Niewielki kraj, wciśnięty między dwie rzeki: Prut i Dniestr, leżący gdzieś za nękaną wojną Ukrainą – czym jest Mołdawia?
Nie da się odpowiedzieć na to pytanie bez krótkiej lekcji mołdawskiej historii, której zasadniczą oś stanowi ekspansja Imperium Rosyjskiego. W 1812 r. Rosja po raz pierwszy zaanektowała Besarabię. Przez ćwierć wieku tereny te cieszyły się specjalnym statusem w ramach Imperium Rosyjskiego, a w 1838 r. utworzono z nich gubernię besarabską i rozpoczęła się – doskonale znana także Polakom – polityka rusyfikacji. W tym samym czasie zaczęto wysiedlać zamieszkujących budziackie stepy Tatarów, a w ich miejsce osiedlano pochodzących z Dobrudży Bułgarów. Do tej przyjezdnej grupy zaliczali się również Gagauzi – prawosławna ludność posługująca się językiem z grupy tureckich, posiadająca obecnie na południu Mołdawii autonomię. Po wybuchu rewolucji październikowej w Besarabii ogłoszono powstanie Mołdawskiej Republiki Demokratycznej, która już w czerwcu 1918 r. ogłosiła zjednoczenie z Rumunią. Decyzja ta nie miała zbyt wiele wspólnego z demokracją. Dość wspomnieć, że podjęto ją, gdy na terenie Besarabii stacjonowały rumuńskie wojska.
Rosja Sowiecka nigdy nie zaakceptowała przyłączenia Besarabii do Rumunii. 12 października 1924 r. w Charkowie ogłoszono powstanie Mołdawskiej Autonomicznej Sowieckiej Republiki w ramach Ukraińskiej SSR. Nikt nie ukrywał, że utworzono ją po to, by stanowiła bazę wypadową dla szerzenia ideologii komunistycznej w Rumunii, a w przyszłości także propagowania idei zjednoczenia z sowiecką macierzą. Zgodnie z ustaleniami paktu Ribbentrop–Mołotow 28 czerwca 1940 r. Armia Czerwona wkroczyła na tereny Besarabii. Dwa dni wcześniej władze sowieckie postawiły Rumunii ultimatum, które zostało przyjęte przez Radę Królewską, dlatego też wojska rumuńskie wycofały się bez oddania jednego strzału. W dokumencie, który to przypieczętował, znalazły się słowa mówiące, że tereny te zostały niesłusznie zagrabione Ukraińcom. To ważne, bo pierwotnie Stalin planował przekazać Besarabię właśnie Ukrainie i gdyby historia potoczyła się zgodnie z jego pierwotnym planem, to dzisiaj rozmawialibyśmy po ukraińsku w ukraińskim Kiszyniowie. Plan ten uległ jednak zmianie – 2 sierpnia 1940 r. w Moskwie podjęto decyzję o utworzeniu Mołdawskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej i to właśnie ten akt stał się fundamentem naszej państwowości. No cóż, jaki fundament, taka i państwowość.
Z konsekwencjami tej historii zmagacie się do dnia dzisiejszego.
Na tych terenach nie istniała tradycja państwowości. Związek Sowiecki na brzegu Prutu prowadził politykę typową dla obszarów zza żelaznej kurtyny i pełną rusyfikację. Wraz ze zwalczeniem inteligencji zniknęła też pamięć historyczna. W latach 1946–1947 kosztem wielkiego głodu tworzono sieć kołchozów, a do końca lat 40. z tego niewielkiego kraju deportowano dziesiątki tysięcy ludzi. Z głodu zmarło wówczas ok. 150 tys. W czasie gdy ZSSR budował bombę atomową, w Mołdawii ludzie jedli siebie nawzajem – taka była logika sowieckich władz. Wówczas w Besarabii żyło ok. 2 mln ludzi. Nikt nie wie, ile jest dokładnie ofiar tej tragedii, ponieważ nie przeprowadzono dotąd żadnych poważnych badań. Wiemy, że z głodu zmarło nawet 25% Gagauzów. To paradoks, bo oni dziś uwielbiają Putina i tęsknią za ZSSR – taką mamy specyficzną mentalność.
