Subskrybuj

Podróż do raju niemych

Wielu kurdyjskich intelektualistów ma za sobą wieloletnie wyroki więzienia za wydawanie po kurdyjsku książek i czasopism. Państwo tureckie przez lata interpretowało ich działalność na rzecz własnej kultury jako dowód separatyzmu, a nawet terrorystycznych intencji.

Podobnie jak ludzie są głusi na nasz krzyk, tak może i my nie słyszymy ich głosu

Hesen Huseyn Deniz, Mirovê bê derd

.

W swojej powieści Ez yekî bikűjim („Zabiję kogoś”) kurdyjski pisarz Firat Cewerî nawiązuje do opowiadania Fiodora Dostojewskiego Notatki z podziemia, prezentując portret współczesnego kurdyjskiego intelektualisty, który uwięziony w sidłach własnej frustracji, pragnie popełnić zbrodnię, pozornie bez wyraźnej przyczyny, ot, dla zabicia czasu. Podobnie jak w przypadku książki Dostojewskiego, przyczyn frustracji głównego bohatera z powieści Ceweriego jest wiele. Jedną z nich jest lekceważenie, które dotyka człowieka wrażliwego i utalentowanego w społeczności niepotrafiącej dostrzec jego wartości. W swojej powieści Cewerî przedstawia realia Kurdystanu tureckiego, zwłaszcza miasta Diyarbakir. Lekceważenie – również świata zewnętrznego – jest jednym z głównych demonów, którym stawić musi czoło wiele nieodkrytych talentów z „gór dalekiego krańca”. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, jak wiele może dziś znaczyć większe zainteresowanie dla języka i literatury takiej jak kurdyjska. Słowo jest kluczem dla wyobraźni, a ta pozwala rozumieć człowieka w wielu rozmaitych odsłonach codzienności, wśród przeżywanych rozterek i dramatów. Człowiek przestaje być już spłaszczonym telewizyjnym wizerunkiem uchodźcy, imigranta czy terrorysty, którego działania wydają się nieraz zupełnie irracjonalne.

Dzięki lekturze wyobraźnia literacka może zamienić się w etyczną, pozwalając rozumieć coraz więcej i coraz lepiej. Dociera bowiem w sferę przeżyć „innego”, postrzega go w kontekście określonego systemu wartości, postawionego przed różnymi wyborami rzeczywistości tak bardzo nieraz odmiennej od naszej. My jednak zamiast poznawać w ten sposób przybyszy ze Wschodu, z podziwu godnym uporem śledzimy sytuację polityczną, tworzymy skomplikowane i dla wielu zwykłych śmiertelników po prostu niezrozumiałe teorie, próbujące wyjaśnić, dlaczego odmienny imigrant nie ma ochoty się integrować.

Owa banalna nieumiejętność naszej cywilizacji dobrze widoczna jest na przykładzie Kurdów. Mimo istnienia już dziś sporej liczby specjalistów od tzw. tematyki kurdyjskiej osób znających język Kurdów w stopniu umożliwiającym wrażliwsze słuchanie tego, co mają oni do powiedzenia i w jaki sposób to robią, jest na świecie zaledwie kilka. Brakuje też tłumaczy i tłumaczeń literatury. Te, które istnieją, trafiają raczej na muzealną półkę z ciekawostkami niż do księgarń. Porażająca nieumiejętność słuchania szeptu kultury owocuje powstaniem niemych bohaterów, takich jak ci z cyklu opowiadań kurdyjskiego pisarza Selahattina Buluta pod tytułem Bihuşta lal („Niemy raj”). Zwykłe z pozoru opowieści z kurdyjskiej prowincji nabierają dramatyzmu poprzez tytuł całości. Choć mieszkający tam ludzie umieją mówić, ich głosu nie słychać. Ich kontakt ze światem zewnętrznym został przez lata wynaradawiania przekształcony i odbywa się dziś w języku tureckim.

Literatura w tym przypadku nie jest wcale bardzo odległa od rzeczywistości. Od powstania Republiki Turcji w 1923 r. aż do roku 1991, kiedy po raz pierwszy oficjalnie zezwolono na publikacje w „języku nietureckim”, za używanie kurdyjskiego w mowie i piśmie groziły wysokie kary. Wielu ludzi spędziło z tego powodu w więzieniu najlepsze lata swojego życia. Inni, mniej wytrwali, akceptowali istniejący stan rzeczy, dlatego w Kurdystanie łatwiej dziś usłyszeć turecki niż kurdyjski.

