Subskrybuj

Postimperialna depresja

Putin cieszy się poparciem nie tylko etnicznych Rosjan. Jednak teraz sytuacja jest trudna do przewidzenia. Bo jak mamy odbudowywać imperium i stanąć w obronie Rosjan w Kazachstanie? Co stanie się wówczas z Unią Eurazjatycką? Gra, w którą zaczął grać Putin, jest niezwykle niebezpieczna i nie ma w niej łatwych rozwiązań

Putin cieszy się poparciem nie tylko etnicznych Rosjan. Jednak teraz sytuacja jest trudna do przewidzenia. Bo jak mamy odbudowywać imperium i stanąć w obronie Rosjan w Kazachstanie? Co stanie się wówczas z Unią Eurazjatycką? Gra, w którą zaczął grać Putin, jest niezwykle niebezpieczna i nie ma w niej łatwych rozwiązań

 .

Co ostatnie wydarzenia mówią światu o Rosjanach?*

To, co się dzieje w Rosji, pokazuje, jak bardzo chore jest nasze społeczeństwo. Przez lata nam, intelektualistom, wydawało się, że najważniejsze konsekwencje transformacji mamy już za sobą, że przeżyliśmy traumę lat 90., a teraz będzie już tylko lepiej. Okazuje się jednak, że byliśmy w błędzie. Dwadzieścia lat to za mało, by przetrawić upadek imperium. Obserwujemy więc, jak nasze społeczeństwo wchodzi na powrót w mentalność sowiecką i szczerze wyznaje wartości, które są charakterystyczne dla społeczeństw krajów znajdujących się w stanie konfrontacji.

Dlaczego tak się dzieje?

Odpowiedź na to pytanie jest niezwykle trudna. Na pewno jest to konsekwencja traumy przejścia z jednego systemu politycznego, społecznego i ekonomicznego do innej, zupełnie nowej rzeczywistości. Jednak kluczową rolę w tym procesie odgrywa władza, która wzmacnia urazy przeszłości. Władimir Putin jest pod tym względem niesamowicie skuteczny. Dla zdobycia poparcia potrafi doskonale aktywizować stare sowieckie fobie.

Jesteśmy społeczeństwem głęboko schorowanym. Ze smutkiem przyznaję, że Rosjanie są imperialistami. Próba kompensacji poczucia straty zaowocowała tym, co dziś obserwujemy w rosyjskiej polityce. To typowy przykład syndromu postimperialnego, z którym musiało się zmierzyć wiele państw na świecie. Nie jesteśmy tu wyjątkiem. W Rosji uciekano jednak od tego tematu przez 20 lat, a nagle został on zaktywizowany dzięki sile propagandy, co daje niezwykle bolesne rezultaty. Rosyjskie społeczeństwo jest dziś w 85% skonsolidowane wokół Władimira Putina i wyznaje wartości, które możemy określić mianem postimperialnych. To one stają się podstawą do budowania etnicznego tzw. Russkogo Mira.

Imperium narodowe?

Oczywiście imperium ze swej natury nie może być etniczne. Ale ten paradoks doskonale pokazuje, jak bardzo bezkrytyczni są mieszkańcy Rosji i z jaką łatwością przyjmują wszystko, co podsuwa im propaganda.

Co ważne, ten imperializm nie jest jednoznaczny z rosyjskim nacjonalizmem. Przecież Putina popiera 85% mieszkańców Rosji. To nie są tylko etniczni Rosjanie, którzy stanowią niecałe 80% społeczeństwa. Aneksja Krymu została w Rosji przyjęta jako element procesu odbudowy imperium i w opinii ogółu to nie jest projekt nacjonalistyczny.

Proszę mi wierzyć, czuję się bardzo sfrustrowana. Zresztą nie tylko ja. Ludzie, którzy potrafią ocenić, jak poważne konsekwencje ma i będzie miała polityka Władimira Putina, są głęboko przygnębieni, patrząc na to, co się dzieje z rosyjskim społeczeństwem. I nie ma mowy o tym, żeby się zjednoczyć i przeciwstawić. Opozycja jest pod bardzo silną presją, a społeczeństwo popiera działania prezydenta.

Jak długo może trwać taki stan rzeczy?

Trudno to przewidzieć. Rosyjski socjolog Lew Gudkow przygotował wykres, na którym pokazał, jak zmieniało się poparcie dla Władimira Putina w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Największe było w okresie wojny z Gruzją w 2008 r., wówczas Putina popierało 88% mieszkańców Rosji, czyli o 2% więcej niż dzisiaj. Gudkow przypomina, że po tych 88% po pół roku nie było ani śladu. Podobnie będzie tym razem. Ile może trwać krymska euforia? Moim zdaniem nie dłużej niż rok. A jak się to wszystko dalej potoczy? Tego chyba nikt nie jest w stanie przewidzieć.

Trzeba jednak przyznać, że rosyjska propaganda jest niezwykle skuteczna i profesjonalna. Bardzo wielu ludzi, którzy uważają się za demokratów i liberałów, popiera dziś działania rosyjskich władz i jest przekonanych, że to, co się stało z Krymem, było właściwą decyzją.

Z czego to wynika?

