Eugeniusz Smolar: Kluczem do dziedzictwa Karskiego i Lemkina jest ukonstytuowana stosunkowo niedawno doktryna ONZ nakładająca na państwa członkowskie i na wspólnotę międzynarodową obowiązek ochrony ludności cywilnej i niesienia pomocy ofiarom ludobójstw, wojen i czystek etnicznych. Akty prawne, które miały zapobiegać tym zbrodniom, uchwalane tuż po II wojnie światowej, były początkiem drogi ku stworzeniu odpowiednich mechanizmów prawa międzynarodowego. Niestety, wciąż pojawiają się elementarne wątpliwości – dlaczego w Libii społeczność międzynarodowa interweniuje, a w Syrii już nie? Jak to możliwe, że dopuszczono do ludobójstwa w Rwandzie?
Anthony Dworkin: Zasada odpowiedzialności za ochronę [przyjęta w dokumencie końcowym Światowego Szczytu ONZ w 2005 r. – red.] opiera się na założeniu, że los cywilów jest sprawą całego świata. Doktryna ta odwołuje się do Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela oraz do konwencji genewskiej, w której po raz pierwszy społeczność międzynarodowa napiętnowała zbrodnie wojenne. Te idee znacząco rozwinęły się po zakończeniu zimnej wojny – wspomniano tu o ludobójstwie w Rwandzie, istotne były także wydarzenia, które miały miejsce w byłej Jugosławii. Wszystko to zjednoczyło społeczność międzynarodową i zmobilizowało ją do działania. Opracowano szczegółowe normy prawne, utworzono odpowiednie trybunały.
Ostatnio na zasadę odpowiedzialności powoływano się wielokrotnie, choćby w odniesieniu do Libii. Pozostają jednak napięcia i problemy, które należy rozwiązać, i przede wszystkim jest to kwestia suwerenności. Jakie prawo państwa zewnętrzne mają do interwencji w poszczególnych krajach? Zgodnie z Kartą Narodów Zjednoczonych wykorzystanie siły może przecież nastąpić tylko w samoobronie. Rada Bezpieczeństwa jest ciałem politycznym, a nie moralnym. Porozumienie między Baszarem al-Asadem a Władimirem Putinem sprawiło, że w Syrii, inaczej niż w Libii, nie doszło do interwencji. Ci, którzy by do niej dążyli, nie posiadaliby legitymizacji ONZ. Choć taki przebieg wypadków może się nam nie podobać, pamiętajmy, że zaangażowanie militarne Zachodu wywołuje często skutki odmienne od pożądanych. Zręby zasady odpowiedzialności powstały jeszcze w epoce optymizmu – po zimnej wojnie wydawało się, że implementacja demokracji jest łatwa. Przypadek Iraku i Afganistanu pokazuje, jak bardzo się myliliśmy. Doświadczenia ostatnich lat sprawiły, że również Stany Zjednoczone były tak naprawdę niechętne interwencji w Syrii, co od początku czyniło ten projekt nieprawdopodobnym.
Kolejne zagadnienie to pojawiający się czasem konflikt między różnymi ideałami humanitarnymi. Z jednej strony, należy dążyć do położenia kresu cierpieniom ludności cywilnej i taki impuls pchał Karskiego do działania. Z drugiej strony, jest to, co inspirowało Lemkina, czyli pociągnięcie sprawców do odpowiedzialności. Czasem te zasady wspierają się wzajemnie. Ale świat jest niedoskonały i twierdzenie, że nie ma pokoju bez sprawiedliwości, w wielu przypadkach okazuje się przeciwskuteczne. Nieraz musimy sobie zadawać pytanie, czy będziemy za wszelką cenę dążyć do likwidacji zbrodniczego reżimu, czy więcej uda się uzyskać na drodze kompromisu politycznego.
