Subskrybuj
Studiował arabistykę i islamistykę, iberystykę, antropologię i geografię człowieka. Tłumacz i autor publikacji poświęconych światu arabsko-muzułmańskiemu oraz imigracji muzułmańskiej w Europie. Za książkę Integracja społeczna i gospodarcza imigrantów wyznania muzułmańskiego w Polsce otrzymał w 2013...

W Tadżykistanie bez zmian

Nowości z Zachodu przychodzą tu przez Rosję. W kraju, który stosunkowo niedawno uzyskał niepodległość, powszechnie tęskni się też za Sojuzem i silnym państwem. Ale to tylko jedna ze składowych tadżyckiej tożsamości. Równie silne jest dążenie do ponownej islamizacji kraju oraz „azjatyckość”, nakazująca zachowanie dystansu i kamiennej twarzy.

Największym wyzwaniem jest dla mnie „azjatyckość” Tadżykistanu. Niedomówienia, kamienna twarz, która ma ponoć gwarantować, że się jej w sensie społecznym „nie straci”, półprawdy, z których trzeba się domyślać intencji autora – słowem, wszystkie te zachowania, o których można przeczytać w relacjach z Japonii czy Wietnamu, bardzo silnie obecne są także w tym kraju.

Prezydent wszystkich Tadżyków?

W Tadżykistanie znalazłem się w szczególnie gorącym okresie końcówki przygotowań do wyborów. Od 6 listopada 2013 r. kraj ma nowego, a jednak zadziwiająco starego prezydenta. Bez większych niespodzianek wybory wygrał po raz kolejny Emomali Rahmon. Ten sam, który przejął władzę po zakończeniu krwawej wojny domowej w 1994 r., usunął z nazwiska rosyjską końcówkę „ow”, zachęcając swoich rodaków – de facto poddanych – do tadżykizacji, a także zmienił konstytucję, by móc rządzić dożywotnio. Prezydent wszechobecny. Ze szczególnie licznych w okresie przedwyborczym banerów wyciągniętą ręką wskazuje mieszkańcom kraju lepszą przyszłość. Ale ona, mimo wysiłków prezydenta, nie nadchodzi. Plakaty uczą, że kiedy prezydent nie wskazuje przyszłości, to dobrotliwie pochyla się nad tadżyckimi dziećmi, bo przecież nieobca mu jest troska o ich szczęśliwe wzrastanie, albo z mądrą miną przypatruje się pracy studentów i naukowców. Prezydent z fotoszopu z atencją odnosi się do kobiet i szanuje wszelkie grupy zawodowe, nie brak również umieszczonych na plakatach przypomnień jego przywiązania do islamu. Prezydent wszystkich Tadżyków! Albo lepiej – wszystkich obywateli, bo przecież nie każdy mieszkaniec Tadżykistanu to etniczny Tadżyk. Rahmon jest Kulabcem, a w wojnie domowej Kulabcy walczyli z Garmcami. Ci ostatni przegrali, Kulabcy mają więc prezydenta… wszystkich Tadżyków. Nie mniej groteskowo wygląda muzułmańskość przywódcy. Poza afiszami obrońca tradycji zabrania zgromadzeń, także tych w meczetach. Zakazuje wspólnego w nich biesiadowania, nawet w czasie ramadanowych iftarów, zakłada w świątyniach kamery, a na prowincji, w gminach zwanych tu dżamoatami, wyznacza po dwa meczety, w których można celebrować piątkową modlitwę. W tadżyckich kiszłakach świątynie, pieczołowicie i kosztem dużych wyrzeczeń budowane przez wieśniaków, stoją więc w piątki puste, a wierni wsiadają do samochodów i jadą się modlić tam, gdzie władza pozwala.

Oczywistym wytłumaczeniem ich zachowania jest strach przed prześladowaniem, skutecznie studzący zapędy wielu potencjalnych buntowników. Strach – nieodłączny element każdej dyktatury. Ale to nie jest każda dyktatura. Ta ma wyraźnie tadżyckie oblicze, w którym odbija się złożona rzeczywistość kraju.

