W grudniu 2014 r. upłynęły cztery lata od momentu, kiedy akt samospalenia 26-letniego Tunezyjczyka Muhammada Bouazizi wywołał lawinę zmian na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej. Zainspirował także wiele osób w innych częściach świata, w tym w USA (ruch Occupy Wall Street), do walki o poprawę własnej sytuacji. Choć działanie Tunezyjczyka miało charakter indywidualny, wielu dostrzegło w nim sprzeciw wobec niedoskonałości systemowych, takich jak trudne warunki bytowe, pogłębiające się nierówności ekonomiczne, powszechna korupcja oraz brak podstawowych wolności. Akt ten szybko zyskał wymiar ogólnospołeczny i przerodził się w ponadnarodowy ruch niezadowolenia społecznego, który gruntownie przebudował scenę polityczną oraz doprowadził do głębokich przemian społecznych i ekonomicznych w wielu krajach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej (MENA – Middle East and North Africa).
Z perspektywy czasu warto przyjrzeć się zmianom, jakie przyniosła Arabska Wiosna dla całego regionu, i spróbować je ocenić. Wbrew optymistycznym prognozom z 2011 r. wydarzenia te mają dziś wydźwięk zdecydowanie mniej pozytywny i skłaniają wielu obserwatorów regionu, by określić całokształt przemian ostatnich czterech lat raczej mianem Arabskiej Zimy niż Arabskiej Wiosny.
Zwiastuny zmian
Choć to wydarzenia w Tunezji dały początek fali przemian określanych mianem Arabskiej Wiosny, warto pamiętać o wcześniejszych protestach w regionie, w tym tych w Libanie i Iranie, które niejako zapowiedziały wybuch szerokiego niezadowolenia społecznego i koniec rządów niektórych regionalnych dyktatorów.
Libańska Rewolucja Cedrowa wyprowadziła na ulice Bejrutu ponad milion ludzi w 2005 r. Protestujący domagali się realnej suwerenności i demokracji oraz ukrócenia faktu ingerencji krajów ościennych w politykę państwa. Masowe demonstracje poskutkowały m.in. wycofaniem wojsk syryjskich z Libanu. Dziś Damaszek wciąż ma znaczący wpływ na scenę polityczną w Libanie poprzez polityków związanych z Hezbollahem, ale przynajmniej z ulic Bejrutu i innych libańskich miast zniknęli żołnierze Baszara al-Asada. Gdyby jego wojska nadal były tam obecne, to bardzo prawdopodobne, że Libanu – kraju dopiero co odbudowanego po wojnie domowej – nie ominąłby regularny konflikt, z którym mamy dziś do czynienia w Syrii. Liban m.in. dzięki własnej armii zdołał uniknąć zaangażowania w „awanturę syryjską”, choć ponosi w największym stopniu koszty humanitarne konfliktu syryjskiego – przyjął prawie 1,2 mln uchodźców1.
Kolejnym ważnym wydarzeniem, które mogło służyć jako ostrzeżenie dla rządzących w regionie, była nieudana rewolucja irańska. Śmierć na oczach świata młodej teheranki Nedy Agha-Soltan2 i manifestacje Irańczyków, niechcących pogodzić się z cudami nad urną, nie doprowadziły co prawda do powtórki wyborów w Iranie w 2009 r., ale zdecydowanie przyspieszyły zorganizowanie się ruchu opozycyjnego.
Wydarzenia ukazały również siłę nowych technologii komunikacyjnych w generowaniu protestu społecznego oraz przekształceniu go w szerszy ruch społeczny. To m.in. portale społecznościowe, fora dyskusyjne i autorskie blogi pokazały pojedynczym ludziom, że nie są osamotnieni w krytycznym osądzie panującego systemu politycznego. Decyzja o podjęciu wspólnego działania staje się w takich okolicznościach o wiele prostsza, gdyż przeniesiona do świata wirtualnego. Liderom protestu pozostaje jedynie upewnić się, że deklaracje uczestnictwa w demonstracji przekładają się na działanie w świecie realnym. 25 stycznia 2011 r. taka sytuacja miała miejsce w Egipcie. Masowe demonstracje zostały zorganizowane głównie z pomocą Facebooka i Twittera. Od tamtej pory rządzący w regionie z większą uwagą przyglądają się opiniom rozpowszechnianym w Internecie i próbują wywrzeć na nie wpływ.
