Poważne napięcia, trudne rozmowy i spory, które w relacjach między Watykanem a większą częścią żeńskich zgromadzeń zakonnych w USA wybuchły w 2009 r., sześć lat później, w roku 2014, znacząco osłabły. Można przypuszczać, że w dużej mierze był to efekt pojednawczych gestów Kurii Rzymskiej, zapewne pod wpływem nowego stylu rządzenia papieża Franciszka. Nie znaczy to jednak, że zniknęła główna przyczyna napięć: nowa koncepcja żeńskiego życia zakonnego, nad którą – w teorii i praktyce – pracują tamtejsze siostry, odnawiając to życie, jak przekonują, według nauczania II Soboru Watykańskiego.
Kuria Rzymska obawia się, chyba nie bez racji, że novum z USA może zainspirować kobiety w innych regionach świata. Co ważne, istotnym składnikiem tej nowości jest już sam styl, w jakim siostry spierają się z Watykanem, problematyzują jego stanowisko, bronią swoich racji i stawiają na swoim. W nowej koncepcji żeńskiego życia zakonnego niewiele znaczy zasada, która w niektórych środowiskach kościelnych funkcjonuje jak dogmat, że Roma locuta, causa finita – i odważnie dają temu świadectwo.
Nowa forma życia zakonnego leży na sercach tych zakonnic, które działają pod parasolem Konferencji Kierownictwa Zakonów Żeńskich (Leadership Conference of Women Religious, dalej LCWR), skupiającej 80% z 57 tys. amerykańskich sióstr. Dla Rzymu problemem jest właśnie tylko LCWR – w przeciwieństwie do Rady Wyższych Przełożonych Zakonów Żeńskich (Council of Major Superiors of Women Religious, dalej: CMSWR), powstałej jako przeciwwaga dla LCWR, a preferującej tradycyjne formy duchowości i pobożności.
Dialog w stylu Pearl Harbor
„Dałyśmy początek nowej formie życia zakonnego” – napisała z dumą w lutym 2009 r. s. Sandra Schneiders ze Zgromadzenia Niepokalanego Serca Maryi, jedna z najwybitniejszych katolickich teolożek feministycznych. Zakonnica wezwała siostry do obrony w obliczu, jak ujmowało to wtedy wiele zakonnic, „ataku” czy „inwazji”, chronologicznie, najpierw Kongregacji Instytutów Życia Konsekrowanego (dalej: KIŻK), a później Kongregacji Nauki Wiary (dalej: KNW). Pierwsza z tych watykańskich dykasterii w styczniu 2009 r. zarządziła bezprecedensową wizytację apostolską wszystkich amerykańskich żeńskich zgromadzeń zakonnych, czyli ponad 340 wspólnot, z wyjątkiem klauzurowych – po to, by zbadać katolicką poprawność ich funkcjonowania, praktyk, duchowości i pobożności. Z kolei KNW kilka miesięcy później oznajmiła, że skontroluje doktrynalną prawowierność tylko i wyłącznie LCWR.
Bezprecedensowego charakteru wizytacji apostolskiej nie da się sprowadzić do faktu, że KIŻK działała z zaskoczenia, zdecydowawszy o tym kroku jednostronnie, nie konsultując niczego z zakonnicami, nie pytając o zdanie nawet kierownictwa CMSWR i LCWR. Zakonnice o wszystkim dowiedziały się z mediów świeckich – w efekcie do wizytacji, którą KIKŻ promowała jako „dialog”, przylgnęło miano „dialogu w stylu Pearl Harbor”. Natomiast o właściwej bezprecedensowości inicjatywy Kurii Rzymskiej klarownie pisała s. Schneiders. Teolożka podkreśliła, że obecność reprezentantów KIŻK w amerykańskich zgromadzeniach „nie jest normalnym dialogiem między zakonnicami i władzami kościelnymi”, ale przypomina procedury podejmowane przez Kościół w wypadku poważnych czy bardzo poważnych nadużyć czy zła w życiu kościelnym. „Obecnie w Kościele w USA mamy kilka sytuacji, które usprawiedliwiałyby zastosowanie takich mechanizmów: rozpowszechnione seksualne nadużycia księży wobec dzieci, tuszowanie tego zjawiska przez biskupów, notoryczne seksualne przygody tych, którzy ślubowali celibat, defraudacja kościelnych funduszy, sekciarskie praktyki w niektórych grupach kościelnych. Problem w tym, że siostry nie są znacząco zamieszane w żadne z tych przypadków”.