Prezydent jest Kulabcem, a dopiero potem Tadżykiem. W Tadżykistanie klany są bowiem wszędzie. To podstawa tradycyjnej organizacji społecznej i politycznej. Przed pierwszą podróżą do tego kraju myślałem, że mieszkają tam po prostu Tadżycy… Może jeszcze jakieś mniejszości z sąsiednich państw – Uzbecy, Kirgizi, oprócz tego ktoś z krajów geograficznie odleglejszych, ale historycznie czy cywilizacyjnie dla Tadżykistanu istotnych: Rosjanie, Chińczycy, Persowie. A także uchodźcy – pewnie z Afganistanu – może Żydzi, może też pozostali jacyś potomkowie przesiedleńców z czasów, gdy sowieckie dyktatury dowolnie szafowały ludzkimi losami. W Tadżykistanie okazuje się, że Tadżycy tu są, ale…

Ludzie silnie trzymają się też innych niż narodowy lub pantadżycko etniczny poziomów identyfikacji. Pantadżyckość widać bowiem przede wszystkim w relacjach z „innymi”. Mapa wielkiego Tadżykistanu, jaką prezentuje mi na smartfonie mieszkaniec Istarawszanu, po zostawia Uzbekistanowi jedynie wąski pasek obecnego terytorium na północy. Na południu równie mały obszar przypadł Turkmenistanowi. Reszta to przecież ziemie tadżyckie. Odebrane przede wszystkim z winy Uzbeków, „ludu nowego”. „My, Tadżycy, mieliśmy wielką cywilizację już w IV w. Uzbecy, Turcy w ogóle nie istnieli, to nie były państwa, tylko plemiona, oni przyszli, żeby nam służyć. Byli naszymi najemnikami, braliśmy ich do wojaczki. Prawda, że zrobili przewrót, i prawda – ze smutkiem kończy mieszkaniec Istarawszanu – że już nigdy władzy nie oddali…”

Tadżyk z Chatlonu opowiada mi o tym, jak Uzbecy podstępem zagarnęli historyczne ośrodki tadżyckiej kultury – Samarkandę i Bucharę: „Kiedy w Moskwie kreślono granice nowych republik, delegacja tadżycka nie dojechała na obrady. Dlaczego? Oficjalnie nikt tego nie powie, ale to Uzbecy ich po drodze zabili. A skoro zabrakło Tadżyków, to kto dostał Samarkandę i Bucharę? Uzbecy!”. Ci sami Uzbecy, którzy nie są przecież prawdziwymi muzułmanami: „Słyszałeś o nawróceniach? – zapytano mnie w jednym z kiszłaków na południu kraju – W Uzbekistanie przechodzą na chrześcijaństwo. Taszkent to jest katastrofa, tam już nie ma islamu”. I nieważne, że w tym samym kiszłaku ludzie opowiadają mi o wizycie nawróconego na chrześcijaństwo Tadżyka, który objeżdżał ich region i nakłaniał do konwersji. Zajmujący się chrześcijańskim prozelityzmem Tadżyk to wyjątek, ale Uzbek – reguła. „Tadżykami” są także emigranci w Rosji czy Kazachstanie, bo jaki sens miałoby mówienie Rosjanom o emigracji garmskiej czy kulabskiej? Nie zrozumieją. Natomiast w konfrontacji z arabskością tadżyckość zlewa się z perskością. W jednym z garmskich kiszłaków miejscowy mułła wyjaśnia: „Wszyscy najwybitniejsi muzułmanie to byli Tadżycy, to znaczy Persowie, wszyscy mówili po tadżycku”. „Musisz nauczyć się naszego języka, to najlepszy język, najpiękniejszy. I po to, żeby przeczytać coś o islamie, najlepsze rzeczy są w naszym języku”.

Na wewnątrztadżyckim podwórku, tam gdzie nie ma „obcych”, zróżnicowanie jest ogromne i nawet krótki pobyt w tym kraju konfrontuje podróżnika z tutejszą różnorodnością. Napotykani ludzie nijak nie pozwalają trwać w przekonaniu, że w Tadżykistanie mieszkają Tadżycy. Mówią, że są z północy, z południa, z gór, że są Kulabcami, Garmcami, Leninobodcami czy Istarwszańcami. Wskazują palcem na innych, przyznają, że owszem, to Tadżycy, ale szybko dodają, że jednak fergańscy czy soghdyjscy. Każdy tu ma swój język, strój, swoją kuchnię i tradycję, swoje stereotypy na temat siebie i innych, swoją historię i polityczne ambicje.

