Jak wynika z Pani artykułu God in the Mind. The Psychodynamics of an Unusual Relationship, „oskarżano” Panią o to, że jest zakonnicą, która prowadzi wśród psychoanalityków działalność misjonarską. Brzmi to jak kiepski żart, ale obawiam się, że tego rodzaju podejrzliwość ujawnia dominujące poglądy na temat religii żywione przez entuzjastów Freuda czy nawet większość psychoanalityków. Czy między religią i psychoanalizą musi istnieć wrogość?
W istocie nigdy nie byłam „oskarżana” o to, że działam jak zakonnica-misjonarka. Chodziło o co innego. Od momentu gdy Freud ogłosił, że nauka potrafi wyzwolić ludzi od religii, a ci, którzy pozostają religijni, jedynie kurczowo trzymają się parasola boskości ukształtowanego według modelu rodziców, większość analityków odstawiła religię na bocznicę i zdystansowała się od własnego wychowania religijnego. Analitycy nie kwestionowali konkluzji Freuda i unikali odniesień do osobistej religii, używając freudowskich pojęć do badań nad religiami, w tym także do studiów nad życiem Chrystusa i Trójcą Świętą. Wszystko sprowadzało się do kompleksu Edypa i relacji z pierwotnym ojcem i ojcem rzeczywistym.
W takim kontekście ktoś taki jak ja, kto dogłębnie studiował freudowskie poglądy na religię i prowadził wszechstronne badania kliniczne, był całkowicie niezrozumiały. Moi koledzy po fachu uznawali milcząco, że nie mogła mną powodować miłość do pracy naukowej. Jedynym możliwym wyjaśnieniem było to, że jestem zakonnicą, która musiała uzgodnić poglądy Freuda z własną religijną przeszłością. Czy można całkowicie oddzielić psychoanalityczne podejście do reprezentacji Boga od osobistego stosunku do religii? Koniec końców, psychoanalityk-wierzący zapatruje się na religię inaczej niż jego kolega po fachu, który jest ateistą. Oryginalny i znaczący wkład Freuda do psychologii religii wynika z jego rozpoznania, że w toku rozwoju dzieci używają aspektów reprezentacji swoich rodziców, by wytworzyć w swych umysłach metodę przedstawiania niereprezentowalnej boskości. Doszłam do wniosku, że z tej koncepcji wynikają dwie konsekwencje. Po pierwsze, w świecie Zachodu, gdzie Bóg jest kulturowo wszechobecny, wszystkie dzieci, które słyszą słowo „Bóg”, instynktownie tworzą w swych umysłach osobową Bożą reprezentację, która ma z nimi coś wspólnego, jak rodzice. Po drugie, wewnętrzna reprezentacja boskości jest specyficzna dla każdego dziecka, ponieważ łączy jego relację z rodzicami i sposób, w jaki młoda osoba psychologicznie sytuuje siebie w relacji do starszych, do poczucia siebie (self) i kulturowego rozumienia istoty boskiej.
Boża reprezentacja i reprezentacja siebie (self) nie są statyczne, ale ewoluują wraz z rozwojową sytuacją psychiczną dziecka. Dla tych, którzy wierzą, istota boska pozostaje w wystarczającej harmonii z nimi samymi. Ci, którzy nie mogą uwierzyć, natrafiają na niezgodność między ich Bożą reprezentacją i osobą, za którą się uważają. Ważne jest, by zrozumieć, że większość tych procesów jest nieświadomych. Ateizm znajduje swą najbardziej znaczącą motywację w niezgodności między poczuciem siebie (self) i osobową Bożą reprezentacją danej jednostki. Paradoksalnie, ateizm jest rodzajem niewiary w boskość, którą ktoś wytworzył we własnym umyśle. Nawet Richard Dawkins, jeden z najbardziej wpływowych ateistów, napisał w swoich wspomnieniach, że jako młody człowiek „zachowywał w pamięci mocną wiarę w swego rodzaju nieokreślonego stwórcę”. Był wprowadzony w tradycję anglikańską, lecz w okresie dojrzewania zakwestionował swą wiarę i stopniowo stawał się wojowniczym ateistą. Zastanawiam się, co takiego odnalazł w swojej Bożej reprezentacji, co domagało się tak stanowczego wyrzeczenia się religii jako baśni narzucanej dzieciom przez dorosłych. Uznał, że religia jest „edukacyjnie szkodliwa”, i poświęcił dużą część swego życia, by uwolnić się od jej wpływów, ujawniając tym sposobem swe najgłębsze uczucia dotyczące bycia zwodzonym przez Boga, rodziców i kulturę.
