Ile kosztuje tania żywność?
Jej cena to pieniądze, które zostawiamy w sklepie, plus koszty, które trzeba było po drodze ściąć, żeby kwota na metce była niska: koszty ludzkie, społeczne, środowiskowe. Nie myślimy o tym, bo w społecznej świadomości nastąpiło rozerwanie połączenia między żywnością a jej producentem. Od lat kupujemy towary, nie widząc rolników i rolniczek, więc wydaje się, że to tylko relacja między nami a sklepem.
Śmiejemy się z dzieci, które mówią, że mleko bierze się z kartonu.
Tak, a przecież sami w to uwierzyliśmy. Co więcej, często kupujemy w wielkich sieciach. Oczekujemy od nich, żeby było wygodnie i jak najtaniej. Wcale nie chcemy przysparzać im zysków, nie pamiętamy też o tym, co się dzieje wcześniej. Nie widzimy całego łańcucha produkcji.
Żaden sklep nie zrezygnuje ze swojej marży. Czy jeśli mamy tanie jedzenie, to znaczy, że został oszukany ktoś niżej?
Oszukany to nie jest odpowiednie słowo. To wszystko zwykle dzieje się legalnie, tyle że wiele działań, prowadzonych w granicach prawa, jest nieetycznych. Na przykład, jeśli nie ma minimalnej stawki godzinowej, to robotnicom na plantacjach można płacić kilka centów za godzinę, chociaż to niemal niewolnictwo. Jeśli nie istnieją przepisy zmuszające europejskie firmy do sprawdzania, w jakich warunkach wydobywa się minerały potrzebne do produkcji elektroniki, to przedsiębiorstwa mogą legalnie kupować złoto, które pozyskuje się, wykorzystując przymusową pracę dzieci. Proszę też pomyśleć o unikaniu opodatkowania – trudno zlikwidować to zjawisko, bo raje podatkowe, przez które przepuszcza się pieniądze, działają przecież lege artis. Wspólny mianownik tych sytuacji to sprzeczność. Z jednej strony mamy wyobrażenie o tym, co jest zachowaniem właściwym, zgodnym z prawami człowieka i zasadami tzw. zwykłej przyzwoitości – co więcej, wierzymy, że to właśnie Europa przoduje w wysokich standardach, i to się do pewnego stopnia sprawdza, gdy chodzi o nasz kontynent. Jednak z drugiej strony nasze przedsiębiorstwa poza granicami Unii mają bardzo dużą swobodę w odchodzeniu od europejskich norm prawnych, a w konsekwencji – także etycznych. Podobnie jest w przypadku importu, widać to również na przykładzie praw zwierząt – mamy zasady dotyczące chowu bydła w Europie i muszą tu być pod groźbą rożnych sankcji przestrzegane, ale nie dotyczą oczywiście warunków, w jakich zwierzęta są przetrzymywane w Stanach, nawet jeśli sprowadzamy na nasz kontynent produkty mleczne z ich „feedlotów”, czyli wielkoobszarowych uprzemysłowionych pastwisk, gdzie trzyma się miliony zwierząt.
Jak wygląda ścieżka żywności od rolników do sklepu?
Zaznaczmy najpierw, że rolnicy i rolniczki to nie jedyni uczestnicy łańcucha żywnościowego. Istnieją wielkie koncerny, agrokorporacje, które zajmują się produkcją żywności. Posiadają ogromne areały, sieją własne ziarna, zbiory przewożą do własnych centrów magazynowania, mają swoją sieć dystrybucji i na końcu sprzedaży. Za kolejne etapy odpowiadają różne spółki-córki w ramach jednego koncernu.
Większość znanych nam międzynarodowych marek spożywczych należy do jednej z dziesięciu globalnych korporacji. Dlatego wiara, że system pozwalający na taką koncentrację kapitału prowadzi do zwiększania konkurencji, jest niczym nieuzasadniona.
Co więcej, w sensie politycznym te korporacje nie tylko ze sobą nie konkurują, ale wręcz współpracują; mają te same interesy, gdy chodzi o tworzenie polityk handlowych i zmniejszanie praw państw do kontrolowania ich działalności. A zasadniczym interesem korporacji jest, oczywiście, zwiększenie zysku. Żeby ten był jak największy, trzeba maksymalnie ciąć koszty.