Wróćmy jeszcze do kwestii suwerenności. W zasadzie każda interwencja wiąże się ze zmianą rządu w danym kraju, istnieje więc niebezpieczeństwo, że ewentualne zaangażowanie militarne społeczności międzynarodowej będzie podyktowane politycznym interesem mocarstw, a nie względami humanitarnymi. Poza tym nawet dobrze pojęta ochrona ludności cywilnej w naturalny sposób skutkuje często uprzywilejowaniem jakiejś grupy, która uzyskuje polityczną przewagę. Nagle przeprowadzone zmiany tego typu wielokrotnie okazywały się nietrwałe, prowadząc do destabilizacji w danym regionie.
E.S.: Dziękuję za wprowadzenie, które tłumaczy, jak bardzo skomplikowany jest proces podejmowania decyzji o zaangażowaniu się ONZ w obronę ludności jakiegoś kraju. Brak woli politycznej, odmienne priorytety, także chęć rozważenia wszystkich racji, niestety, skutkują często skłonnością do odkładania ewentualnej interwencji – to właśnie przyczyniło się do braku odpowiednio wczesnej reakcji na narastającą agresję w Rwandzie. Proszę osobę, która była świadkiem, a jej niemal cała rodzina ofiarą tych wydarzeń, aby opowiedziała, jak to wygląda z jej perspektywy.
Assumpta Mugiraneza: Wspomniał Pan o Janie Karskim, i bardzo słusznie, bo ten człowiek w swoim myśleniu wykraczał poza granice własnej wspólnoty narodowej. To dla mnie istotne o tyle, że historia, o której mówię, jest w oczywisty sposób także moją historią, niemniej staram się wyjść poza partykularną perspektywę, aby móc te wydarzenia analizować. Jednocześnie uważam, że refleksja nad ludobójstwem czyniona zupełnie z zewnątrz nie jest produktywna. Ktoś, kto nie mówi po niemiecku, francusku, angielsku lub polsku – należałoby pewnie tę listę jeszcze rozszerzyć – nie może twierdzić, że specjalizuje się w tematyce Holokaustu czy II wojny światowej. Nie odbieram naukowcom prawa do prowadzenia badań nad tym, co się stało w Rwandzie, ale chcę podkreślić przepaść, która dzieli większość z nich od Afryki Centralnej.
Na początku lat 90. w Rwandzie trwała wojna domowa. Po krótkim uspokojeniu sytuacji nastąpiło jej ponowne zaognienie, w 1994 r. regularnie widywałam wtedy milicję – tę samą, która później atakowała Tutsi – trenowała i tańczyła, śpiewając, że zmasakruje milion ludzi w trzy miesiące. Wkrótce funkcjonariusze spełnili tę groźbę, zabijając średnio 10 tys. ludzi dziennie. Nie chciałam im jednak wierzyć, choć to samo pisali w swojej gazecie. Nazywała się „Kangura”, co znaczy: „Obudź innych”. Tam zamieszczono dziesięć przykazań Hutu, które miały sankcjonować ich wyższość nad Tutsi. Widziałam też zdjęcia, na których widać było pierwsze masakry, ale chyba niedostatecznie uświadamiałam sobie, co się działo. Po trzech tygodniach wyjechałam do pracy w organizacji pozarządowej w Kamerunie. 8 kwietnia 1994 r. zadzwoniono do mnie, aby powiedzieć, że moi bliscy zostali zabici. To zdanie może się wydawać banalne i chyba takie jest. Tym bardziej że nie sposób sobie wyobrazić, co to znaczy. Nie byłam nawet w stanie płakać.