Do Europy przez Rosję

Skoro więc klany są wszędzie, obalenie prezydenta oznaczałoby konflikt z jego pobratymcami, ale także ze wszystkimi innymi, którym przejęcie władzy byłoby miłe – oznaczałoby de facto wojnę. A wojnę pamiętają tu bardzo dobrze, zwłaszcza na południu, w Chatlonie. Tu walki były najcięższe. Opowieści o porwaniach dla okupu, gwałtach, także tych zbiorowych, masowym grzebaniu żywcem, paleniu wsi, domów z ludźmi w środku starczyłoby na niejeden opasły tom. Działy się rzeczy straszne i wizja powrotu tamtych dni też skutecznie studzi zapędy potencjalnych buntowników. Zwłaszcza nocą demony ożywają. Kiedy jedziesz przez Tadżykistan po zmroku, towarzysze podróży opowiadają ci – choć chyba mówią bardziej do samych siebie – o posterunkach, jakimi najeżone były pobocza dróg, przez które właśnie przejeżdżacie, o niepewności, strachu, nadużyciach. Niełatwe są dzisiaj spotkania osób walczących podczas konfliktu po przeciwnych stronach. Kiedy przejeżdżamy przez garmski kiszłak, towarzyszący mi Tadżyk wspomina: „Ja byłem po stronie rządu, oni byli w opozycji. Tu nie wolno mówić o wojnie, pamiętaj!”.

Wyrasta już jednak pokolenie, które wojny przecież nie pamięta. „Oni kiedyś chwycą za broń” – prorokuje Tadżyczka z Chatlonu. Tyle tylko że ci młodzi dorastają w kraju widmie, kraju bez edukacji, oświaty, pracy, perspektyw – czy to jest pokolenie, które ma dać Tadżykistanowi nadzieję na lepszą przyszłość? W czasie wojny domowej dziewczynki nie chodziły do szkoły, bo w kraju było niebezpiecznie, zdarzały się gwałty. Nikt wtedy nie myślał o szkole. Związek Radziecki się zawalił, a innego silnego państwa już potem w Tadżykistanie nie było. Banery przedwyborcze mieszają się z wiszącymi jeszcze plakatami z okazji rocznicy uzyskania niepodległości (9 września 1991 r.), które wmawiają Tadżykom, jakim to wydarzenie było dla nich błogosławieństwem. Jeden z nich krótko, acz precyzyjnie, charakteryzuje stan ducha narodu wobec rządowej propagandy: „Kiedy was, Polaków, pytać o zmianę, jesteście zadowoleni. A dla nas wasze zadowolenie to jest szok! Bo i z czego tu się cieszyć? Widać, że u was się poprawiło. A u nas wszystko na gorsze. Na co ci wolność, jeśli umierasz z głodu? Jak masz się cieszyć z takiej wolności?”.

W Tadżykistanie powszechnie tęskni się za Sojuzem, za silnym państwem – rozmiary nadużyć i korupcji w urzędach osiągnęły takie rozmiary, że czasy sowieckie jawią się jako oaza uczciwości i transparentności. Sowieckie porządki… To, co w Polsce kojarzy się negatywnie, w Tadżykistanie jest komplementem. Powiedzieć o kimś: „sowieckie kadry”, to wyróżnienie, podkreślenie solidnych kwalifikacji i kompetencji, których w niepodległym kraju trudno szukać. Wojna się skończyła, zrobiło się bezpieczniej, ale nie wrócił już publiczny transport, utrzymywany niegdyś przez radzieckie państwo: „Dzieci nie chodzą do szkoły. Czasem się wybiorą, ale to jest sześć kilometrów w jedną stronę – jak taki siedmiolatek ma iść? Jak wróci, to się przewraca i śpi – żadnych lekcji przecież nie ma już siły odrobić!”.

Siłą rzeczy, w Tadżykistanie myślę o dobrze mi znanej Afryce Północnej. Nazywamy ją egzotyczną, obcą, daleką. Z perspektywy Tadżykistanu wydaje się jednak dziwnie bliska. Jako granicząca z „nami”, podejmuje dialog bezpośrednio z Zachodem. Może się z nim kategorycznie nie zgadzać, niemniej jednak odwołuje się do tego, co przychodzi z Paryża, Londynu czy zza oceanu; przychodzi do Egiptu, tak jak przychodzi do Polski, choć może być – i jest – w Polsce i Egipcie odmiennie przyjmowane. W Tadżykistanie jest inaczej. Tam nie ma Zachodu. Są Chiny, Iran i Afganistan, a dalej Pakistan i Indie. Jest w końcu Rosja, i to przez pryzmat Rosji patrzy się na Zachód. Dla Polaka to spojrzenie niewygodne, jakby skrzywione… Zastanawiam się nad tym i myślę o znajomym Uzbeku, który powiedział mi kiedyś: „Bo Rosja to jest taki kraj, który do was zawsze przynosił Azję, a do nas Europę”. Europejskość nadal ma dla Tadżykistanu rosyjskie oblicze. To, co zachodnie, jest zapożyczane już po ukształtowaniu przez rosyjski żywioł. Sam Zachód jest rzeczywistością odległą. Co innego Rosja – główny kraj docelowy dwumilionowej rzeszy emigrantów tadżyckich. „Od nas wszędzie trudno wyjechać. Łatwo tylko do Rosji” – skarży się student anglistyki w Duszanbe.