Pisarz wraz ze swoimi wspomnieniami o mieszkańcach pieczołowicie rekonstruuje też kurdyjskie nazwy geograficzne. Przywołuje pamięć o zapomnianym świecie, który wciąż istnieje w opakowaniu odmiennej językowo rzeczywistości. Nie dostrzeże go jednak oko zwykłego przybysza..

Polska patrzy na Wschód

Umieszczona pod wielkim białym orzełkiem twarz pana Jacka jest posępna, zupełnie jakby w dwóch kącikach jego ust przytwierdzono ciężarki, które nie pozwalają nawet na wątły uśmiech. Zmęczyło go moje entuzjastyczne gadulstwo na temat żywiołowo rozwijającej się kurdyjskiej rzeczywistości kulturalnej i literackiej, na temat kurdyjskiej pomocy i życzliwości, która nie po raz pierwszy otwiera drogę polskim badaczom (nigdy nieśmierdzących groszem). W istocie pan Jacek nie bardzo wie, o czym mówię. On ma zupełnie inne zdanie na temat rzeczywistości, którą od niedawna musi odkrywać, jako szef polskiej placówki konsularnej w Hawlêrze (Erbilu) – stolicy Regionu Kurdystanu w Iraku. Jego zdaniem Kurdystan to tylko góra śmieci, chaos, lenistwo i zadufanie w sobie jego mieszkańców, którzy liczą na nie wiadomo jakie bogactwa z ropy. Wiem doskonale, o czym mówi. Wiele razy natykam się na to wszystko, przyjeżdżając do Kurdystanu. Ze współczuciem myślę o jego trudnym doświadczeniu organizowania tu czegoś bez znajomości kurdyjskiego języka, kultury i przyjaciół. Polski konsulat jest dobrze ukryty, znajduje się 20 km od centrum miasta, w tzw. amerykańskiej wiosce – ohydnym betonowym osiedlu willowym dla kurdyjskich burżujów. Ale wieści w każdej, nawet „amerykańskiej”, kurdyjskiej wiosce rozchodzą się szybko. Dlatego liczba petentów pragnących odwiedzić nasz kraj zwiększa się z każdym dniem. Pierwszeństwo mają kontakty biznesowe. O kulturze – jak mówi pan Jacek – nikt jeszcze w ministerstwie nie myśli. Kultura potem, tylnymi drzwiami, przez przypadek, jako deser do bizneslanczu. Co to zresztą za kultura w tych śmieciach?

Próba mikrofonu

Razem z dr Renatą Kurpiewską-Korbut zajmującą się kurdyjską polityką kulturalną i resztą naszej 5-osobowej ekipy badawczej odwiedzamy kurdyjskie instytucje kulturalne. Od Stambułu aż po Diyarbakir i Hawler. Wbrew pozorom nie ma ich tak mało. Nie powstały również wczoraj ani na nasz przyjazd. Tradycje organizacji życia kulturalnego sięgają końca Imperium Osmańskiego, kiedy wielu kurdyjskich intelektualistów, podobnie jak ich tureckich czy ormiańskich sąsiadów, zaczęło wydawać czasopisma i tworzyć organizacje. Ważnym ich centrum był Stambuł, skupiający wielu politycznych i ekonomicznych imigrantów z Kurdystanu. Powstanie państw narodowych na Bliskim Wschodzie wymusiło pewne zmiany. Centrum kurdyjskiego życia kulturalnego przeniosło się do syryjskiego Damaszku i Sulejmaniji w Kurdystanie irackim, gdyż w obu tych miejscach Kurdowie przez pewien czas cieszyli się pewną swobodą pod panowaniem francuskich i brytyjskich protektorów. I mimo że ich łaska szybko się skończyła, to jednak w Kurdystanie irackim nigdy nie przerwano publikowania gazet i książek po kurdyjsku, działały też kurdyjskie szkoły. W Turcji, Iranie i Syrii wszystko to było zabronione. W Turcji wszystkie ważne kurdyjskie instytucje, jak np. powstały w 1992 r. w Stambule Instytut Kurdyjski, są oficjalnie zarejestrowane pod innymi, tureckimi nazwami, zazwyczaj jako firmy lub spółki. Mimo że funkcjonują i mają swoje kurdyjskie szyldy i adresy, oficjalnie ich nie ma.