Nazajutrz, kiedy usłyszałam, jak wszyscy dyskutują o Rwandzie, czułam, że nie mają pojęcia, o czym mówią. Ale ja sama także nie potrafiłam zrozumieć tamtych wydarzeń. Wtedy spróbowałam się nad nimi zastanowić w odniesieniu do tego, co napisano o Szoah. To dawało mi odpowiedni dystans intelektualny. Pozwalało także przekroczyć przekonanie, że Rwanda to po prostu dziki świat, że dokonywane w nim rzezie są czymś normalnym, a ludzi Zachodu nie powinno to niepokoić. Pojechałam do Paryża, do stolicy praw człowieka. Tam zaczęłam się zastanawiać, dlaczego cywilizowani Niemcy w tak wielkiej masie poszli za namową Hitlera i Goebbelsa. Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć, ale myślę, że historia Niemiec pozwoliła mi zrozumieć nasze tchórzostwo. Ja na pewno byłam zbyt przestraszona, by działać. Komu miałam powiedzieć, że w Rwandzie dzieje się coś potwornego? Nie słuchano mnie chętnie na międzynarodowych konferencjach, kiedy starałam się tłumaczyć, jak sprawy wyglądają – bo przecież wielu Tutsi było torturowanych i siedziało w więzieniach na długo przed rozpoczęciem kulminacyjnej fazy masakr. To jednak nie zdejmuje ze mnie współodpowiedzialności za historię mojego narodu.
Podobną rolę jak Karski odegrał pół wieku później generał armii kanadyjskiej Romeo Dallaire. W 1994 r. dowodził siłami ONZ przysłanymi do Rwandy po to, by dopilnować wprowadzenia w życie porozumień z 4 sierpnia 1993 r., kończących wojnę domową. W szczytowym momencie było to 2,5 tys. żołnierzy – dużo, biorąc pod uwagę, że Rwanda jest znacznie mniejsza od Polski. Wielu z nas uznało, że to okazja do świętowania, ale wkrótce sytuacja w kraju uległa pogorszeniu. Dellaire już wcześniej ostrzegał ONZ, że Hutu zgromadzili znaczną ilość broni. Ignorowano nawet niepokojące informacje dostarczane przez członków grup dokonujących rzezi. Kofi Annan, wtedy zastępca sekretarza generalnego ONZ, jeszcze przed główną falą ludobójstwa otrzymywał alarmujące dokumenty – przyznał to podczas późniejszej wizyty w Rwandzie. Niemniej nie pozwolono Dellaire’owi na użycie broni do ochrony cywilów. Błękitnym hełmom wydawano kontrowersyjne polecenia, ograniczając ich możliwości działania. W końcu padł zupełnie nieracjonalny rozkaz – w Rwandzie ma odtąd pozostawać tylko 200–500 żołnierzy sił pokojowych, resztę odesłano z powrotem do ich krajów. Dellaire przez kolejne trzy miesiące negocjował ze zwierzchnikami, próbując utrzymać jak najwięcej żołnierzy na miejscu. Nie był Francuzem ani Belgiem, historia jego narodu nie zobowiązywała go w szczególny sposób do zaangażowania na rzecz byłej kolonii. Nie był też młodym, niedoświadczonym dowódcą. Jego słowa jednak nie wystarczyły. Kiedy było po wszystkim, ludzie z Zachodu zaczęli go słuchać z większą chęcią, ale na ogół tylko po to, by przekonać się, że nie wypełnił właściwie swojej misji.
4 lipca 1994 r. ludzie z Rwandyjskiego Frontu Patriotycznego, ubrani w łachmany, obalili ówczesny rząd i powstrzymali ludobójstwo. Następnie ONZ uruchomiła oczywiście Trybunał dla Rwandy, ale te wszystkie wspaniałe idee, jak ochrona praw człowieka, straciły na wiarygodności ze względu na ignorancję i nieudolność wspólnoty międzynarodowej. Czy to jednak oznacza, że powinniśmy z nich zrezygnować? Chyba nie – i dlatego właśnie zgodziłam się tu przyjechać.
E.S: Ta historia nie działa się w odległej przeszłości jak Holokaust, ale wczoraj. Dotyka nas wszystkich, dzisiaj też młodych ludzi. Dla nas, Europejczyków, szokiem były wydarzenia w Bośni. Powtarzaliśmy sobie, że po 1945 r. nic podobnego się na Starym Kontynencie wydarzyć nie może. Aż przyszły wojny na Bałkanach, które nam uświadomiły, że ochrona praw człowieka wciąż pozostaje kluczowym wyzwaniem nie tylko w krajach rozwijających się. Czy jednak potrafimy temu sprostać?