Prowadzone przez Watykan badanie żeńskich zgromadzeń – argumentowała dalej s. Schneiders – można przyrównać do, w istocie niewyobrażalnego, badania wszystkich sakramentalnych małżeństw lub wszystkich księży czy biskupów w Stanach Zjednoczonych. „Bez wątpienia pewne nadużycia można by znaleźć w każdej z tych globalnych grup, nie wyłączając zakonnic. Ale założenie, że wśród amerykańskich sióstr jakiś rodzaj nadużyć jest tak rozpowszechniony i głęboko zakorzeniony, iż badaniom należy poddać wszystkie zakonnice, jest krzywdzące, jeśli nie obraźliwe. Kobiety te, które nie mają żadnego obowiązku pozostawać zakonnicami, oddały 30, 40, 50, 60, nawet 70 lat swego życia na zwykle niewynagradzaną służbę Kościołowi i jego wiernym”. W konkluzji teolożka postawiła zasadnicze pytanie: „Jaka racja mogłaby usprawiedliwić takie uniwersalne podejrzenie?”.
Kard. Franc Rodé ze Słowenii, który był prefektem KIŻK do stycznia 2011 r., w listopadzie 2009 r. tłumaczył, że wizytacja apostolska ma przeciwdziałać głębokiemu kryzysowi żeńskiego życia zakonnego w USA, który przejawia się m.in. w szybkim topnieniu szeregów zgromadzeń zakonnych. Według ustaleń Center for Applied Research in the Apostolate na Georgetown University (Waszyngton) w 1950 r. było w tym kraju 147 tys. sióstr – i wtedy nastąpił lawinowy wzrost liczby powołań – do 1965 r. przybyło 28 tys. zakonnic. Tymczasem w 2000 r. liczba ta spadła do 80 tys., a obecnie wynosi ok. 57 tys. Średnia wieku dochodzi do 70 lat. W specjalnym oświadczeniu z początku listopada 2009 r. kard. Rodé notował: „Mamy nadzieję, że wizytacja apostolska wzmocni powołania zakonne i zapewni siostrom lepszą przyszłość” (2). Ale kryzys powołań nie był jedyną racją, która zdecydowała o badaniu życia zakonnic – szczególnie spod znaku LCWR. W oświadczeniu prefekta KIŻK czytamy dalej: „Od wielu lat do naszej Kongregacji docierały – wyrażane przez amerykańskich katolików, zakonników, świeckich, księży i biskupów – głosy troski o dobro zakonnic i osób życia konsekrowanego w ogólności. Wizytację apostolską traktujemy jako narzędzie oceny tych głosów i konstruktywnego podejścia do problemów”. Nieco później już nieoficjalnie hierarcha precyzował, że wizytacja jest odpowiedzią na krytyczne głosy płynące z USA, w tym spostrzeżenia „ważnych przedstawicieli tamtejszego Kościoła”, którzy wskazują na „nieprawidłowości i niedomagania” w żeńskim życiu zakonnym tego kraju. „Przede wszystkim – podkreślił hierarcha – można mówić o pewnej świeckiej mentalności, która rozpowszechniła się w rodzinach zakonnych, a być może nawet o niejakim duchu »feminizmu«”.