Jest kilka cech charakterystycznych dla Rosjan. Pierwsza z nich to bardzo krótki horyzont planowania. Ludzie żyją dniem dzisiejszym i nie zwykli przewidywać konsekwencji różnych decyzji. Dlatego nikt w społeczeństwie nie dostrzega, jak poważne będą następstwa tego, co się dzisiaj dzieje w naszym kraju. Rosjan charakteryzuje też bardzo głęboki dystans, który dzieli przedstawicieli władzy od członków społeczeństwa. To symboliczny car i prości ludzie, którzy są mu poddani. Trzecia cecha to bardzo niski stopień zaufania społecznego. Rosjan nie łączą właściwie żadne więzi horyzontalne, z wyjątkiem więzi rodzinnych i przyjacielskich. Tylko rodzina i najbliżsi przyjaciele – choć i to nie zawsze – są przez Rosjan darzeni zaufaniem. Wreszcie rosyjskie społeczeństwo charakteryzuje bardzo niska kultura kompromisu, absolutny brak umiejętności poszukiwania porozumienia i zawierania go. Dlatego tak niewiele trzeba, by stworzyć w Rosji obraz wroga.

Dziś te wszystkie cechy przyczyniają się do atomizacji społeczeństwa i skutecznie zapobiegają każdej konsolidacji – nie tyle tej skierowanej przeciwko rosyjskim władzom, ile tej, która mogłaby nastąpić niezależnie od nich.

Jak na obecną sytuację reaguje rosyjska elita?

Elita jest absolutnie lojalna wobec władzy. Jej przedstawiciele mogą być niezadowoleni, ale nie są w stanie zdobyć się nawet na drobny gest sprzeciwu. Jestem jednak pewna, że istnieje wewnętrzna niezgoda na to, co się dzieje, podyktowana najczęściej troską o własne interesy. Ale nikt nie powie o tym głośno, bo lojalność stała się wyznacznikiem przynależności do elity. Sytuacja w Rosji jest więc niezwykle trudna.

Jakie scenariusze są możliwe? Zastanawiam się przede wszystkim, jak długo można integrować społeczeństwo tylko i wyłącznie za pomocą obrazu zewnętrznego wroga, jakim dzisiaj jest Ukraina. Da się to utrzymać przez jakiś czas, zwłaszcza jeśli napięta sytuacja na wschodzie Ukrainy będzie się utrzymywać, ale taki stan nie może trwać latami. Spodziewam się, że na wiosnę, a może nawet już zimą, dadzą o sobie znać czynniki, które mogą zdestabilizować sytuację. Mam na myśli problemy ekonomiczne i stagnację gospodarczą. Już teraz wstrzymano wzrosty płac. Coraz trudniejsza jest sytuacja w regionach. Wiele budżetów na szczeblu regionalnym jest pogrążonych w długach. To konsekwencja ukazów prezydenta Putina, w których nakazał podnosić pensje. Ale gubernatorzy – choć doskonale wiedzą o tych komplikacjach – milczą, bo muszą być lojalni wobec władzy. Głośno o deficycie w regionach mówią jedynie niezależni eksperci i od czasu do czasu Ministerstwo Finansów. Dopóki Rosjanie nie poczują konsekwencji polityki prezydenta w swoich kieszeniach, dopóty nie będzie żadnych zmian. Warto pamiętać o wspomnianym przeze mnie wykresie Gudkowa – odwrót od Putina jest nieuchronny. Rok po wojnie w Gruzji poparcie dla niego spadło o połowę. Tak stanie się i tym razem, choć władza będzie szukać sposobu na odwrócenie tego procesu, bo to dla niej jedyna szansa na przetrwanie. Myślę, że będą podejmowane jakieś próby ponownego wyzwolenia społecznej euforii. Nie wiem jednak, ile razy uda się zastosować ten sam mechanizm. Bo niby kogo mielibyśmy teraz przyłączyć – Kazachstan, Białoruś? Istnieje zatem ryzyko, że czynnikiem integrującym stanie się niebawem rosyjski nacjonalizm. Boję się tego scenariusza, bo Rosja jest krajem wielonarodowym, nie można jednak wykluczyć takiego rozwoju sytuacji. Rok temu także nikt z nas nie sądził, że możliwe jest przyłączenie Krymu do Rosji. Nie byliśmy w stanie sobie tego wyobrazić nawet zimą. Trudno jest zatem odpowiedzieć na pytanie, co stanie się dalej. Na pewno władza zechce przykręcać śrubę. Będą wprowadzane kolejne represyjne ustawy. Nie wiem jednak, jak społeczeństwo zareaguje na załamanie gospodarki. Przypomnijmy sobie początek lat 90. ubiegłego wieku. W latach 1992–1994 sytuacja ekonomiczna pogorszyła się w sposób radykalny, a społeczeństwo to przyjęło i nie buntowało się. Trudno mi ocenić, ile mogą znieść Rosjanie. Historia uczy, że bardzo dużo. Nie mam natomiast wątpliwości, że bunt – jeśli tylko wybuchnie – rozpocznie się w dwóch rodzajach ośrodków. Po pierwsze, w metropoliach, gdzie znajdują się największe skupiska tych, którzy są krytyczni wobec władzy. Dzisiaj jest to środowisko, które pozostaje zdezintegrowane. Po drugie, w miastach przemysłowych, gdzie będą zamykane kolejne fabryki, a ludzie pozostaną bez pracy i środków do życia. W tym wypadku protesty będą miały charakter społeczno-ekonomiczny, a nie polityczny. Wydaje mi się, że to jest prawdziwa strefa…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Imperialne oblicze Rosjan