Rozpoczyna Pani swe studium Narodziny żyjącego Boga od zdania: „To nie jest książka o religii”. Czy jednak reprezentacja Boga nie jest ważnym elementem tego, co nazywamy religią?
Moja książka nie jest o religii. To książka ściśle psychoanalityczna. Przeprowadzam w niej wszechstronne badanie ważnego wkładu Freuda do rozumienia wierzeń religijnych i wewnętrznych procesów, które do nich prowadzą. Następnie analizuję dogłębnie pojęcie reprezentacji w umyśle i dochodzę do wniosku, że są one pamięciowymi procesami, które porządkują nasze relacje z innymi i światem. Reprezentacje nie są istotami, ale sposobem, w jaki za pośrednictwem percepcji, skojarzeń i afektu porządkujemy w naszych umysłach przeżycia związane z ludźmi i rzeczami. Zdecydowanie nie mówię o reprezentacji Boga (representation o f God), ponieważ Bóg jest niereprezentowalny. Używam określenia „Boża reprezentacja” (God-representation), by zasygnalizować, że jest to nasza próba stworzenia w umysłach, które potrzebują reprezentacji, osobistego sposobu pojmowania nieuchwytnej boskości.
Boża reprezentacja, prywatna kreacja, mająca na celu ucieleśnienie w naszych umysłach Boga obecnego w kulturze, warunkuje sposób, w jaki dana osoba sytuuje siebie wobec zinstytucjonalizowanych wyznań religijnych konkretnej kultury. Na religijne wyznanie lub jedynie jego akceptację składa się wiele społecznych i psychicznych czynników. Sporo ludzi odrzucających oficjalną religię zachowuje osobiście wiarygodnego Boga, który jest psychicznie znaczący dla nich i dla ich poczucia tożsamości. Takie osoby mają osobisty sposób odnoszenia się do ich zindywidualizowanej boskości.
Freud nazywał wierzenia religijne iluzjami, a nawet urojeniami. Donald Winnicott i Pani dowiedliście, że iluzja odgrywa zasadniczą rolę w ludzkim rozwoju i nie jest jedynie pomyłką. Czy mogłaby Pani objaśnić swój punkt widzenia na iluzję jako nieusuwalną i „dorosłą” domenę ludzkiej rzeczywistości?
Winnicott odkrył, że niemowlęta tworzą w umyśle obraz (czyli rodzaj iluzji właśnie) tego, co znajdują, gdy pragną piersi lub matczynej opieki, i matka natychmiast im to dostarcza. Gdy badania na pacjentach potwierdziły istnienie tego fenomenu, rozszerzył pojęcie iluzji na kreację przestrzeni przejściowej, w której się to dokonuje. Zaczął wierzyć, że kultura, twórczość, a nawet nauka funkcjonują we własnych przestrzeniach przejściowych.