Prefekt KIŻK nie krył, że Watykan wizytację w USA traktuje także jako swoiste pole doświadczalne: jeśli uda się znaleźć lek na choroby amerykańskich zgromadzeń, to może na tym zyskać życie zakonne w innych częściach świata. W konkluzji kard. Rodé napisał: chcemy „promować katolicką tożsamość żeńskiego życia zakonnego” (3). To ostatnie stwierdzenie w uszach części amerykańskich sióstr zabrzmiało jako zakwestionowanie ich wierności Ewangelii i Kościołowi oraz dotychczasowego życia zakonnego, wręcz atak na ich koncepcję obecności w Kościele i świecie, duchowości i stylu życia.
Stonowany raport
W grudniu 2014 r. KIKŻ – na której czele od stycznia 2011 r. stał nowy prefekt kard. João Braz de Aviz z Brazylii – opublikowała raport końcowy na temat wizytacji apostolskiej żeńskich instytutów zakonnych w USA. Jego treść zaskakuje. Wbrew wcześniejszej ostrej watykańskiej krytyce amerykańskich zgromadzeń i pomimo czarnych scenariuszy obyło się bez potępień, nagan, reprymend, kar, terapii wstrząsowych i rewolucyjnych zmian. Dobrze podstawową wymowę dokumentu ujął John Allen, wybitny amerykański watykanista, od początku wnikliwie śledzący losy wizytacji: „Bezprecedensowe i wysoce kontrowersyjne watykańskie badanie każdej żeńskiej wspólnoty katolickiej w Stanach Zjednoczonych, które zaczęło się krytyką zakonnic za uleganie »świeckiej mentalności«, zakończyło się 16 grudnia raportem pełnym uznania [dla sióstr] i bez jakichkolwiek środków dyscyplinarnych czy nowych kontroli” (4). Dokument nawet wycieniował wymowę lawinowego spadku liczby zakonnic od lat 60. XX w. – o 125 tys., stwierdzając: „Ważne jest jednak, by zauważyć, że bardzo duża liczba sióstr w latach sześćdziesiątych okazała się relatywnie krótkoterminowym zjawiskiem, który nie był typowym doświadczeniem życia zakonnego w większej części historii narodu amerykańskiego”.
Badacze tego zjawiska wśród czynników organizujących je w latach 40. wyliczają m.in. „obligatoryjną” wielodzietność katolickich rodzin w USA, obowiązek słania dzieci do szkół kościelnych kierowanych zwykle przez zakonnice; sztywną i prostą alternatywę wyboru drogi życiowej dla kobiet kończących szkoły: albo małżeństwo, albo klasztor. Z kolei w latach 60. – by znowu ograniczyć się tylko do kilku czynników – liczba wielodzietnych rodzin katolickich i szkół wyznaniowych zaczęła gwałtownie topnieć. Feminizm i inne ruchy społeczno-kulturowe poszerzyły ofertę kobiecych wyborów życiowych, a drogi kościelne młodym wykształconym i ambitnym katoliczkom jawić się zaczęły jako mało „atrakcyjne”, bo drugorzędne i podporządkowane drogom męskim – głos decyzyjny w Kościele święcenia kapłańskie rezerwują wyłącznie mężczyznom, gdy tymczasem świeckim, w tym kobietom, także zakonnicom, jako niewyświęconym, przypada co najwyżej głos doradczy.
„Zła wiadomość związana z tym wszystkim jest, oczywiście, taka, że od połowy lat 60. bardzo mało katolickich dziewcząt rozważało dla siebie drogę zakonną, a jeszcze mniej wstępowało na nią. A dobrą wiadomością jest ta, że teraz jedyną racją wyboru przez młode kobiety drogi zakonnej jest autentyczne poczucie powołania przez Boga do życia poświęconego celibatowi przeżywanemu z innymi kobietami, które podzielają to powołanie i wyrażają je w całkowitym oddaniu na służbę ludowi Bożemu” (5). Według ostatnich danych wśród zakonnic spod znaku LCWR żyją 73 postulantki, 117 nowicjuszek i 317 kobiet, które w 2009 r. złożyły śluby czasowe; z kolei spod znaku CMSWR – odpowiednio – 73, 158 i 304.
