyskusji jest dla nas II Sobór Watykański. Można by się więc pokusić o rozróżnienie, które już wtedy dało o sobie znać, tzn. rozróżnienie między reformą Kościoła a jego odnową. Być może wiele oczekiwań, jakie wyzwolił Sobór, wiązało się z reformą Kościoła w sensie reformy prawnej, reformy instytucji, czyli zniuansowania pewnych zapisów w prawie kościelnym – wówczas chodziło o antykoncepcję i rozwody, a dzisiaj doszłoby do tego zapłodnienie in vitro. Myślę, że to pragnienie reformy jest obecne cały czas i ten, kto je odczuwa, może doświadczać dużego rozczarowania Kościołem, który jakby nie chciał się dostosować do współczesnego człowieka. Tymczasem bardzo żywotny okazał się inny nurt – nurt odnowy, czyli nowej ewangelizacji. Pytanie, jakie możemy sobie zadać, brzmi: czego oczekiwaliśmy i czy nas zadowala to, że zamiast reformy przyszła odnowa?

o. P.K.: Dla mnie list teologów i teolożek niemieckich z 2011 r. [Memorandum teologów i teolożek w sprawie kryzysu Kościoła katolickiego z 4 lutego 2011 r. – przyp. red.] jest przykładem oczekiwania reformy struktur. Po przeczytaniu zastanawiałem się, czy tam w ogóle padły słowa: „Jezus Chrystus” albo „Bóg”, czy tylko: „demokracja”, „udział”, „parafia”, „struktura władzy”, „ekologia” itd. Mam wrażenie, że to jest jeden z licznych przykładów ślepej uliczki – Kościół niemiecki, który jest tak rozbuchaną biurokracją i tak potężnie zadekretowaną demokracją, mówi, że jest za mało udziałów we władzy, za mało instytucji, że trzeba stworzyć dodatkowe fora rozmowy, itd. Tymczasem on umiera z przerostu struktur. K.S.: Trzeba wrócić do tego, co jest istotą, co na początku napędzało chrześcijaństwo i w świecie starożytnym było znakiem.

o. J.P.: Pytamy: odnowa czy reforma? To chyba nie ma znaczenia, bo proszę popatrzeć, co pozostało z otwartości Jana Pawła II, z tego, co on mówił, z jego sposobu bycia. Wszystko diabli wzięli, i to jest dla mnie przerażające. Ja już nie myślę o Soborze, bo on był bardzo dawno temu, myślę o tym, co było niedawno. Posłuchajmy tego, co mówią hierarchowie polskiego Kościoła, którzy nadają ton mówieniu czy myśleniu, sposobowi reagowania ludzi, bo ci ich słuchają. Uważam, że my tutaj jesteśmy, za przeproszeniem, szykiem myszy w stodole. Kształt Kościoła nie zależy od nas. Kościół polski przechodzi teraz fatalny okres z powodu hierarchii, w dużej mierze niemądrej. My na to nie mamy wpływu, nawet sobie nie uświadamiamy, że przeciętny Polak podczas pielgrzymek, podczas spotkań z biskupem słucha tych andronów, które nie są ani teologiczne, ani filozoficzne.

o. J.A.K.: Z Kościołem jest trochę tak jak z Polską – nie widać w nim wielu wspaniałych i cudownych rzeczy, bo telewizja ich nie pokazuje. Kościół polski jest bardzo dobry w sytuacji, kiedy trzeba walczyć o wyzwolenie. Nie ma natomiast żadnej teologii wolności, żadnego pomysłu na to, co robić z ludźmi już wolnymi, żyjącymi normalnie, żeby rzeczywiście żyli z Chrystusem i w cierpieniu, i w radosnym życiu rodzinnym i miłości.