Zaczyna się od tego, że mało się płaci rolnikom, od których skupuje się nieprzetworzone produkty, albo po prostu samemu otwiera się produkcję – wysoko uprzemysłowioną, na wielkich areałach, bo tak wychodzi najtaniej. Tylko że w tym celu potrzebna jest ziemia. I tu już zaczynają się batalie polityczne i ekonomiczne o to, kto ma do tej ziemi prawo. To samo jest w przypadku kolejnych kroków produkcji, czyli dostępu do wody i ziarna. Na koniec oszczędza się na warunkach pracy.
Na niektórych obszarach Afryki nie ma zwyczaju posiadania aktu własności. Ludzie na ziemi po prostu żyją i ją uprawiają. Potem pojawia się ktoś, kto tę ziemię „niczyją” wykupuje. To częste zjawisko?
To jest permanentna praktyka, która dotyczy też Ameryki Południowej i części Azji. Zresztą w Europie przez tysiąclecia prawo chłopów do użytkowania ziemi również było kwestią zwyczaju. Poza Europą czasem dochodzą dodatkowe komplikacje, bo własność nie jest indywidualna, tylko kolektywna, np. konkretny obszar należał do danego klanu – to nie przystaje do zachodniego modelu prawnego, gdzie na akcie własności musi znajdować się imię i nazwisko posiadacza. Taka ziemia jest zatem od czasów kolonialnych podbojów traktowana jako niczyja i zawłaszczana – czasem przy udziale państwa, czasem wbrew niemu.
Niektóre kraje chciały zlikwidować historycznie ukształtowane nierówności w dostępie do ziemi, czyli dać rdzennym społecznościom i rolnikom prawo do terenów, które zostały przejęte przez wąskie grono Europejczyków. Niestety, państwa te spotykały się wówczas z groźbami pozwów do prywatnych systemów arbitrażowych, których zadaniem jest chronić interesy inwestorów zagranicznych. W Paragwaju władze zamierzały nadać prawo własności osobom faktycznie użytkującym daną ziemię (społeczności Palmital i Sawhoyamaxa), od razu jednak pojawiło się zagrożenie wszczęcia procesów przez niemieckich właścicieli tych terenów. Państwo zostało sparaliżowane w przyznawaniu prawa własności na wiele lat. Inna znana sprawa to historia z 2005 r. z Zimbabwe. Trzynastu inwestorów zaskarżyło decyzje władz o dokonaniu redystrybucji ziemi. Nie odpowiadała im proponowana rekompensata, która oczywiście była niższa niż cena rynkowa. Doprowadzili do tego, że przepisy zostały zmienione na ich korzyść, a arbitraż przyznał im 10 mln dolarów odszkodowania. Taka, nazwijmy to, „nieczułość” na kwestie wyrównywania krzywd historycznych stała też za decyzją arbitrów rozstrzygających spór między właścicielami firm wydobywczych a rządem RPA, który nakazał tym pierwszym przekazanie części udziałów czarnej ludności kraju w ramach zadośćuczynienia za apartheid. Trzech arbitrów podważyło tę politykę państwa, bo priorytetem było zapewnienie inwestorom prawa do czerpania zysków z kopalni.
Jaką rolę odgrywają korporacje?
Jeśli agrokorporacja potrzebuje ziemi, to po prostu ją wykupuje, a przy okazji niszczy lokalne drobne rolnictwo poprzez różne mechanizmy, np. pozbawiając farmerów dostępu do wody. Następnie niewielką część dawnych rolników zatrudnia, zwykle płacąc im głodowe stawki i zmuszając do pracy w warunkach, które znamy z powieści na temat niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych. Jeżeli wybucha bunt, pracownik w najlepszym razie zostaje zwolniony, a w najgorszym – zabity. Wiemy, że korporacje wynajmują do ochrony włości bojówki paramilitarne albo dostają wsparcie ze strony państwowych sił porządkowych.
Są na to dowody?
Oczywiście. Walka o prawo do ziemi pochłania tysiące ofiar. Warto przeczytać raporty Amnesty International dotyczące np. Kolumbii. Ale mnie interesuje bardzo rola instytucji publicznych w tym „procederze”. Jako mieszkańcy Unii Europejskiej powinniśmy domagać się, aby w politykach handlowych i inwestycyjnych Unii i poszczególnych krajów członkowskich (także Polski) podnieść wymagania dotyczące ochrony wszystkich praw człowieka, a nie tylko szukać okazji do zarobku dla rodzimego biznesu.