Nie wydaje się, by wraz z opublikowaniem raportu KIŻK nagle zaimponowała nowa forma życia zakonnego zgromadzeń działających pod parasolem LCWR, ale niewątpliwie dykasteria ta, z nowym prefektem i pod rządami nowego papieża, zrobiła wiele, by zatrzeć złe wrażenie wcześniejszych mało szczęśliwych, a nawet wręcz niewłaściwych „wizytacyjnych” posunięć kard. Rodé.
W raporcie krytyczne spojrzenie na praktyki zakonne jest stonowane i ma charakter bardziej pośredni niż bezpośredni, a kryje się w takich stwierdzeniach jak: „Trzeba uważać, by nie usuwać Chrystusa z centrum stworzenia i naszej wiary”. To aluzja do wcześniejszych watykańskich oskarżeń sióstr o to, że wraz z akcentowaniem ekoduchowości bardziej koncentrują się na kosmosie niż na Jezusie Chrystusie. Dokument delikatnie domaga się także, by zakonnice dbały o ścisłą więź swoich wspólnot „z pasterzami Kościoła powszechnego (…) i lokalnego, z laikatem i innymi kongregacjami zakonnymi”.
Co chyba najbardziej znaczące, w raporcie na próżno szukać „antyfeministycznego” języka wcześniejszych krytycznych wypowiedzi kard. Rodé, brak w nim – podstawowego na jego liście zarzutów – oskarżenia o „ducha feminizmu”. Tymczasem akurat we wspólnotach LCWR – w przeciwieństwie do tych spod znaku CMSWR – feminizm (ale, jak uważają te zakonnice, feminizm wierny Ewangelii) ma się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Można wręcz powiedzieć, że jest on swoistym znakiem rozpoznawczym LCWR, nade wszystko w porównaniu z CMSWR. Feminizm i teologia feministyczna – a więc walka z dyskryminacją kobiet w społecznościach zarówno świeckich, jak i kościelnych, z przejawami seksizmu i androcentryzmu – są solą religijności i duchowości zakonnic działających pod parasolem LCWR, a jednocześnie – jak się zdaje – solą w oku KIŻK i KNW.
Sobór i otwarcie
Proces feminizacji sióstr byłby nie do pomyślenia bez II Soboru Watykańskiego, który – jak powiedziała jedna z nich w reakcji na zapowiedź wizytacji apostolskiej – „wydobył nas z getta i skierował ku ekologii, feminizmowi i sprawiedliwości w świecie. Kuria Rzymska wciąż ma problemy z akceptacją tego stanu rzeczy” (6). Chociaż – to już Elizabeth Schüssler Fiorenza, pionierka katolickiej teologii feministycznej – „dokumenty II Soboru Watykańskiego są pełne języka androcentrycznego” (7), to jednak jego nauczanie znaczy historyczną cezurę w kościelnym dowartościowaniu roli i znaczenia kobiet. Sobór dostrzegł tzw. kwestię kobiecą i naucza o równości mężczyzn i kobiet, a dyskryminację ze względu na płeć uznaje za sprzeczną z zamysłem Bożym. Odszedł od klerykalnej wizji Kościoła i w ogóle dowartościował rolę świeckich, w tym kobiet. Otworzył przed kobietami możliwość studiowania teologii na wydziałach katolickich. W końcu przywrócił do łask teologię tzw. charyzmatów, czyli darów łaski – powołań – Ducha Świętego, udzielanych każdej chrześcijance i każdemu chrześcijaninowi dla dobra Kościoła. Dary łaski pozwalają widzieć Kościół jako komunię równych sobie osób, z których każda pełni niezastąpioną funkcję, wyznaczoną przez Ducha Świętego. Teologia charyzmatów, która bezpośrednio po Soborze szybko, wręcz gwałtownie się rozwijała, a następnie równie szybko i gwałtownie została zduszona i zapomniana, odgrywa kluczową rolę w religijności i duchowości zakonnic w USA. Czas II Soboru Watykańskiego zbiegł się z tzw. drugą falą feminizmu, która błyskawicznie „pochłonęła” wiele amerykańskich katoliczek, najpierw świeckich, a potem także zakonnic. Czołówka dzisiejszych katolickich teolożek feministycznych należy do zgromadzeń spod znaku LCWR, by wymienić najwybitniejsze, jak: Elizabeth A. Johnson (józefitka), Mary C. Hilkert (dominikanka), Joan Chittister (benedyktynka) czy wspomniana s. Schneiders (niepokalanka maryjna). Wystarczy powiedzieć, że teolożki te nie widzą przekonujących teologicznych racji dla nauczania Magisterium Kościoła o święceniach kapłańskich zarezerwowanych dla mężczyzn. Sama LCWR w 1977 r. publicznie odmówiła przyjęcia Deklaracji „Inter insigniores” o dopuszczeniu kobiet do kapłaństwa urzędowego, którą rok wcześniej opublikowała KNW.