Mołdawianie w większości (ponad 80%) żyli na wsi, zaś miasta i centra industrialne były skutecznie rusyfikowane. Związek Sowiecki propagował ideologię – w którą my uwierzyliśmy – zgodnie z którą istnieją dwa państwa: sowiecka Mołdawia i Rumunia. W Mołdawii mieszka mołdawski, a nie rumuński naród, który posługuje się swoim mołdawskim, nie rumuńskim, językiem. To krótka historia naszego państwa.
Kiedy rozpadał się Związek Sowiecki, byłem jednym z członków Frontu Narodowego Mołdawii. Chcieliśmy naśladować to, co robiły podobne ruchy w innych krajach bloku sowieckiego, zwłaszcza krajach bałtyckich, ale u nas te działania bardzo szybko zostały skompromitowane.
Dlaczego?
Ponieważ jedynie bardzo wąski krąg intelektualistów otwarcie mówił o tym, że tylko przez zjednoczenie z Rumunią można przywrócić Mołdawii prawdę historyczną. Lęk przed tym wynika z wtłaczanej nam przez 50 lat – od 1940 do 1990 r. – rumunofobii. W Mołdawii uczono nas ksenofobii poprzez nienawiść do Rumunii.
W centrach industrialnych żyli rosyjskojęzyczni mieszkańcy, którzy uważali siebie za obywateli Związku Sowieckiego. Dla nich ojczyzną był ZSSR, a nie jakaś tam Mołdawia. Oni nie chcieli emancypacji, nie chcieli uczyć się języka rumuńskiego. Ok. 30% społeczeństwa było nastawione agresywnie do naszego państwa. Natomiast większość Mołdawian z mentalnością sowieckich konformistów zamieszkiwała wsie. Nikt z nich nie miał zamiaru opuszczać imperium sowieckiego, nikt nie pragnął suwerenności. Mołdawianie bali się zjednoczenia z Rumunią. I właśnie w takim kontekście zwaliła nam się na głowę niepodległość. Nikt z nas nie był na to gotowy.
Dlatego nasza komunistyczna nomenklatura przefarbowała się na demokratów. I kiedy Czesi na swojego prezydenta wybrali Vaclava Havla, to my przez 20 lat wybieraliśmy członków Komitetu Centralnego Partii Komunistycznej Mołdawii: Mirceę Snegura, Petru Lucinschiego oraz dwukrotnie Vladimira Voronina. Wybrany w 2012 r. Nicolai Timofti jest pierwszym mołdawskim prezydentem, który nie był członkiem KC. To doskonale pokazuje, jak bardzo jesteśmy nieprzygotowani do tego, by mierzyć się z niepodległością.
A jednak Mołdawia ogłosiła niepodległość.
W czerwcu 1990 r. Mołdawia ogłosiła suwerenność, a kilka miesięcy wcześniej (w lutym i marcu 1990 r.) w całej sowieckiej Mołdawii, również tej, którą nazywamy dziś Naddniestrzem, odbyły się demokratyczne wybory do Rady Najwyższej, przekształconej później w mołdawski parlament. Z lewego brzegu Dniestru wybrano 64 deputowanych, w tym m.in. urodzonego w 1941 r. na Kamczatce Igora Smirnowa, który przez niemal 20 lat był tzw. prezydentem Naddniestrza. Smirnow przyjechał do Tyraspola w 1987 r., by objąć stanowisko dyrektora w państwowym przedsiębiorstwie, a potem uczył ludzi, czym jest naddniestrzańska tożsamość. Pełna entuzjazmu Rada Najwyższa, podobnie jak to miało miejsce w innych sowieckich republikach, przegłosowała deklarację o suwerenności.
I zaczęto się bać zjednoczenia.