Warto też przyglądać się instytucjom międzynarodowym. International Finance Corporation (IFC), jedna z organizacji należących do grupy Banku Światowego (BŚ), udziela pożyczek prywatnym firmom – jako dysponentka publicznych pieniędzy powinna sprawdzać, czy te przedsiębiorstwa nie łamią praw człowieka i nie dewastują środowiska naturalnego. Niedawno opisana przez International Consortium of Investigative Journalists sprawa dotyczy Hondurasu.
W latach 70. XX w. stworzono tam system przyznający ziemię kolektywom rolniczym, ale w 1992 r. pod dyktando BŚ rząd zezwolił na prywatyzację i rolnicy zaczęli być naciskani, aby tę ziemię sprzedawać lokalnym „latyfundystom” i agrobiznesowi. Jedną z firm wymienianych w tej sprawie był Dinant, należący do największych producentów żywności i oleju palmowego w Ameryce Środkowej. Gdy zwrócił się o pożyczkę do IFC, instytucja ta nie tylko nie zadbała o sprawdzenie firmy, ale co gorsza – jak wskazało późniejsze śledztwo – świadomie zignorowała informacje na temat zawłaszczania ziemi pod uprawy, a nawet oskarżenia wysuwane pod adresem szefa Dinanta dotyczące zamieszania w zabójstwa działaczy broniących praw lokalnych wspólnot. Ekspert, który chciał umieścić informacje o tych nieprawidłowościach w raporcie dla IFC, został zwolniony, a na jego miejsce przyjęto kogoś innego. Jak można się domyślać, wybrano osobę bardziej skłonną przymknąć oko na powszechnie dostępne informacje (proszę sprawdzić, wystarczy wpisać w wyszukiwarkę hasło: „Miguel Facussé”, to ówczesny szef Dinanta). Trudno, żeby było inaczej, skoro ta nowa osoba inwestycję oceniła jako mało ryzykowną pod kątem zagrożenia dla środowiska czy konfliktów społecznych.
Aby jeszcze bardziej utrudnić kontrolę nad sposobami wykorzystywania publicznych pieniędzy, IFC udziela pożyczek pośrednikom, takim jak banki, przerzucając na nich ciężar odpowiedzialności za dotowanie firm łamiących prawa człowieka. Sytuacja wspólnoty rolniczej, którą podstępem lub przemocą (bojówki chroniące plantacji Dinantu zabiły już kilkadziesiąt osób, a lider lokalnej społeczności Paso Aguán zniknął bez śladu cztery lata temu) pozbawiono ziemi, jest dramatyczna. Ci ludzie nie są w stanie w inny sposób zarobić na życie, ale przede wszystkim – tak jak każdy z nas – mają prawo oczekiwać od państwa wsparcia w sytuacji, gdy ich prawa są naruszane.
Mówi Pani: korporacje zabierają ziemię. A co się dzieje z tymi, którzy ją tracą?
Popadają w ubóstwo, zaczynają mieć problemy z zapewnieniem sobie minimum pokarmu, a na skutek długotrwałego niedożywienia chorują. Czasem decydują się na migrację do miast, gdzie zamieszkują w nieformalnych osiedlach, licząc, że uda się zarobić albo chociaż znaleźć się w zasięgu działania organizacji pomocowych, które nie docierają na prowincję. Ci, którzy są w stanie uzbierać pieniądze dla przemytników, próbują przeprawić się przez morze i przedostać do Europy. Tu jednak traktuje się ich jako roszczeniowców, którzy szukają łatwego życia. A przecież nikt dla wygody nie ryzykuje utonięcia w Morzu Śródziemnym! Tych historii nie można porównywać ze znanymi nam np. z okresu późnego PRL-u doświadczeniami uchodźstwa ekonomicznego. My szukaliśmy lepszego życia, oni – życie ratują. To są inne kategorie.
Może w tym miejscu warto rozprawić się z jeszcze jednym mitem.
Nam w Polsce nadal się wydaje, że drobne rolnictwo to przeżytek, którego należy się ze wstydem jak najszybciej pozbyć. Tymczasem właściciele niewielkich upraw są wciąż głównymi producentami żywności i, co więcej, jedyną nadzieją na przyszłość.