Uważam, że odkrył fundamentalną zasadę epistemologiczną, mimo że nigdy tego tak nie nazwał. Freud, a wcześniej jeszcze Kant jasno stwierdzili, że borykamy się z dwiema niewiadomymi: światem rzeczywistym i naszą nieświadomością. Nasze psychiczne dyspozycje to wszystko, co jest nam dostępne, by stworzyć psychiczną koncepcję, reprezentację tego, co postrzegamy. Wszystko, co wiemy o świecie, to nasz umysłowy sposób porządkowania percepcji powstałych pod wpływem kontaktów z ludźmi i rzeczami. Rzeczywistość faktów się nam wymyka, jest poza naszym zasięgiem. Wychodząc od Winnicotta, powiedziałabym, że wiedzieć cokolwiek to tyle, co stworzyć w umyśle, w toku uporczywego badania to coś. To, co znajdujemy, jest nieodłącznie związane z tym, czego szukaliśmy. Ta koncepcja stosuje się do wysiłków naukowych. Naukowiec nie może badać całej „rzeczywistości”. Musi ją podzielić na małe kawałeczki, by zadać jakieś pytanie. Pytanie, które stawia, opiera się na jego przekonaniu (belief), że to, co poprzedzający go naukowcy odkryli, było prawdziwe, a zatem stara się w swych odkryciach odsłonić kolejne detale konkretnego fenomenu. Pytanie naukowca jest jego kreacją. To, co znajduje za sprawą eksperymentów i narzędzi, które wymyśla, by zwieńczyć sukcesem swe poszukiwanie, nie oferuje „rzeczywistości”, lecz wynikające z niego eksperymentalne fakty, które trzeba zinterpretować w kontekście dostępnej wiedzy naukowej. Gdy ponawiane eksperymenty potwierdzają konkretny fakt, naukowiec odnajduje to, co stworzył w swoim umyśle. Potrzebuje teraz, by wspólnota naukowa po przeprowadzeniu nowych eksperymentów, które mają potwierdzić lub podważyć rezultaty jego badań, zaczęła wierzyć, że jego fakty są poprawne. Krótko mówiąc, nawet wiedza naukowa podlega temu procesowi: tworzymy to, co znajdujemy, a znajdujemy to, ponieważ najpierw stworzyliśmy to w naszym umyśle. Jestem przekonana, że taka jest właśnie epistemologiczna zasada naszej psychicznej kondycji, na którą wskazał Winnicott, kiedy odniósł się do dziecięcego doświadczenia warunków formowania się fenomenów kulturowych i odkryć naukowych.
Czy może Pani wyjaśnić, cóż to dokładnie znaczy, że Bóg w kategoriach psychologicznych jest obiektem przejściowym? Ta teoria, postrzegana z perspektywy dyletanta, zdaje się redukować doświadczenie religijne do „ludzkich, arcyludzkich” projekcji (w rozumieniu feuerbachowskim lub freudowskim).
Obiekt przejściowy to dziecięca kreacja mająca na celu mediację relacji z matką w specyficznych procesach bliskości i separacji. To dla dziecka obiekt prawdziwy (w rodzaju kocyka lub pluszowego misia), który obdarzyło uczuciem więzi i posiadania. Ma on głęboką wartość afektywną we wczesnym okresie życia, a potem stopniowo ją traci. Jego znaczenie pozostaje gdzieś w umyśle jako psychiczne źródło procesów angażujących poczucie siebie (self) i to, z czego ono czerpie. Winnicott wysunął przypuszczenie, że umysł posiada prywatną przestrzeń przejściową, w obrębie której nie wolno kwestionować tego, co rzeczywiste, i tego, co jest dziecięcą kreacją. To „pośrednia sfera doświadczenia”, gdzie wyobraźnia i paradoks podejmują swą twórczą pracę. To miejsce dla kultury i zabawy.
Co znaczy w tym kontekście, że Bóg, psychologicznie rzecz ujmując, jest obiektem przejściowym? Przede wszystkim, że Bóg – realna istota, w którą się wierzy, nie może być postrzegany bezpośrednio. Umysł ludzki nie dysponuje odpowiednimi środkami, by mieć bezpośredni dostęp do ontycznej realności Boga. Jedynym narzędziem wyobrażenia Boga jest nasz własny umysł. Proces wyobrażania Boga jako istniejącego bytu jest zapośredniczony przez kilka fenomenów. Po pierwsze, przez kulturę, która oferuje specyficzny obraz Boga rozwijającej się jednostce. Ludzie, którzy wychowywali się w maoistycznych Chinach, gdzie religia była całkowicie zabroniona, mieli ogromne trudności z przedstawieniem sobie Boga. Po drugie, atmosfera rodzinna i najbliższe otoczenie muszą zezwalać na dziecięcą zdolność do kształtowania Bożej reprezentacji i ją ułatwiać. Moja amerykańska pacjentka, zanurzona w kulturze, w której Bóg jest wszechobecny, otrzymała od swych komunistycznych…