Czytając tekst Źródła solidarności, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w gruncie rzeczy między stanowiskiem Tomasza Ponikły a moim nie ma sprzeczności. Jeśli dobrze zrozumiałam słowa Autora, zgadzamy się w kwestiach zasadniczych – wiara prowadzi chrześcijanina do tych, którzy potrzebują wsparcia. Ale ta zależność jest potencjalnie dwustronna – również uczynki mogą przemieniać pomagającego i odkrywać przed nim znaczenie wiary. „Ten, kto uwierzy w Boga miłosiernego, nie pozostanie obojętny na los bliźniego. Oczywiście: samemu będąc miłosiernym, można zacząć poznawać miłosiernego Boga” – pisze Ponikło. Różnica między nami polega na tym jedynie, że dla mojego polemisty istotne jest, żeby wyraźnie wybrzmiała pierwsza z wymienionych zależności. Według mnie to raczej ta druga potrzebuje wydobycia na światło dzienne. I choć nie ma między nami ostrego sporu, diabeł tkwi w szczegółach i kilka fragmentów tekstu Ponikły budzi moje wątpliwości.
Być może zacząć należałoby od określenia, o kim w ogóle debatujemy. Z jednej strony wydaje się to jasne – teksty dotyczą katolików w Polsce. Z drugiej jednak – można zaryzykować stwierdzenie, że Ponikło i ja myślimy o nieco innych katolikach. On pisze o ludziach, których wiara jest dobrze ugruntowana, którzy mają „świadomość miłosierdzia Bożego” i z tego czerpią siłę do podejmowania odważnych wyborów oraz wytrwania w zobowiązaniach. Jeśli tacy istnieją, to rzeczywiście niepotrzebne jest proponowanie im alternatywnych dróg. Ale ja myślę o nieco innych ludziach: tych, którzy z niewiarą – czasem w Boga, ale częściej pewnie we wspólnotę – się zmagają. A doświadczenie niewiary to też doświadczenie wierzącego, jak mówił Szymon Szczęch podczas debaty Czy Kościół potrafi się dziś odnawiać? („Znak” 2012, nr 10). Myślę też o tych, dla których miłosierdzie Boże nie zawsze jest oczywiste, a wiele już osób głowiło się nad tym, jak Bóg może być miłosierny i wszechmogący, skoro dopuszcza tyle cierpienia na świecie. (Nie trzeba chyba dowodzić, że dla wielu nie jest to pytanie czysto teoretyczne.) Myślę i o tych w końcu, którzy po prostu lepiej odnajdują się w konkrecie działania niż w najmądrzejszych nawet rozważaniach podpowiadających, jak wzrastać duchowo do tego, żeby stać się człowiekiem miłosiernym miłosierdziem Boga. Ci ludzie naprawdę istnieją. I sądzę, że nie jest złym pomysłem, aby w Kościele proponować im takie ścieżki, które nie wymagają na wstępie odrzucenia wspomnianych wątpliwości – te przecież nie są kwestią wyboru – a które mogą być pod względem duchowym bardzo owocne.
Kiedy Tomasz Ponikło i ja piszemy o swoich wizjach zaangażowania wierzących, niewątpliwie piszemy też o własnym doświadczeniu. Nie ukrywam, że na pewnym etapie swojego życia, kiedy byłam bardzo sceptyczna wobec Kościoła, jaki wtedy znałam, mądry duchowny powiedział mi tylko: „Idź do Szpuntu , tam dzieją się rzeczy wielkie”. I choć ostatecznie trafiłam do zupełnie innych wspólnot, tę radę uważam za najbardziej trafną ze wszystkich, które od duszpasterzy kiedykolwiek dostałam.
Ma rację Tomasz Ponikło, kiedy sygnalizuje, że nie jest dobrze, jeśli wolontariusz liczy w swojej pracy na zysk. Trudno mi jednak zrozumieć, dlaczego twierdzenie, że pomagający również jest stroną obdarowaną w relacji z potrzebującym pomocy, i podkreślanie ich równości, miałoby prowadzić do postawy roszczeniowej wolontariusza. Autor pisze: „Podobnie stało się z szeroką promocją wolontariatu: podejmowany jest teraz w Polsce często z intencją »zysku«, w postaci dobrego punktu w CV, w tej perspektywie wybierany i realizowany jako element drogi do kariery. Zrodziło się sprzeczne z nim samym przekonanie, że »to ma się wolontariuszowi…