Nam, mieszczuchom, wydaje się, że sobie bez nich poradzimy, zapominamy jednak, że ktoś musi uprawiać ziemniaki i zboża, żebyśmy mieli co jeść. A żeby żywność miała wartość odżywczą, a nie była napompowaną chemią wydmuszką, od której dostaniemy w najlepszym razie awitaminozy i cukrzycy, a w najgorszym – raka, rośliny muszą być uprawiane w sposób zrównoważony, w niedużej skali, przy umiarkowanej industrializacji i małym wykorzystaniu środków chemicznych. Patrząc na to zagadnienie jeszcze szerzej, musimy wziąć pod uwagę kwestię zmian klimatu i to, jak na nie wpływa wysoko uprzemysłowione rolnictwo. Dodajmy jeszcze dobrostan zwierząt – żadne słowa nie opiszą cierpienia, jakie jest zadawane ptakom i ssakom na wielkich fermach. Nie chcę tu idealizować rolnictwa tradycyjnego, ale już sama skala produkcji sprawia, że winy agrobiznesu są o wiele większe. Mam też coś dla tych, których bardziej przekonują argumenty dotyczące własnych zysków i strat. Jeśli wspomożemy drobne uprawy, będziemy mieć zdrowszą żywność, ale jeśli rolnicy stracą możliwość utrzymania się z pracy na gospodarstwie, ruszą do miast, co w konsekwencji wpłynie na znaczący wzrost bezrobocia. Trzeba będzie te tysiące ludzi wziąć na utrzymanie. Chętnych nie widzę.
Wracając do procesu produkcji, ziemia to pierwszy krok. Co dalej?
Trzeba coś zasiać. I teraz pojawia się następne pytanie, skąd pochodzi ziarno. Kto ma do niego prawo? Żywność modyfikowana genetycznie powstaje w laboratoriach finansowanych przez koncerny farmaceutyczne, które następnie patentują wyniki badań. Otrzymane nowe odmiany roślin zaczynają podlegać tej samej logice co np. telefony komórkowe. Tak jak nie może Pani robić w garażu własnych iPhone’ów, tak samo nie wolno Pani „kopiować”, czyli wysiewać, ziaren GMO bez zezwolenia i stosownej opłaty. Taka polityka narodziła się w Stanach Zjednoczonych, bo to one pozwoliły na prawne zastrzeganie form życia. Tyle że patenty amerykańskie obowiązują nie tylko w USA. To efekt podejścia tego państwa do ochrony monopoli intelektualnych – jeśli przyjrzy się Pani negocjacjom umów międzynarodowych z ostatnich 30 lat, to okaże się, że kwestie wzmocnienia reżimu tzw. własności intelektualnej są jednym z priorytetów. Stosowanie patentów oznacza, że rolnicy tracą podstawowe środki produkcji, czyli możliwość przechowywania ziarna na następny rok. Tradycyjne rolnictwo opiera się na tym, że część produkcji pozostawia się po to, żeby potem mieć z czego zasiać. Nawet jeśli dany rok był ciężki, bo nie dopisała pogoda i nie udało się wiele zarobić, to jest nadzieja, że w następnym sezonie, dzięki kolejnym zbiorom, życie wróci do normy. Dodajmy, że ziarnom GM muszą towarzyszyć środki ochrony roślin produkowane przez te same koncerny. Czy na pewno chcemy uzależnić się całkowicie od firm takich jak Monsanto?
Co dalej? Woda?
Bez wody rolnictwo po prostu nie może istnieć. Rolnicy, żeby wytwarzać niezbędną nam wszystkim żywność, muszą mieć zagwarantowany bezpłatny dostęp do zasobów naturalnych, takich jak woda, powietrze i światło – wydaje się to jasne jak słońce, prawda? Tymczasem woda w logice wolnego rynku staje się towarem jak każdy inny. Z jednej strony mamy pogłębiający się problem jej niedoboru, z drugiej – pozwalamy firmom na eksploatację zasobów bez żadnych ograniczeń. Przoduje w tym europejski koncern Nestlé, który jest światowym liderem sprzedaży wody butelkowanej. CEO firmy zasłynął stwierdzeniem, że mówienie o prawie (człowieka) do wody to postawa skrajnie radykalna. W tej optyce pozbawianie ludzi szansy na biologiczne przetrwanie na danym terenie jest nieradykalne… Co roku widzimy, jak mieszkańcy korzystający ze źródeł, do których przyznano Nestlé koncesję, organizują się przeciwko takiej polityce. Niestety, nadal większość państw nie staje w takich sporach po stronie obywateli, a władze samorządowe albo krótkowzrocznie cieszą się, że przyciągnęły dużego inwestora, albo nie są w stanie znaleźć podstawy prawnej do odmowy przyznania koncesji. Dostęp do wody i urządzeń sanitarnych, jedno z praw człowieka przecież, póki co jest silnie umocowany legislacyjnie jedynie w kilku krajach. W tej sytuacji korporacje i władze robią, co chcą, a rolniczki i rolnicy pozostają bezbronni.