Wydarzeniem, które zdaniem wielu badaczy bardzo dobrze zapowiadało przebieg i skutki fali protestów, jakie przetoczyły się przez cały region w 2011 r., była wojna domowa w Algierii. Konflikt, który wybuchł dwie dekady wcześniej, pokazał, do czego może prowadzić próba zdobycia władzy przez islamistów i odsunięcia od rządów dotychczasowe świeckie elity. W momencie gdy członkowie Islamskiego Frontu Wyzwolenia odnieśli w pierwszej turze wyborów zaskakujące zwycięstwo, rządzący Front Wyzwolenia Narodowego w obawie przed porażką anulował wybory i zdelegalizował partię islamistów. Zamknięcie w więzieniach liderów Islamskiego Frontu Wyzwolenia tylko zaostrzyło konflikt pomiędzy ich zwolennikami i świeckimi elitami wspieranymi przez armię i przeistoczyło go w trwającą ponad dekadę wojnę, która zaowocowała dziesiątkami tysięcy zabitych3. Świeża pamięć o tych tragicznych wydarzeniach sprawiła m.in., że Algierczycy zareagowali najmniej entuzjastycznie na zmiany reżimów w innych krajach MENA. Co więcej, rząd tego największego kraju afrykańskiego posiadający pokaźne zasoby ropy naftowej i gazu (a co za tym idzie, spore rezerwy finansowe) nie omieszkał sięgnąć do państwowego skarbca, by zaspokoić żądania materialne społeczeństwa. Jednocześnie większość Algierczyków pozostaje dziś bezsilnymi obserwatorami tarć pomiędzy rządzącymi elitami, których członkowie kontrolują zarówno instytucje państwa (z wojskiem na czele), jak i jego zasoby, a zmarginalizowanymi islamistami, którzy nie są w stanie uzyskać znaczącego poparcia społecznego i odgrywają jedynie rolę przydatnych kozłów ofiarnych. Wydaje się, że lekcji algierskiej, czyli niedocenienia sił kontrrewolucyjnych, nie odrobili egipscy Bracia Muzułmanie, którzy na krótko doszli do władzy w Kairze.
Główne przyczyny wybuchu protestów społecznych w regionie w 2011 r. trafnie przedstawił wydany dwa lata wcześniej raport o rozwoju społecznym w państwach arabskich Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP). Mówił on m.in. o tym, że stagnacja ekonomiczna, wysokie bezrobocie, wyż demograficzny, ogromna korupcja oraz nieudolne rządy represjonujące obywateli mogą zagrozić stabilności Bliskiego Wschodu. Jak się wkrótce okazało, prognoza ta stała się prorocza. Czynniki ekonomiczne, społeczno-demograficzne i polityczne sprawiły również, że w przededniu rewolucji trzy czwarte Tunezyjczyków chciało opuścić swój kraj4. Doprowadzając natomiast do upadku rządów Zin El-abidin Ben Alego, zdecydowali o zmianie systemu władzy w swoim państwie zamiast emigracji i zmiany państwa.
Jednocześnie warto pamiętać, że w każdym kraju na rewolucyjny wybuch miała wpływ konfiguracja wielu różnych czynników. W Syrii jednym z ważnych kontekstów wybuchu protestów była liberalizacja ekonomiczna, która doprowadziła do znaczącego wzbogacenia się wąskiej elity powiązanej z centrum władzy oraz pogorszenia się sytuacji bytowej ponad miliona rolników dotkniętych latami suszy w latach 2006‒2010. Zapłonem stał się jednak moment, gdy Syryjczycy zobaczyli w telewizji, jak z tunezyjskich gmachów znikają wizerunki Ben Alego, a ich własne służby bezpieczeństwa maltretują dzieci w miasteczku Daara tylko za to, że malowały na murach szkoły antyreżimowe hasła. Uwierzyli wówczas, że możliwa jest zmiana na najwyższych stanowiskach państwowych.
Siła kontrrewolucji
Każda radykalna zmiana społeczna łączy się z równie silną reakcją obronną. W Libii i Syrii już w pierwszych dniach protestu doszło do zdecydowanego oporu władz.
W przypadku pierwszego kraju cała władza w państwie skupiała się w rękach rodziny Kaddafich oraz sprzymierzonych z nią klanów. Nie mogło być zatem mowy jedynie o „wymianie” panującego i zachowaniu zarazem struktur władzy. Władca był jednocześnie państwem. Z tego powodu Mu’ammar Kaddaffi oraz jego synowie od początku grozili demonstrantom anihilacją, a protesty natychmiast przerodziły się w otwarty konflikt militarny. Libijskie zasoby naturalne stały się przyczyną, dla których Zachód w szybkim tempie aktywnie włączył się w walki po stronie rebeliantów. W konsekwencji dotychczasowy ustrój został obalony stosunkowo łatwo, ale budowa na jego zgliszczach nowego państwa i narodu do dziś natrafia na poważne przeszkody, czyniąc z Libii rodzaj państwa upadłego. W przypadku Syrii Europa i Stany Zjednoczone miały o wiele mniejszy interes, by interweniować po stronie sił, które domagały się zmiany władzy. Choć w syryjskich elitach rządzących mniejszość alawicka i rodzina Asadów odgrywa kluczową rolę, to – w przeciwieństwie do Libii – państwo nie jest z nimi tożsame. Baszar al- Asad zdołał utrzymać się przy władzy, gdyż przekonał elity sunnicko- -chrześcijańskie do tego, że jego odejście będzie oznaczać nie tylko koniec ich wpływów i przywilejów, ale również ich fizyczną likwidację. Jego reżim trwa również dzięki bardzo ważnemu wsparciu, jakie uzyskuje od swych sprzymierzeńców zagranicznych, głównie Iranu i Rosji, oraz libańskiego Hezbollahu.
