Subskrybuj
b. redaktor miesięcznika „Znak”, współautorka książki Świat według Janki.

Bezgraniczne niebezpieczeństwo

Zaczęło się od wzmożonej kontroli na lotniskach, dziś wiemy, że się na tym nie skończyło. Stany Zjednoczone na masową skalę gromadzą e-maile i rozmowy telefoniczne, podsłuchują polityków, włamują się do baz danych zagranicznych firm, prowadzą działania mające na celu uzyskanie dostępu do wszystkich informacji szyfrowanych w Internecie i infekują dziesiątki tysięcy komputerów oprogramowaniem, dzięki któremu przejmują nad nimi kontrolę.

Niespełna rok temu Brandon Friedman, amerykański weteran wojen w Afganistanie i Iraku, opublikował na stronie „Time’a” artykuł o wymownym tytule: Zapomnijcie o dronach. Prawdziwym problemem jest „wojna bez granic”. Termin „granice” został użyty w sensie dosłownym – tekst analizował, jak we współczesnych konfliktach traktowane są terytoria państw. Uzasadnione byłoby jednak również szersze odczytanie tego ostrzeżenia – grozi nam bowiem taki stan, w którym znaczenie tracą nie tylko granice krajów, rozmywane są też granice wielu kategorii związanych z wojną, jaką znamy. W pewnym stopniu dzieje się to na naszych oczach. Konflikty niewiele mają dziś wspólnego z wypowiadaniem wojny i podpisywaniem rozejmu, można więc stracić pewność, czy żyjemy w czasie pokoju czy wręcz przeciwnie. Powoli tracą znaczenie nie tylko granice między państwami, ale także linia oddzielająca świat wirtualny od realnego. Przenoszenie zaś zadań żołnierza na automaty i roboty może zacierać granice odpowiedzialności za konkretne działanie, np. zabicie człowieka.

Nie sposób wymienić wszystkich wątpliwości, które nasuwają się w kontekście przemian rzeczywistości wojennej. Warto jednak zastanowić się choćby nad kilkoma przykładami pokazującymi, na czym może polegać trudność w opisaniu współczesnych wojen.

Policjant świata

Zacznijmy może od wspomnianego artykułu Friedmana. Teoretycznie nie wnosi on wiedzy, której byśmy do tej pory nie mieli – autor przypomina, że powszechnie akceptujemy stwierdzenia mówiące, że w wojnie z terroryzmem cały świat jest polem walki. Wynika to oczywiście z faktu, że terroryści nie pochodzą z jednego państwa, nie reprezentują polityki żadnego kraju, mogą mieszkać i działać w dowolnym miejscu na ziemi, a ci, którzy z terroryzmem walczą, odpowiadają po prostu na to zagrożenie w sposób do niego odpowiedni. Pojawia się jednak problematyczne pytanie: jak jednoznacznie ustalić, kto jest „terrorystą”? Z jednej strony to jeden z ważniejszych przeciwników Stanów Zjednoczonych, z drugiej – cel bardzo niedookreślony. Brak tego dookreślenia wpływa zaś na definicje wszelkich działań organizowanych w ramach „wojny z terroryzmem”.

Friedman sugestywnie pokazuje, że przedefiniowanie słów „wojna” i „pole walki” może mieć niemal groteskowe konsekwencje: „Prawda jest taka, że nawet jeśli gdzieś ktoś (kto posiada broń) nienawidzi Stanów Zjednoczonych, nie sprawia to wcale, że jego – albo jej – miejsce pobytu staje się »polem bitwy«, na którym możemy wedle upodobania używać sił zbrojnych. Albo to, że jakiś ideolog z kamerką internetową chce zaszkodzić naszym interesom, wcale nie znaczy, że jesteśmy z nim w stanie »wojny«. Taka interpretacja byłaby zbyt pojemna i skazywałaby Stany Zjednoczone na nieustanne prowadzenie wojen (co zdaje się też zrobiła)”.