W raporcie Instytutu Globalnej Odpowiedzialności (IGO) często pojawia się określenie „suwerenna polityka rolna”. Co mają Państwo na myśli?
Mówimy o suwerenności żywnościowej, czyli prawie każdej społeczności do podejmowania decyzji, jaką żywność, w jaki sposób produkowaną i dystrybuowaną chce mieć. Inaczej rzecz ujmując, uważamy, że potrzebne jest uwolnienie systemów żywnościowych spod dalszej koncentracji w rękach transnarodowych firm, które traktują pokarm jak każdy inny towar. Moim zdaniem, skoro już doszliśmy do konsensusu, że życie ludzkie nie podlega zasadom wolnego rynku, a wszelkie próby handlu tzw. żywym towarem są łamaniem praw człowieka i powinny być ścigane, nie możemy się jednocześnie godzić bez popadania w hipokryzję na pełne utowarowienie absolutnie niezbędnych do życia rzeczy, takich jak żywność, woda czy leki ratujące zdrowie. Dlatego systemy żywnościowe muszą pozostać pod kontrolą społeczności i przez nie wyłonionych władz, a nie wąskiego grona najbogatszych ludzi mających udziały czy posady w agrokorporacjach.
Niestety, ta suwerenność żywnościowa jest podważana przez przepisy ustanowione m.in. przez Światową Organizację Handlu (WTO). Dla mnie szokujące było odkrycie istnienia polityk handlowych, które są sprzeczne z jeszcze bardziej podstawową koncepcją, czyli bezpieczeństwem żywnościowym – zapewnieniem dostępu do żywności pozwalającej na przeżycie.
W jaki sposób działają takie polityki?
Przepisy WTO są konstruowane tak, by umożliwić najbogatszym państwom dalsze subsydiowanie rolnictwa i walkę z głodem wśród własnych obywateli, ale zakazać tego w krajach globalnego Południa. I tak dozwolony przez WTO poziom państwowego wsparcia w ramach Aggregate Measurement of Support, co można tłumaczyć jako „łączny wymiar wsparcia”, wynosi dla Stanów Zjednoczonych 19 mld dolarów, a dla 61 z 71 tzw. krajów rozwijających się – zero. Co więcej, te międzynarodowe instytucje są nawet w stanie nakazać państwom – oczywiście byłym koloniom, bo na nich jest bardzo łatwo cokolwiek wymusić – likwidację publicznego systemu spichlerzy ze względu na to, że zakłóca on wolnorynkowe mechanizmy.
Co ma jedno do drugiego?
Takie spichlerze tworzy się na wypadek klęski głodu. W czasie kryzysu zapasy mają ratować życie, a ze względu na zmiany klimatu będą potrzebne coraz częściej. Jednak w perspektywie wolnorynkowej, kiedy państwo rozdaje ziarno za darmo, to tym samym zwiększa podaż i zakłóca balans cenowy. Niger doświadczył właśnie takiego dostosowania strukturalnego, gdy Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) nakazał zlikwidowanie państwowych zapasów żywności, gromadzonych na wypadek klęski nieurodzaju, zarazy czy szarańczy. Kiedy czyta się o takich sytuacjach, pojawia się pytanie, jak to jest możliwe. Otóż cały system promuje podobne postawy. Pomyślmy, jaka osoba podejmuje taką decyzję odnośnie do jednego z najbiedniejszych krajów świata według indeksu LIC ONZ. Na pewno jest wysoko wykształcona, u szczytu kariery – w końcu pracować w potężnej międzynarodowej organizacji to prestiż. Proszę sobie wyobrazić, co zrobiłaby Pani na jej miejscu. Zakładam, że miałaby Pani wątpliwości etyczne i ostatecznie albo sama zrezygnowała, albo została wyrzucona. Tymczasem dla Pani następczyni byłby to czytelny sygnał, jak ma się zachowywać, jeśli chce robić karierę. Widziałaby, jakiego typu myślenie promuje się w tej organizacji, czy jest w niej miejsce na dywagacje etyczne, czy też rządzi ideologia wolnego rynku. To są naprawdę proste mechanizmy. Mało tego, sami wpadamy w pułapkę usprawiedliwiania podobnych sytuacji, mówiąc, że „to polityka, trzeba się pobrudzić”. Tyle że tu w ogóle nie chodzi o brudne czy czyste ręce ani o sumienie jakiegokolwiek urzędnika, ale o umierające z głodu dzieci i patrzących na to rodziców. Z Waszyngtonu tego oczywiście nie widać.