Janusz Poniewierski.: Myślę, że w Kościele najbardziej potrzeba dziś orędzia o zmartwychwstaniu. A przynajmniej ja tego potrzebuję – tej wielkiej radości, która napełnia ludzi, kiedy sobie uświadomią, co to znaczy, że Jezus zmartwychwstał. Dlatego bardzo bym pragnął, żeby niedziela była rzeczywiście przeżywana i w Kościele zwiastowana jako dzień zmartwychwstania, bo mam wrażenie, że tak często nie jest. Mam ostatnio liczne kontakty z ludźmi, którzy wyznają judaizm, z Żydami − i widzę, jak oni obchodzą i świętują szabat, jakie to jest dla nich naprawdę wielkie i ważne święto! Trochę im tego zazdroszczę.

H.W.: Na szczęście w tym „okropnym” Kościele jest teraz mimo wszystko więcej powietrza dla takich ruchów. Te trzy formy, o których pisał ks. Skowronek, jednak jakoś funkcjonują. Są i fundamentaliści, i wspólnoty, i jest Kościół dialogujący ze światem. Pytanie, czego jest więcej i kto komu przeszkadza. Oczywiście wolałbym, żeby w Polsce było więcej grup twórczych duszpastersko, jak np. we Francji, i pewnie tak będzie. Natomiast a propos wyzwań bioetycznych, o których mówił Andrzej, wydaje mi się, że Kościół nauczający chce dać odpowiedź na zbyt wiele pytań. Ludzie oczekują odpowiedzi, ale to nie znaczy, że te odpowiedzi trzeba dawać koniecznie. Pewne rzeczy należy pozostawić rozeznaniu ludzkiemu, sumieniu, ze świadomością, że nie mamy na nie w tej chwili odpowiedzi ostatecznej.

J.B.: Dobrze by było, gdyby Kościół nauczający miał więcej zaufania do ludzi świeckich i indywidualnych sumień. Tutaj nie jest tak dobrze, jakbyśmy mogli oczekiwać.

K.S.: Praktyka pokazuje, że przy tym stanie Kościoła wybory przeciętnego polskiego katolika mogą być różne. Co nie znaczy, że Kościół nie ma mieć do ludzi zaufania. Pierwotną rzeczą jest po prostu ewangelizacja.

D.K.: Jeśli można wrócić do kwestii cierpienia, myślę, że każdy z nas doświadcza w życiu jakiegoś wymiaru niedoskonałości: coś nie wychodzi w relacjach z innymi, w relacjach rodzinnych, z najbliższymi. Ja w byciu z innymi ludźmi właściwie na każdym kroku odkrywam, że mi coś nie wychodzi, że pewnych rzeczy nie potrafię. Może to nie są wielkie rzeczy, ale wiąże się z tym pewne doświadczenie ograniczoności własnej osoby. Dlatego nie spodziewałabym się, że cierpienie zniknie i ludzie będą szczęśliwi. Nadal przeżywają podstawowe problemy, rozwodzą się, kłócą, zdradzają. Medycyna i nauka tego nie wyeliminują…

o. J.A.K.:To bardzo interesujące, że wielu psychiatrów odkrywa, że jest w człowieku jakiś wymiar duchowy. Może ginie poczucie grzechu, ale bynajmniej nie ginie poczucie winy, w tym Freudowskim znaczeniu niespełniania czyichś oczekiwań. Nie wyeliminujemy tego elementu kruchości. Ja także uważam, że ewangelizacja jest najważniejsza. Pytanie dotyczy jej metody. Dotychczasowe sposoby w Polsce ponoszą w tej chwili klęskę. Rodzina już nie wychowuje religijnie, katecheci mówią, że dziecko idące do Pierwszej Komunii ledwo potrafi się przeżegnać. Cała katecheza jest czysto rygorystyczna, bo odbywa się w szkole, a jak już ktoś przyjdzie do kościoła, to dostaje książeczkę, w której musi notować, ile razy był na roratach, ile razy na Drodze krzyżowej. Absolutny brak zaufania. Gdzie jest to, co jest istotą wtajemniczenia, czyli inicjacja chrześcijańska? Co jest wielką siłą grup? Właśnie to, że dają świadectwo uczestnictwa w wydarzeniu religijnym. Słowo musi być zakorzenione w człowieku. Musi najpierw wychować się…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Czy papież nam zaufa?