Friedman, który służył jako oficer piechoty nie tylko w Afganistanie i Iranie, ale też w Pakistanie i Kuwejcie, sądzi, że to jak zgodziliśmy się definiować wojnę, ma z wojną niewiele wspólnego. Ściganie pojedynczych przestępców jest według niego zadaniem przynależnym policji, ale ostatnimi czasy umówiliśmy się, że będziemy używać do tego środków zwyczajowo zarezerwowanych dla operacji wojennych. Przyczyna jest zapewne łatwa do odgadnięcia – trudno byłoby uzasadnić obecność amerykańskich policjantów wszędzie tam, gdzie wysyła się amerykańskich żołnierzy.

Nie chodzi przy tym o trywializowanie wydarzeń, które dały początek wojnie z terroryzmem. Atak na World Trade Center był bezsprzecznie wielką tragedią. Ale jak przypomina Friedman: ciało Osamy bin Ladena zostało wrzucone do oceanu dwa lata temu, większość jego kolegów już nie żyje albo odsiaduje wyroki w więzieniach, a drugoklasiści, którym George W. Bush czytał bajki, kiedy atak z 11 września miał miejsce, są dziś na studiach. A to oznacza, albo że wydarzenia sprzed dwunastu lat są wykorzystywane przez polityków jedynie jako pretekst do przesuwania granic prawnych i politycznych, co w pewnym momencie będzie musiało się skończyć – trudno przecież byłoby w nieskończoność usprawiedliwiać swoje działania wydarzeniami z coraz odleglejszej przeszłości – albo że rok 2001 był punktem zwrotnym, od którego zaczyna się era zupełnie innego definiowania wojny i pokoju, bezpieczeństwa i zagrożenia, wroga i sojusznika oraz praw i obowiązków sił zbrojnych.

„Orwell był optymistą” Definicje mają swoje konsekwencje. Niektóre konsekwencje przedefiniowania wojny już zresztą znamy. Od samego początku wojny z terroryzmem obywatele Stanów Zjednoczonych i innych państw zachodnich zgadzali się na różnorakie ograniczenia swoich wolności w imię ochrony bezpieczeństwa. Skoro terroryści to jednostki niezwiązane na stałe z danym krajem, podróżujące i mieszkające również na Zachodzie, to żeby ich namierzyć, należy darzyć pewną dozą podejrzliwości wszystkich podróżujących i mieszkających na Zachodzie ludzi. Zaczęło się od wzmożonej kontroli na lotniskach, dziś dzięki Edwardowi Snowdenowi wiemy, że się na tym nie skończyło. Regularnie ujawnia on kolejne informacje o poczynaniach Agencji Bezpieczeństwa Krajowego Stanów Zjednoczonych (NSA), która m.in. na masową skalę gromadzi e-maile i rozmowy telefoniczne, podsłuchuje polityków, włamuje się do baz danych dużych zagranicznych firm, prowadzi działania mające na celu uzyskanie dostępu do wszystkich informacji szyfrowanych w Internecie i infekuje dziesiątki tysięcy komputerów oprogramowaniem, dzięki któremu przejmuje nad nimi kontrolę i może niepostrzeżenie pozyskiwać dane w dowolnym momencie. Na początku reakcje na te doniesienia były mieszane. Niektórzy się oburzali, ale większość wydawała się wykazywać zrozumienie – przecież po to są wywiady, żeby szpiegować i wiedzieć, co w trawie piszczy. Spokojne przyjęcie doniesień Snowdena można tłumaczyć tym, że pierwsze informacje, które ujawnił, dotyczyły telefonów i e-maili zwykłych obywateli, a ci najczęściej nie dbają nawet o prywatność w sieci. Jednak im więcej ujawniał były współpracownik NSA, tym więcej znajdowało się krytyków poczynań amerykańskiej agencji. Jednym z nich jest Mikko Hyppönen. Podczas wykładu wygłoszonego w październiku zeszłego roku w Brukseli (w ramach konferencji TED), odnosząc się do działań NSA, stwierdził, że Orwell był…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wojna