Subskrybuj
Dr, adiunkt w Instytucie Bliskiego i Dalekiego Wschodu UJ, specjalista od współczesnej Birmy i relacji rosyjsko-chińskich, autor sześciu książek, m.in.: Russia and China. A Political Marriage of Convenience – Stable and Successful (Opladen–Berlin–Toronto 2017) oraz Niedźwiedź w cieniu smoka. Rosja–Chiny...

Czy smok rozumie niedźwiedzia?

Na korzyść Chin działa odmienny styl prowadzenia polityki: Rosja, notorycznie zawyżając swoją pozycję i wysuwając się na pierwsze miejsce, świetnie służy Chinom, stając się dla Pekinu wymarzonym politycznym parawanem, za którym można się schować i po cichu realizować własne interesy.

Jakiś czas temu gościła w Polsce grupa chińskich badaczy tworzących zaplecze doradcze ówczesnego przewodniczącego ChRL Hu Jintao. Oprócz licznych spotkań w ośrodkach akademickich i analitycznych mieli oni w programie również wizytę w Muzeum Powstania Warszawskiego. Po wyjściu stamtąd przewodnicząca delegacji zwróciła się do swoich chińskich kolegów, mówiąc o Polakach: „Oni nie nauczyli się Rosji” (Mei xue Eluosi). Z kolei w Sejmie, na spotkaniu z Komisją Spraw Zagranicznych, po przemowie naszych polityków o tym, że Rosja się zmienia, że tworzy się w niej klasa średnia, która z czasem niechybnie doprowadzi do zdemokratyzowania się kraju i włączenia go do europejskiej rodziny narodów, chińska przewodnicząca stwierdziła: „A więc naprawdę wierzycie, że można wpuścić dzikie zwierzę do domu i że ono zacznie się zachowywać w sposób cywilizowany?”.

Polityka Państwa Środka

Reakcje ze strony członków tej delegacji świetnie pokazują chińską percepcję świata i sposób prowadzenia polityki – jakże odmienny od polskiego czy nawet europejskiego. Każde ze zdań tu przytoczonych można uogólnić i przedstawić jako polityczne założenia Państwa Środka. Po pierwsze więc, historyzm: jeśli ma się 5 tys. lat historii i żywi się przekonanie, że lubi się ona powtarzać, to polityczna perspektywa jest zupełnie inna. Gdy Mao Zedong przygotowywał się do wojny z Indiami w 1962 r., powiedział swoim doradcom, że Chiny stoczyły z Indiami „półtorej wojny” (miał na myśli konflikty z VII i XVI w.) i biorąc z tych kampanii przykład, warto zaatakować. Jak zauważył Henry Kissinger: „w każdym innym kraju byłoby nie do pomyślenia, żeby nowoczesny przywódca rozpoczął duże przedsięwzięcie o narodowej skali, odwołując się do strategicznych zasad rządzących wydarzeniami sprzed tysiąca lat; tym bardziej, by jego współpracownicy wychwycili aluzję” (1). Patrząc z takiej perspektywy, zyskuje się spokojne spojrzenie i czasowy dystans. Przypomnijmy, że Mao wygrał starcie z Indiami, pokonując politycznego idealistę Jawaharlala Nehru.

Drugie założenie dotyczy rozdzielenia aksjologii od polityki. Ten motyw łączy chińską myśl z klasycznym realizmem politycznym – wywodzącym się, nawiasem mówiąc, m.in. od chińskiego myśliciela Sun Zi. Hans Morgenthau, klasyk w dziedzinie studiów międzynarodowych, tłumaczył to w sposób następujący: „świat jest taki jak człowiek – niedoskonały: składa się ze sprzecznych interesów, niekompatybilnych wartości i jest miejscem, gdzie zasady moralne nigdy nie są w stanie być zrealizowane w pełni [,co powoduje, że] realizm polityczny skupia się raczej na próbie realizacji mniejszego zła niż absolutnego dobra” (2). Ta relatywistyczna postawa dobrze współgra z chińską filozofią, w której wszystko jest względne – nie ma jednej prawdy absolutnej, świat składa się z nachodzących na siebie i uzupełniających się przeciwności, podlegając ciągłej przemianie. To dlatego Chińczycy nie mieszają sfery wartości i interesów (jak to ma miejsce u nas): jeśli widzą w czymś interes, będą dogadywać się nawet z samym diabłem – tym bardziej że w niego nie wierzą. Zamiast ust pełnych frazesów wolą chłodny realizm. Z chińskiej perspektywy łączenie aksjologii z polityką świadczy albo o hipokryzji w duchu amerykańskim, albo o niekompetencji (skoro brakuje argumentów merytorycznych, używa się aksjologicznych, co dowodzi nierzeczowości i infantylizmu). Sami wybierają cynizm, nie hipokryzję.