Trzeci imam w dzielnicowym meczecie Sąsiedni Afganistan, etnicznie tadżycki na północy, przyjmował uchodźców z Tadżykistanu w latach wojny domowej. Jak mówią Tadżycy, dobrze się z tym krajem handluje. Wciąż jednak rodzą się obawy, że role się odwrócą i trzeba będzie spłacać dług z przeszłości, przyjmując afgańskich uchodźców po wycofaniu się wojsk zachodnich w 2014 r. W okręgu chatlońskim słyszałem: „Przyjdą, na pewno przyjdą, niech tylko wyjadą wasze wojska, Boże, to już za rok!”. Ktoś inny uspokajał: „Nie przyjdą. Do tej pory nie przyszli, to i teraz nie przyjdą”. Ten sam człowiek wyjaśniał: „Nie przyjdą, bo oni myślą, że tu nie ma islamu. Myślą, że jak żyliśmy z Rosjanami, to nie jesteśmy muzułmanami, przecież religia była u nas zakazana. Choć to nieprawda…”. I rzeczywiście, podróżując po Tadżykistanie, trudno dojść do przekonania, że to kraj niemuzułmański, a zamieszkujący go ludzie islamu nie znają. Przeciwnie, są tam nim przesiąknięci. To islam specyficzny, może peryferyjny, regionalny, perski, etniczny, a może azjatycki… Różnie układały się muzułmańskie losy w czasach sowieckich, ale religia przetrwała. I podobnie jak wszędzie w byłym Związku Radzieckim, tam gdzie jednak nie przetrwała, dziś się „odradza”. W cudzysłowie, bo trudno uznać za odrodzony islam nauczany dziś przez różnej proweniencji zagranicznych misjonarzy. Zapewne w każdym podstawowym podręczniku traktującym o islamie można przeczytać, że ta religia dała ludziom, którym została objawiona, nową tożsamość, podziały plemienne zastępując więzami wspólnej wiary. Podróżując po świecie islamskim, trudno nieraz dopasować książkowe zdanie do rzeczywistości. Tadżykistan jest jednym z takich miejsc. Na animozje narodowe, etniczne czy klanowe nakładają się te religijne. „My, Tadżycy, jesteśmy muzułmanami, ale przecież Garmcy są nimi bardziej niż Kulabcy czy Leninobodcy” – słyszę. W garmskich kiszłakach opowiadano mi o uchodźstwie w Afganistanie w czasie tadżyckiej wojny domowej: „Uciekliśmy! I dobrze, żeśmy tam byli. Dużo dowiedzieliśmy się o islamie”. Rodzice z dumą mówili mi o edukacyjnych podróżach młodych religijnych Tadżyków do Afganistanu czy Pakistanu. Ale już gdzie indziej można usłyszeć krytykę „zacofanych” Garmców: „Po co wysyłają dzieci do Pakistanu? Mało jest u nas mądrych ludzi, znawców islamu? Ludzie są głupi, robią to tylko po to, aby zaimponować innym tym, że syn był w szkole w Pakistanie”. Słyszy się też głosy: „Ich podejście do religii to głupota! Co to ma wspólnego z islamem? Kobieta… Tak, ona według islamu ma żyć w określony sposób, ale czy my się mamy dzisiaj tego trzymać? Bóg dał kobiecie wiele praw, podniósł jej status, czasy się zmieniły. Teraz jesteśmy mądrzejsi, bardziej cywilizowani, po co te kobiety zamykać, jak u Garmców? Po co je zasłaniać? Powinniśmy tak jak Prorok dawać im prawa, podnosić ich status odpowiednio do naszych czasów! Powinniśmy już żyć inaczej…”. Jednak ortodoksyjni muzułmańscy Garmcy z kiszłaków na południu kraju edukacyjną szansę dla swojej młodzieży widzą w Afganistanie lub Pakistanie. Reislamizowani młodzi ludzie w Istarawszanie, którzy…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: XI: Nie marnuj