W Moskwie zaczęto się bać, że Mołdawia połączy się z Rumunią. By do tego nie dopuścić, posłużono się separatyzmem. Gorbaczowowi wydawało się, że wciąż możliwe jest utrzymanie ZSSR poprzez jakąś bardziej miękką unię republik. Dla realizacji tego scenariusza w sierpniu 1990 r. w Komracie zjazd deputowanych ogłosił powstanie Gagauskiej Sowieckiej Republiki w składzie ZSSR. A zatem 26 wsi – bo tyle liczy sobie Gagauzja – zostało republiką związkową. Dwa tygodnie później scenariusz ten powtórzono w Tyraspolu i ogłoszono powstanie Naddniestrzańskiej Mołdawskiej Republiki Sowieckiej w składzie ZSSR. Obie republiki zwróciły się do Moskwy z prośbą o podpisanie umowy związkowej. Pomysł był prosty: wy, jak chcecie, wychodźcie z ZSSR, ale bez nas.
Historia potoczyła się tak, że na południu, w Gagauzji, konflikt został szybko rozwiązany, zaś na wschodzie, w Naddniestrzu, miał charakter zbrojny. Było to możliwe dzięki zaangażowaniu byłej 14. Armii ZSSR, która od kwietnia 1992 r., zgodnie z wydanym przez Borysa Jelcyna ukazem nr 322, była podporządkowana Federacji Rosyjskiej. Tak więc na lewym brzegu Dniestru pod presją siły powoli zaczęły rozpadać się i tak bardzo słabe struktury mołdawskiego państwa.
Konflikt, który wybuchł w Naddniestrzu, nie rozpoczął się od napięcia między Kiszyniowem a Tyraspolem, lecz między zwolennikami i przeciwnikami mołdawskiej państwowości na lewym brzegu Dniestru. Miało to miejsce w Dubosarach, gdzie władze rejonowe popierały Kiszyniów, a władze miejskie rosyjskojęzycznego miasta chciały odłączenia. Aby wzmocnić tendencje separatystyczne, wykorzystywano rumunofobię i mit zjednoczenia Mołdawii z Rumunią. Propaganda sprawiła, że ludzie mieszkający w industrialnych centrach na lewym brzegu Dniestru popadli w stan zbiorowej psychozy. Matki wysyłały swoich synów na śmierć, byleby tylko następnego dnia nie obudzić się w faszystowskiej Rumunii. Pewnie trudno to sobie dziś wyobrazić.
Można więc powiedzieć, że scenariusz obecnej sytuacji w Rosji i na Ukrainie został już wcześniej przećwiczony nad Dniestrem.
To prawda. Chociaż teoretycznie dzisiaj Rumuni mogą robić interesy na lewym brzegu rzeki, a trenerem naddniestrzańskiej drużyny piłkarskiej może być Rumun. Ale jeśli będzie trzeba, to rumunofobia może wrócić. To narzędzie, którym bardzo łatwo kontroluje się społeczeństwo.
A czego chce Rosja?
Ogłaszając niepodległość, Mołdawia miała rozogniony konflikt na wschodnim brzegu Dniestru, który doprowadził w 1992 r. do agresji zbrojnej. Rosja zaatakowała Mołdawię i stworzyła enklawę oraz zagwarantowała sobie militarną obecność na tych terenach, wymuszając format tzw. misji pokojowej. W ten sposób od ponad 20 lat Rosja skutecznie kontroluje Mołdawię. Intencje Moskwy doskonale pokazuje tzw. Memorandum Kozaka z 2003 r., którego nie podpisał ówczesny mołdawski prezydent Vladimir Voronin, czego Putin do dzisiaj nie może mu wybaczyć. Rosja chciałaby zmienić Mołdawię w dysfunkcjonalne pseudopaństwo, coś na kształt konfederacji, z gwarantowaną obecnością swoich wojsk na jego terytorium.
Przed jakimi ważnymi wyzwaniami stanęła Mołdawia po ogłoszeniu niepodległości?