Chiny nie dały się np. przekonać o powszechnie błogosławionej roli demokracji. Nie uważają jej za wartość uniwersalną, lecz za zachodni wynalazek, dość ułomny zresztą. Ceniąc sobie stabilność i możliwość przygotowywania prognoz na długie lata, postrzegają władzę jako siłę gwarantującą rozwój, przez co nie mogą doceniać tak nieprzewidywalnego ustroju. Demokracja w spojrzeniu chińskim to prosta droga do chaosu. Nagle może przecież wygrać partia, która podważy dotychczasowy porządek i całe dziesięciolecia zostaną zaprzepaszczone. Dlatego z ich perspektywy na Zachodzie trwa ciągła wojna domowa – nieustannie zmieniają się władcy i nie widać jednego kierunku rozwoju. W tym bałaganie nie wiadomo, z kim należy rozmawiać. Z prawami człowieka jest jeszcze gorzej: w języku chińskim na określenie „władzy” i „prawa” istnieje to samo słowo (quan) – kto ma władzę, ten posiada też prawo. W Europie państwo jest odseparowane od jednostki, a w Chinach stanowi przedłużenie rodziny. Jak można domagać się prawnych obwarowań od ojca czy wuja? Demokracja i prawa człowieka są więc według Chińczyków zachodnimi instrumentami służącymi poszerzaniu stref wpływów i ingerencji w sprawy wewnętrzne innych państw.

Sprawia to, że przywódcom w Pekinie znacznie łatwiej podchodzić do Rosji bez złudzeń, nie popełniając przy tym naiwnych błędów. Ta trzeźwa postawa jest nauczką, jaką wyciągnęli z historii, w tym m.in. ze zmagań z Rosją. Chińska dominacja Pierwszy kontakt Rosji i Chin był w istocie zderzeniem dwóch wizji świata. Nastąpił w II połowie XVII w. w wyniku rosyjskiej kolonizacji ziem nad Amurem w wykonaniu Jerofieja Chabarowa – rosyjskiego odkrywcy, kolonizatora, biznesmena i konkwistadora w jednej osobie – oraz jego następców. Były to tereny słabo zaludnione i de facto niczyje, ale cesarz chiński traktował je jak swoje. Bo – nawiasem mówiąc – wszystkie ziemie były jego. Cesarz Chin był władcą Tianxia, czyli wszystkiego, co pod niebem, sprawując na ziemi władzę zgodnie z mandatem Niebios. To powodowało, że Chińczycy postrzegali swój kraj jako jedyny prawdziwy ośrodek cywilizacji i trwali w absolutnym przekonaniu o wyższości Chin nad „barbarzyńcami”, za których uważano wszelkie inne narody. Cesarstwo chińskie było tworem uniwersalnym, w swych założeniach pełniło funkcję suwerena wobec wszystkich pozostałych. Poza granicami cesarstwa zauważano, rzecz jasna, i inne państwa, ale nie były one ani w pełni odrębne, ani równoprawne. Każdy kraj utrzymujący stosunki z Chinami automatycznie stawał się ich wasalem – nawet gdy o tym nie wiedział. Gdy więc król Jan III Sobieski pisał listy do cesarza Kangxi w sprawie wspólnej wyprawy na Rosję (z której, niestety, nic nie wyszło), to nawet nie przypuszczał, że zostały one uznane za hołd, może nie do końca zgodny z chińskim protokołem, ale wybaczalny w świetle faktu, że ten odległy barbarzyńca chciał poznać światło cywilizacji i miał dobry pomysł polityczny. Generalnie bowiem wobec krajów istniejących poza chińskim systemem wai-fan stosowano mieszankę pogardy, współczucia i litości – w końcu to ich strata, że pozostają poza cywilizowanym światem. Właśnie w tym wyraża się sinocentryczne podejście do świata: Chiny są do tego stopnia przekonane o własnej wyższości, wartości i wspaniałości swoich rozwiązań, że nie muszą tego udowadniać. Powodowało to względną pokojowość cesarstwa chińskiego.