O krytycznym stosunku LCWR do tradycyjnej doktryny o święceniach kapłańskich najgłośniej było w 1979 r., podczas pielgrzymki Jana Pawła II do USA. Ówczesna przewodnicząca tej organizacji – s. Theresa Kane ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia – zwracając się do papieża w Narodowym Sanktuarium Niepokalanego Poczęcia w Waszyngtonie, powiedziała, że jeśli Kościół chce być wierny swemu przesłaniu o godności wszystkich osób, to winien „sprawić, by kobiety, jako osoby, mogły być włączone do wszystkich urzędowych posług naszego Kościoła [in all ministries of our Church]” (8). Zakonnice działające pod parasolem LCWR – w przeciwieństwie do tych z CMSWR – zwykle nie zakładają habitów. Niosą Dobrą Nowinę i angażują się w walkę z ubóstwem, przemocą, ksenofobią, rasizmem. Pracują w edukacji. Bliska jest im ekologia. Działają wśród gejów i lesbijek. Niektóre kwestionują nauczanie Kościoła o homoseksualizmie, a nawet zdarza się, że inaczej postrzegają sprawę aborcji. LCWR domaga się włączenia świeckich – tak mężczyzn, jak i kobiet – w struktury decyzyjne Kościoła.
Amerykańskie siostry angażują się w dialog międzyreligijny. W 2000 r. część z nich ostro skrytykowała dokument KNW Dominus Iesus o zbawczej jedyności i wyjątkowości Chrystusa i Kościoła. W dokumencie tym watykańska strażniczka ortodoksji uznała inne religie za twory naturalne, czysto ludzkie, a nie nadprzyrodzone, jak chrześcijaństwo.
Klarownie istotę nowej formy życia zakonnego sióstr spod znaku LCWR wyłożyła s. Schneiders w tekście We’ve Given Birth to a New Form of Religious Life: „Już dłużej nie jesteśmy »kongregacjami poświęcającymi się dziełom apostolatu« – to znaczy mniszymi wspólnotami, których członkinie »udają się na zewnątrz«, by czynić zinstytucjonalizowane dzieła zasadniczo wyznaczone przez hierarchię, jako przedłużenie ich działań, tj. w katolickich szkołach, szpitalach itp. My jesteśmy zakonnicami służebnymi [ministerial]. Służebność [ministry]* jest integralna dla naszej tożsamości i naszego powołania. Ona wyrasta z chrztu, ukonkretnionego przez profesję, rozpoznaną razem z kierownictwem naszej kongregacji i wykonywaną zgodnie z charyzmatem naszej kongregacji, a nie dzięki delegacji udzielonej przez hierarchię. (…) My nie jesteśmy przedłużeniami kleru. Całe nasze życie znajduje się pod wpływem naszej służebnej tożsamości: kiedy szukamy miejsc (często na marginesie Kościoła i społeczeństwa), gdzie potrzeba…