Payam Akhavan:Zacząłbym od przywołania słynnego stwierdzenia Edmunda Burke’a – żeby zło zatriumfowało, wystarczy, by dobrzy ludzie niczego nie robili. W tym przypadku to się sprawdza. Świat po zimnej wojnie to okres, kiedy Fukuyama napisał Koniec historii. Później doszło do czystek etnicznych na Bałkanach. Niedługo potem nastąpiło ludobójstwo w Rwandzie. Do nowych idei należy się odnosić sceptycznie. Historia się nie skończyła i wciąż musimy osądzać jej bohaterów. Przychodzi mi na myśl Lemkin, który poświęcił życie pracy nad sprawiedliwością międzynarodową. Należy się jednak zastanowić, na ile to rozwiązuje nasze problemy. Jak mówił jeden z prokuratorów będący oskarżycielem podczas procesów norymberskich, tworzenie iluzji postępu ludzkości to unikanie zmiany. Uświadommy sobie, że w 1994 r. w centralnej Afryce, przy użyciu prymitywnych metod, mordowano pięciokrotnie szybciej niż w czasie II wojny światowej robili to naziści. Międzynarodowy Trybunał Karny dla Rwandy to rodzaj substytutu dla interwencji, której nie podjęto. Powiedziano kiedyś, że Holokaust nie zaczął się od komór gazowych, ale od słów. To samo dotyczyło rzezi Tutsi. Ludobójstwo nie jest klęską żywiołową, to wybór polityczny, wymagający planu i odpowiedniego zaplecza. Można je więc przewidzieć, zapewne nie z matematyczną precyzją, ale i tak w większości przypadków jesteśmy w stanie mu przeciwdziałać. Przeceniliśmy natomiast słowo „ludobójstwo”, w tym sensie, że jego istnienie uznaliśmy za gwarancję powstania skutecznego wymiaru sprawiedliwości. Tymczasem trybunałom powoływanym do osądzenia poszczególnych zbrodni nadawano niedostateczne prerogatywy. Ale skuteczność międzynarodowego wymiaru sprawiedliwości jest kwestią drugorzędną w stosunku do prewencji. Kiedy sprawa trafia do trybunału, oznacza to, że przepadły już tysiące istnień ludzkich. Byłem prokuratorem w Hadze. Zajmowałem się zbrodnią w Srebrenicy, a także niektórymi przypadkami z Rwandy. Jeden z nich trafnie pokazuje, na ile jesteśmy godni zaufania. Kiedy zaczęły się rzezie, setki, może nawet tysiące Tutsi zgromadziły się w pewnej szkole, gdzie belgijscy żołnierze chronili ich przed bandytami uzbrojonymi w maczety i kamienie, którzy bali się zaatakować świetnie wyszkolone oddziały. Wtedy jednak Rada Bezpieczeństwa podejmuje całkowicie absurdalną decyzję o wycofaniu sił ONZ z Rwandy. Kiedy belgijscy żołnierze wyjeżdżali, kilku członków plemienia Tutsi biegło za nimi, błagając o zastrzelenie, bo wiedzieli, że taka śmierć będzie o wiele lepsza od tego, co ich spotka. Wkrótce wszyscy zginęli, oprócz dwóch osób, które zeznawały podczas procesu. Świata niewiele jednak obchodzi los Afryki. Warto się zastanowić, ile osób można było uratować. To pytanie o empatię. Stale dyskutujemy o Holokauście, a co z dniem dzisiejszym? Assumpta Mugiraneza wspomniała o raporcie dostarczonym Annanowi w styczniu 1994 r. Wówczas już od kilku miesięcy funkcjonowała radiostacja Libre des Mille Collins, którą nazywaliśmy Radiem Śmierci, wykorzystano ją bowiem jako narzędzie ludobójstwa – istotniejsze niż pałki, maczety i broń palna. Niemal cała ludność Rwandy mieszkała na wsiach, gdzie piśmienność sięgała maksymalnie 50%. Radio Śmierci, będące