Przekonanie o własnej wyższości pozostało w chińskich elitach po dzień dzisiejszy, choć zostało skutecznie zakamuflowane. Obecnie nazywa się to „unikatowością chińskiego modelu rozwoju”.

Rosjanie w XVII w. nie tylko naruszyli reguły chińskiego świata, chcąc przejąć ziemie nadamurskie, ale na dodatek nie potrafili okazać należnego szacunku. Pierwszy rosyjski poseł na dwór chiński Fiodor Bojkow, opierając się na europejskiej tradycji równoprawności stron i horyzontalnych stosunków między państwami, odmówił wykonania gestu koutou (dziewięciokrotnego padnięcia na twarz przed cesarzem). Gdy okazało się, że po łaskawie przyznanym mu czasie na nauczenie się manier wciąż był krnąbrny, na chińskim dworze uznano, że „nie rokuje nadziei na ucywilizowanie się” (3), i odprawiono go z powrotem do Moskwy. Gdy zaś w końcu zorientowano się, że słowiańscy goście nad Amurem (4) nie są sezonowymi najeźdźcami, tylko próbują zakładać stałe osady, postanowiono dać temu kres. W 1689 r. w obliczu przeważających sił chińskich Rosjanie zmuszeni zostali do podpisania traktatu w Nerczyńsku, w którym zrzekli się tych ziem w zamian za obietnicę handlu. Zaakceptowali tym samym reguły chińskiego świata: wbrew tradycji europejskiej uznali wyższość Chin (kolejni posłowie rosyjscy już wykonywali koutou), więc mogli zostać nagrodzeni zgodą na handel. Pierwszy okres w stosunkach rosyjsko-chińskich jest istotny o tyle, o ile obecny wyłaniający się model relacji rosyjsko-chińskich jest w swej istocie nawiązaniem do tamtych czasów. Obraz dominujących Chin i Rosji godzącej się pod presją rzeczywistości z tym faktem, ale też usiłującej wyciągnąć z tej sytuacji maksymalnie dużo korzyści, bardzo przypomina XVII i XVIII w. – jest więc to poniekąd „powrót do przeszłości”.

Komunizm jako nacjonalistyczne narzędzie Począwszy od XIX w., model ten runął w gruzach. Rosjanie wykorzystali osłabienie Chin w wyniku I wojny opiumowej (1839–1842) i wymusili na nich zrzeczenie się Nadamurza i Kraju Ussuryjskiego. Rosji udało się bez walki wykroić największy kawałek „chińskiego tortu”. Z perspektywy rosyjskiej była to niejako sprawiedliwość dziejowa. Z perspektywy chińskiej zaś przesądzające o aneksji tych ziem traktaty w Ajgunie (1858) i Pekinie (1860) są uznawane za „nierównoprawne” (bu ping de tiaoyue) – czyli jako narzucone Chinom przez mocarstwa kolonialne. Od tego momentu radykalnie zmienił się na kolejnych 100 lat model relacji rosyjsko-chińskich: zaczęła niepodzielnie dominować w nich Rosja, czy jako Imperium Rosyjskie, czy jako ZSRR. Okres radziecki charakteryzuje się nieustającą próbą kontroli Chin poprzez ruch komunistyczny (poniekąd stworzony przez samych Sowietów). Jednakże maoiści byli bardziej nacjonalistami niż komunistami. W Azji marksizm był rozumiany jako sposób na wyzwolenie narodowe spod okupacji kolonialnej i modernizację, a nie na przywrócenie sprawiedliwości klasowej czy budowanie systemu światowego. Chiński komunizm nie oznaczał więc zgody na dominację Rosjan. Mao na pytanie, czy Chiny staną się rosyjską kolonią, odpowiedział, że „prędzej zbudowana zostanie kolej na Marsa” (5). Zresztą sama historia dojścia Mao do władzy jest, po pierwsze, opowieścią o kłótni w chińskiej rodzinie (konserwatywny nacjonalista Czang Kaj-szek kontra marksistowski nacjonalista…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Wspólnota