Jak na dziedzinę humanistyczną językoznawstwo jest dosyć odporne na sentymenty. Zamiast szukać w wierszach obrazów miłości, lingwiści zgłębiają strukturę zdania, zamiast popadać w filozoficzną zadumę, wolą dociekać, jakie procesy sprawiły, że praindoeuropejskie słowo „*gwen” przyjęło w polskim formę „żona”, a w angielskim „queen”. Strony ich książek zdobią formuły i wykresy pełne gwiazdek i strzałek, próżno tam szukać emocjonalnych uniesień. Istnieje jednak jedno zagadnienie, które niezawodnie wprawia lingwistów w nostalgię, każe im rozpoczynać swoje książki od przywoływania mitów i opowiadać o czasie spędzonym z tymi, którzy już odeszli. Dzieje się tak, kiedy piszą o wymierających językach.
Język jak milion dolarów
Szacuje się, że na świecie używa się dziś ok. 6–7 tys. języków. Na stronie www.ethnologue.com, która jest standardowym katalogiem języków, widnieje liczba 7105. Blisko połowa z nich zagrożona jest wyginięciem i najprawdopodobniej nie dotrwa do kolejnego stulecia. Niekiedy wymieranie języków porównuje się do sytuacji ginących gatunków zwierząt i roślin. Statystyki dla tych ostatnich są jednak bardziej optymistyczne. Wśród ssaków mamy 15% krytycznie zagrożonych gatunków, wśród roślin – ok. 8%.
Może się wydawać, że język, o którym mało kto słyszał, a który był używany przez ostatnich kilkadziesiąt lat jedynie przez niewielką odciętą od świata społeczność, nie ma aż tak dużego znaczenia jak żywe organizmy będące częścią skomplikowanego ekosystemu. Jednak nie wszystkie ginące języki są używane przez egzotyczne plemiona. Ale trzeba też zaznaczyć, że wbrew pozorom, to właśnie te „dziwne” i w dużym stopniu odseparowane od wielkich dominujących kultur społeczności mogą nam zaoferować najcenniejszą, bo najmniej oczywistą, wiedzę.
Egzotyczne języki najprościej chyba docenić za informacje w nich zapisane. Społeczności żyjące od pokoleń w określonym miejscu znają zazwyczaj świetnie swoje otoczenie. Wiedzą, dlaczego lepiej unikać niektórych zwierząt, które rośliny nadają się do jedzenia i jakie właściwości mają rosnące w okolicy grzyby. O ile przeciętnemu Europejczykowi zbędna może się wydawać wiedza o roślinach leczniczych ukrytych w amazońskiej dżungli, o tyle firmy farmaceutyczne potrafią zrobić z tego wymierny użytek. Jak podaje K. David Harrison w swojej książce When Languages Die („Kiedy umierają języki”), leki oparte na roślinach znanych pierwotnie tylko medycynie ludowej przynoszą dziś ich producentom roczny dochód w wysokości 85 mld dolarów. Dodaje przy tym, że ponad 80% żyjących na świecie organizmów wciąż jest nieznanych współczesnym badaczom. Wielką pomocą w poznaniu flory i fauny naszej planety byłaby wiedza zapisana w językach różnych społeczności. Niestety, jej pozyskiwanie to wyścig z czasem.
Spór o naturę człowieka
Ginące języki mogą kryć w sobie remedia na gnębiące nas choroby i lekarstwa na klęskę głodu (znane są np. plemiona żywiące się roślinami morskimi), ale niemniej fascynująca jest zapisana w nich wiedza o samym człowieku i o tym, jak rozumie on siebie i świat. Każdy język jest systemem, który pokazuje, w jaki sposób jego użytkownicy dzielą świat na kategorie. Mogłoby się wydawać, że kategorie po prostu już w tym świecie istnieją, ale nie zawsze jest jasne, jakie elementy do danej kategorii należą. Na pierwszy rzut oka nie do końca musi być oczywiste, dlaczego wieloryb nie jest rybą, mimo że język na to wskazuje. Jest w tej nazwie zapisane inne niż dziś rozumienie wieloryba. Granice kategorii nie zawsze są jasno wyznaczone, a język to rejestruje. Porównywanie języków pozwala zobaczyć, na jak wiele sposobów człowiek potrafi interpretować świat.
Ta różnorodność jest jeszcze bardziej widoczna w przypadku terminów abstrakcyjnych, opisujących uczucia, wartości, świat duchowy. I nie trzeba nawet odwoływać się do języków szczególnie odległych, żeby to dostrzec. Milan Kundera w powieści Niewiedza (Warszawa 2003) zestawia ze sobą słowa z bliskich sobie języków europejskich i pokazuje, że nawet między nimi granice znaczeniowe nie do końca się pokrywają: „Po grecku powrót brzmi nostos. Algos oznacza cierpienie. Nostalgia jest zatem cierpieniem spowodowanym przez niespełnione pragnienie powrotu. Większość Europejczyków może wyrażać to podstawowe pojęcie słowem pochodzenia greckiego (nostalgie, nostalgia), oraz innymi słowami, których korzenie rosną w językach ojczystych: anoranza, mówią Hiszpanie; saudade, mówią Portugalczycy. W każdym języku słowa te mają własne zabarwienie. Często oznaczają jedynie smutek wywołany niemożnością powrotu do kraju. Tęsknotę za krajem. Tęsknotę za domem. Co po angielsku wyraża się słowem: homesickness. A po niemiecku: Heimweh. Po flamandzku: heimwee. Jednak to wielkie pojęcie w tej postaci staje się przestrzennie ograniczone. (…) Czesi obok nostalgii zapożyczonej z greki mają na to pojęcie własny rzeczownik, stesk, i własny czasownik; najbardziej wzruszające zdanie miłosne w czeskim: styska se mi po tobe: tęsknię za tobą; nie mogę znieść bólu twej nieobecności.
W hiszpańskim anoranza pochodzi od czasownika anorar (czuć tęsknotę), który pochodzi od czasownika enyorar, powstałego z łacińskiego ignorare (nie wiedzieć). W takim etymologicznym oświetleniu tęsknota wydaje się cierpieniem z powodu niewiedzy. Jesteś daleko i nie wiem, co się z tobą dzieje. Mój kraj jest daleko i nie wiem, co się w nim wydarza. (…) Niemcy rzadko używają słowa »tęsknota« w jego greckiej postaci i raczej mówią Sehnsucht: pragnienie tego, czego nie ma; ale Sehnsucht może się odnosić równie dobrze do tego, co było, jak i do tego, co się nigdy nie zdarzyło (do nowej przygody) i nie zawiera w sposób konieczny idei nostos” (s. 6–7). Ten obszerny fragment bardzo dobrze pokazuje, jak wiele znaczeń kryje się za słowami, które w tłumaczeniu na polski przyjmują zazwyczaj jedną formę – tęsknota. Można więc zadać sobie pytanie: czy kiedy Francuzi, Niemcy, Anglicy, Czesi i Hiszpanie używają słów ze swoich języków, to mówią oni o tym samym czy w każdym przypadku o czymś innym? Czy ludzie w oddaleniu od domu czują zawsze coś podobnego? A idąc dalej – czy istnieje jakiś uniwersalny rodzaj doświadczenia wspólnego wszystkim ludziom? I – trzeba podkreślić – nie chodzi tu o podobną sytuację, w której na pewnym etapie znajduje się każdy człowiek, ale o to, jak jej doświadcza. Czy istnieje coś, czego doświadczamy tak samo? Co rozumiemy tak samo?…