potężnym medium, dzień po dniu nadawało przyjemną muzykę i rozrywkowe audycje, powodując zjawisko nazwane przez Hannah Arendt banalizacją zła. Stale puszczano komunikaty o tym, że należy zniszczyć Tutsi, pozbyć się karaluchów, usunąć chwasty. Dokonywana za pomocą słów dehumanizacja przygotowała miejsce dla rzezi, przedstawiając przemoc jako normalne działanie. Eksterminacja blisko miliona przedstawicieli danej grupy wymaga mobilizacji wielu osób, to nie jest spontaniczny wybuch nienawiści. Na ile prewencja jest jednak możliwa? Przywołam kilka przykładów sukcesu takich działań. Zapewne większość z państwa nigdy o nich nie słyszała, bo przecież o tym, że nie doszło do masakry, nie informują dzienniki telewizyjne. W 1972 r., podczas niepokojów w Rwandzie, istniało poważne zagrożenie, że również sąsiednie Burundi pogrąży się w długotrwałym konflikcie wewnętrznym. Amerykańscy dyplomaci podjęli jednak kroki, które doprowadziły do zorganizowania szkoleń z negocjacji w Kenii, w Nairobi. Dzięki tej inicjatywie napięcia w Burundi nie wywarły skutków podobnych jak te w Rwandzie. Przejdźmy do Macedonii. Tam nie doszło do czystek etnicznych, inaczej niż w innych krajach regionu. Dlaczego? Ponieważ amerykańscy i skandynawscy żołnierze, w sile jednego tysiąca, przeprowadzili w tym miejscu najnudniejszą w historii misję pokojową, skutecznie zapobiegając rozlewowi krwi. Chciałbym też wspomnieć o Bliskim Wschodzie, z którego pochodzę. To, co dziś się tam dzieje, ma długą historię. Niedawno wstrząsnęła nami wieść o zdekapitowaniu amerykańskiego dziennikarza przez dżihadystów. Musimy sobie uświadomić, że do tej tragedii doprowadziły dziesięciolecia cynicznej, krótkowzrocznej polityki przyzwolenia wobec autorytarnych reżimów. Bliskowschodni dyktatorzy z wyrachowaniem rozgrywali problem religijnego ekstremizmu, aby zawiązywać instrumentalnie traktowane sojusze z Zachodem. Chaos, który obserwujemy dzisiaj, jak eksterminacja chrześcijan i jezydów w Iraku, jest reakcją na procesy, w których Zachód partycypował. To samo dotyczy Afganistanu. Podczas sowieckiej inwazji na ten kraj zginęło 1,5 mln jego mieszkańców. Zachód wsparł wówczas mudżahedinów, poważnie pomagając im osiągnąć zwycięstwo. Ale co wydarzyło się potem? Świat porzucił głęboko straumatyzowany Afganistan, który nagle przestał być istotny. Skutkiem były wydarzenia 11 września 2001 r. Dopiero wtedy Afganistan znowu stał się ważny – oczywiście do czasu – obecnie problem powraca raz jeszcze. Podobnie jest z Iranem, moją ojczyzną. W latach 80. zgładzono tam dziesiątki tysięcy więźniów politycznych. W tym samym czasie w Europie – m.in. w Paryżu i Wiedniu – tajne służby zamordowały 250 dysydentów, w tym rodziców moich przyjaciół, ale śledztwa pospiesznie zamykano. Kraje europejskie były bowiem bardzo zadowolone z taniej ropy dostarczanej przez ówczesny reżim. Kiedy natomiast w 1988 r., podczas wojny Iranu z Irakiem, wspierany przez Zachód Saddam Husajn gazował tysiące cywilów, nikt nie protestował. Następnie doszło do inwazji na Kuwejt, co było konsekwencją poprzednich wydarzeń. Mógłbym takie przykłady mnożyć. Decyzje podejmowane ad hoc i realizowane w sposób krótkowzroczny są nieskuteczne –…