W innych miejscach udało się osiągnąć znaczące sukcesy, przynajmniej początkowo, metodami pokojowymi. Dyrektor „Le Monde Diplomatique” Alain Gresh słusznie zauważył, że prędkość, z jaką usunięto prezydentów Ben Alego i Mubaraka, stworzyła iluzję, że głębokie zmiany społeczne można przeprowadzić równie łatwo. Gresh proponuje, by patrzeć na ich usunięcie nie jak na porażkę starych reżimów, ale jak na ich sukces. Elity władzy zgodziły się zapłacić cenę, jaką było odwołanie swoich najwyższych reprezentantów, po to by zachować przywileje, a nade wszystko by uniknąć całościowej transformacji5.
Demonstracje społeczne sprawiły w niektórych krajach, że rządzący zgodzili się na ograniczone zmiany demokratyzacyjne. Mowa tutaj głównie o monarchii jordańskiej oraz marokańskiej. W Maroku król Muhammad VI oddał część władzy ustawodawczej w ręce islamistów, powierzając funkcję premiera członkowi Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (marokańskiej wersji Braci Muzułmanów), która wygrała wybory w listopadzie 2011 r. Z drugiej strony, monarcha nie ograniczył nawet minimalnie swojej władzy wykonawczej, próbując raczej ją wzmocnić, zacieśniając kontakty z monarchiami z Zatoki Perskiej, w szczególności z Arabią Saudyjską. Saudyjczycy, niezgodnie z geograficzną logiką, zaprosili zresztą Maroko i Jordanię do elitarnej Rady Współpracy Zatoki Perskiej, która zrzesza Arabię Saudyjską, Bahrajn, Katar, Kuwejt, Oman i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Marokańczycy i Jordańczycy zaproszenie przyjęli ochoczo, licząc głównie na wsparcie ekonomiczne, które pomogłoby im przynajmniej częściowo zaspokoić żądania socjalne członków ich społeczeństw.
Wiele zamożnych krajów regionu zastosowało tę samą strategię „kupowania spokoju społecznego” i powstrzymywania zmian. Arabia Saudyjska, Bahrajn i Oman postanowiły wkupić się w łaski swych obywateli poprzez obniżkę cen żywności oraz wprowadzając dodatkowe świadczenia socjalne. Te przywileje dotyczą oczywiście jedynie tych, którzy posiadają prawa obywatelskie, nie mają zatem zastosowania do setek tysięcy imigrantów pracujących w krajach Zatoki Perskiej.
Jednocześnie minimalne zmiany demokratyzacyjne sprowokowane przez Arabską Wiosnę można zaobserwować w krajach o najbardziej konserwatywnych i autorytarnych reżimach. Pod presją społeczną Arabia Saudyjska we wrześniu 2011 r. przeprowadziła pierwsze wybory do samorządów lokalnych, a rządzący złożyli obietnice, że do 2015 r. kobiety nabędą prawa wyborcze6. Z kolei w sąsiednim Bahrajnie Saudowie pokazali światu swoją determinację, by nie dopuścić do rewolucyjnych przemian w strefie ich wpływów. Dzięki pomocy wojskowej z Rijadu i przy donośnych głosach sprzeciwu Teheranu w Bahrajnie doszło do pacyfikacji demonstrującej większości szyickiej przez rządzącą mniejszość sunnicką. Irańczycy i Saudyjczycy zamienili się rolami „orędowników demokracji” na gruncie syryjskim. Ci pierwsi stoją murem za Baszarem al-Asadem, a drudzy w imię demokracji dążą do jego obalenia, czyniąc z Syrii poligon walk o swoje partykularne interesy.
Arabskość – nowy wymiar Arabska Wiosna miała ważny wpływ na przebieg wydarzeń na Zachodnim Brzegu Jordanu, w Strefie Gazy i w Izraelu – w miejscach gdzie na pierwszy rzut oka niewiele się zmieniło. W przededniu arabskich rewolucji w światowych przekazach informacyjnych z regionu dominowały wiadomości z Ziemi Świętej. Po wybuchu arabskich protestów musiały konkurować z innymi informacjami. W cieniu przemian wywołanych przez desperacki akt Bouazizego doszło, po pierwsze, do historycznego porozumienia pomiędzy Hamasem i Fatahem oraz, po drugie, do wystąpienia do Narodów Zjednoczonych o uznanie Palestyny za pełnoprawnego członka wspólnoty międzynarodowej. Palestyńczycy nie dali zapomnieć światu o obietnicach szybkiego utworzenia państwa palestyńskiego złożonych w 1993 r. w Oslo oraz o trudnym losie pod okupacją izraelską. Izrael do dziś kontestuje obydwie inicjatywy, próbując utrzymać podziały wewnątrzpalestyńskie oraz nie godząc się na podniesienie statusu Autonomii Palestyńskiej…