Najważniejszy był kryzys tożsamości. Stworzony sztucznie przez sowiecką ideologię mołdawianizm nie jest w stanie obronić się przed rumuńską kulturą i Rumunią jako przykładem dla Mołdawii. Jestem zwolennikiem modelu, który znamy z Europy Zachodniej – współistnienia dwóch państw niemieckojęzycznych: Austrii i Niemiec. Jeden wspólny język, jedna kultura i literatura, ale dwa oddzielne państwa. To jest droga, która pomoże stworzyć w Mołdawii naród oparty nie na etniczności, lecz na obywatelstwie i języku. To proces niezwykle trudny. Nasze elity polityczne nie proponują żadnego pozytywnego programu konsolidacji społeczeństwa. Dlatego mamy bardzo poważny problem z integrowaniem przedstawicieli mniejszości narodowych. Do dzisiaj mołdawscy Polacy, Ukraińcy, Gagauzi są do bólu zrusyfikowani. Gagauzja to dziwna autonomia, gdzie wszyscy porozumiewają się po rosyjsku, a nie po gagausku.
Odziedziczyliśmy też po ZSSR bardzo trudną strukturę gospodarki. Ponad połowa Mołdawian zamieszkiwała wsie kołchozowe, gdzie nie było własności prywatnej, inicjatywy i żadnej odpowiedzialności. Mołdawia była więc usiana swoistymi gettami, które skutecznie terroryzowały naszą społeczność. Przy dość dużym przyroście naturalnym uruchomiono na początku lat 90. program prywatyzacji, co doprowadziło do powstania wielu maleńkich gospodarstw, które nie miały dostępu do nowoczesnych technologii i sprzętu. Wróciliśmy więc prawie do czasów średniowiecza, gdzie pola uprawiano dosłownie motyką i wołem. W takich warunkach nie mogło być mowy o zachowaniu jakichkolwiek standardów jakości ani o nowych rynkach zbytu.
W czasach sowieckich mołdawski przemysł zbudowany był w oparciu o system filii fabryk w innych częściach ZSSR. Byłem pracownikiem jednej z nich z siedzibą w Leningradzie. Ten przemysł w znacznej mierze był powiązany z wojskiem. Kiedy więc rozpadł się ZSSR, rozleciały się również te przedsiębiorstwa, bo nikomu nie były już potrzebne. I tak z dnia na dzień umarła w Mołdawii bohaterska klasa robotnicza.
Nie było więc łatwo.
Z pojawieniem się mołdawskiej państwowości było trochę tak jak z pojawieniem się niechcianego dziecka – urodziło się, więc cóż, niech żyje. Związek Sowiecki się rozpadł? Nie chcemy jednoczyć się z Rumunią? A zatem została niechciana niepodległość. Do dzisiaj niewiele się w tej kwestii zmieniło.
Dlaczego konflikt w Nadniestrzu ciągle pozostaje nierozwiązany?
To problem, którego nikt nie chce rozwiązać. W świadomości społecznej ten konflikt nie istnieje, a mołdawscy politycy nie mają siły i chęci, by skutecznie się nim zająć. Widocznie jest wśród nich wystarczająco dużo rosyjskich agentów i tych, którzy czerpią zyski z przemytu. Sytuacja jest więc zamrożona. Mamy proces negocjacji, grupę w ramach OBWE tzw. 5+2 oraz inne fasadowe inicjatywy, ale tak naprawdę nikomu nie zależy na znalezieniu dobrego kompromisu. A dla samej OBWE Mołdawia to przyjemne miejsce: ładne dziewczyny, dobre wino i brak latających nad głową kul. Przy rozwiązywaniu takiego konfliktu można więc pośredniczyć przez dziesięciolecia.
W przyjętej w 1994 r. mołdawskiej konstytucji znalazł się art. 11 mówiący o neutralnym statusie Mołdawii. Jest jasne, że chodziło o to, by nie drażnić Rosji, ale również o to, by wykluczyć możliwość stacjonowania obcych wojsk na terytorium Mołdawii – ogłaszamy neutralność i pozbędziemy się rosyjskiej armii. Rosja swoich wojsk z Mołdawii nie wyprowadziła, a my zostaliśmy sobie z tą swoją neutralnością.
Nastaje pierwsza dekada XXI w., gdy do władzy wracają komuniści. Zgadza się, choć po niepodpisaniu Memorandum Kozaka lider komunistów…