Jako pierwsze odwiedzamy wydawnictwo Vate w Stambule. Jego szefem jest Deniz Gunduz, jeden z pierwszych autorów powieści w dialekcie zaza lub jak wolą nazywać go jego użytkownicy – kirmanczki. Jeszcze do niedawna trudno było w Turcji wyobrazić sobie taką działalność. Język kurdyjski, a właściwie każdy język „nieturecki”, był zakazany. Publikacje kurdyjskie konfiskowano i niszczono. Ale Kurdowie przyzwyczaili się budować wszystko od nowa. Stali się mistrzami cierpliwości, pokory i buntu. Raz zamkniętą instytucję można przecież otworzyć pod zmienioną nazwą. To nic, że zaraz zamkną, wtedy można założyć następną. I tak jeszcze raz, i jeszcze raz, aż do skutku. I skutek jest. W końcu nie zamykają. Nie oznacza to wprawdzie jeszcze żadnego uznania, choć wielu Turków tak właśnie sądzi. Na próżno szukać kurdyjskich książek w tureckiej księgarni albo kurdyjskich instytucji w spisie instytucji tureckich. Nie udało mi się także nigdy spotkać Turka, który chciałby nauczyć się języka kurdyjskiego. Instytut kurdyjskiej kultury i języka, który powstał niedawno na Uniwersytecie Artuklu w Mardinie, jako pierwsza oficjalna państwowa placówka umożliwiająca kształcenie w zakresie kultury kurdyjskiej, nazywa się Instytutem Żyjących Języków. Po latach wynaradawiania tego rodzaju eufemizm zachwyca swoim okrutnym absurdem. Gunduz wygląda nieśmiało i niepozornie. Wydawnictwo Vate to kilka pokoi w starej stambulskiej kamienicy, paczki z książkami i szklanki niekończącej się herbaty oraz niewidzialna gołym okiem, ale powiększająca się z każdym dniem, sieć przyjaciół, kolporterów i czytelników. Podobnie wygląda rzeczywistość innych kurdyjskich wydawnictw i instytucji. Do Vate przyprowadził nas Ayet – 23-letni absolwent amerykanistyki. Nigdy nie był w Stanach, ale angielskim włada całkiem dobrze. To tutaj rzadkość. Zna też turecki, kurmandżi, sorani i zaza (inne dialekty kurdyjskie). Jego marzeniem jest stworzenie wielkiego słownika wszystkich dialektów, takiego, by odpowiadał leksykograficznym normom, które podpatrzył w publikacjach angielskich. Ale Ayet nie ma pieniędzy, by wyjechać na lepsze studia za granicą. Poznałam go dzięki Umidowi, nauczycielowi kurdyjskiego w Bazit (tur. Doğubayazıt) pod Araratem, który od ponad roku wytrwale sprawdza moje kurdyjskie felietony. Mimo że jego brodata twarz i wygląd mogłyby nie wzbudzić zaufania międzynarodowych strażników bezpieczeństwa, Umid nigdy nie zawodzi, a jego wiedza o języku i badawcza smykałka ciągle mnie zachwycają. Siwiejący Roni War oprowadza nas po wielokulturowym Mardin, jest pisarzem. Jego powieści to adaptacje kurdyjskich wątków folklorystycznych. Nie uważa się za wielkiego twórcę, zależy mu na utrwaleniu w erodującej pamięci ludzi wątków kurdyjskich baśni i legend, jak chociażby o miłości Siyabenda i Xece, czy Mem i Zin. To zajęcie nie przynosi dochodu, dlatego na co dzień Roni pracuje w fabryce. Nie wygląda na bogacza, właściwie wręcz przeciwnie, ale i tak zdąży przede mną zapłacić za nas wszystkich rachunek w restauracji. Mój sprzeciw kwituje krótko: – To kurdyjska tradycja. – Uśmiecha się przekornie i wiem, że nie mam co z nim dyskutować. Rozmawiamy za to o wartościach – mój siwowłosy towarzysz uważa, że jedną z naczelnych wartości wyrażonych w kurdyjskiej kulturze jest miłość wpleciona w…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Atlas polskich mężczyzn