Dlaczego władze krajów globalnego Południa się na to godzą?
To może być np. jeden z warunków restrukturyzacji długu. Warto przy tym pamiętać, że długi zostały zaciągnięte przez byłe kolonie właśnie dlatego, że te kraje były koloniami. One nie pożyczały pieniędzy dlatego, że chciały przesiąść się z maluchów do mercedesów, ale w celu budowy nowych organizacji państwowych. Dzisiaj oddają po wielekroć więcej, w sensie finansowym, ale i gospodarczo-politycznym. Do tego dochodzi szereg dwustronnych umów handlowych, które zawierają klauzulę sądów arbitrażowych i jeszcze pogłębiają problemy.
Jak wygląda sieć tych umów?
Jest ponad 3 tys. umów bilateralnych, czyli łączących ze sobą dwa państwa. Nie wszystkie mają w sobie mechanizm arbitrażu, ale większość z nich tak. W 1994 r. podpisano pierwszą umowę wielostronną, która łączyła państwa tzw. wysokorozwinięte: Stany Zjednoczone i Kanadę oraz Meksyk (NAFTA). To był ten sam moment, w którym powstała WTO. Oba te pomysły – umowy negocjowane dwustronnie i porozumienia czy instytucje multiratelarne, do których państwa mogą przystępować – są oparte na prymacie prawa do zysku realizowanego poprzez zderegulowany rynek, także w wymiarze globalnym, czyli przez wolny handel międzynarodowy. Mówiąc inaczej: mamy w efekcie osłabianie możliwości wpływania na gospodarkę przez państwo. Ta idea dojrzewała już od czasów II wojny światowej, lecz przez pierwszych 50 lat dla klasy politycznej było oczywiste, że aby dźwignąć Europę i Stany ze zniszczeń powojennych, potrzeba interwencji publicznej – dzięki temu pokonały głód i biedę oraz zbudowały społeczeństwa nastawione na konsumpcję dowolnej ilości towarów, wychodząc gospodarczo na prostą.
Od lat 80. XX w. zaczęła jednak dominować nowa koncepcja, zgodnie z którą państwo już nie jest potrzebne, bo utrudnia życie przedsiębiorcom, a celem, do którego należy dążyć, jest globalny wolny rynek. Wyrazem tej idei był Konsensus waszyngtoński, a instytucjonalną reprezentacją stała się właśnie WTO, wyrosła na bazie wcześniejszego porozumienia GATT (General Agreement on Tariffs and Trade, Układ Ogólny w sprawie Taryf Celnych i Handlu). Od tego czasu zintensyfikowała się brutalna ekspansja wielkiego biznesu na peryferia, wspierana od samego początku przez polityki państw UE i Stanów. Od tej pory konflikt między wizją świata zawartą w prawach człowieka (a zwłaszcza Pakcie praw społecznych, kulturalnych i ekonomicznych) a ideologią wolnego rynku zaostrza się z roku na rok.
Kluczowe słowo to „handel”. Koncepcja stref wolnego handlu, czyli znoszenia ceł i barier pozataryfowych, jest istotą chociażby negocjowanej teraz głośnej TTIP (Transatlantic Trade and Investment Partnership, Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji).Wprowadzanie stref wolnego handlu, czyli deregulacja zasady importu, oznacza przede wszystkim zniesienie ceł, co sprawia, że państwa tracą nie tylko wpływy do budżetu, ale i ważne narzędzie tworzenia własnej polityki gospodarczej poprzez ochronę rodzimych producentów. Negowane są także inne metody wspierania lokalnej przedsiębiorczości czy rolnictwa. Przyjrzyjmy się sprawie Cargill przeciw Meksykowi. Kraj ten, po tym, jak stał się stroną umowy NAFTA, przegrał trzy sprawy w…