Zaczęło się od tego, że znikały krowy. Ze stada Ernsta zniknęło prawie 400. Wiedział, kto je kradnie, bo dostawał też listy z pogróżkami: „Wracaj do siebie, wynoś się stąd!”. W końcu sam zaczął myśleć o sprzedaniu ziemi, resztek stada i wyjechaniu gdzieś, może za granicę. „Ale wcale nie miałem ochoty wyjeżdżać. Nie ma drugiego tak pięknego miejsca na ziemi jak Paragwaj”. Postanowił zobaczyć, jak żyją ci, którzy go okradają. Wsiedli z żoną do pikapa i pojechali do sąsiedniej wioski – Cuatro Vientos, po hiszpańsku „cztery wiatry”. Słowo „sąsiednia” ma w Paragwaju nieco inne znaczenie niż w Europie. Cuatro Vientos leży 30 km od kolonii, pół godziny samochodem, pół dnia konnym wozem. Nie dojechali do wsi, bo dla niemal terenowego hiluxa przejezdna droga kończyła się kilkaset metrów przed pierwszym domem. Dalej poszli więc piechotą. Zobaczyli biedę, jakiej się nie spodziewali.
***
Kolonia mennonicka Volendam w departamencie San Pedro sąsiaduje z Cuatro Vientos i innymi latynoskimi wioskami od dziesięcioleci. Kiedy w latach 40. rząd postanowił zasiedlić lasy na lewym brzegu rzeki Paragwaj, pierwsi pojawili się paragwajscy chłopi – campesinos. Był rok 1944. Trzy lata później rzeką przypłynęli mennonici. Trudno więc mówić, że ktoś jest bardziej zasiedziały, choć menonici nigdy nie będą do końca „swoi” i nigdy nie będą pewni swojej ziemi. Nawet jeśli uprawiają ją od czterech pokoleń.
Stoimy na trawiastym nabrzeżu portu przeładunkowego Mbopi Cua. Przed nami spokojny nurt snującej się sennie rzeki Paragwaj. Norbert, inżynier z kolonii, nalewa lodowatej wody do wielkiego, zrobionego z bawolego rogu naczynia i podaje nam tereré – pitą na zimno yerba mate. To samo robią w ten upalny dzień miliony Paragwajczyków. Tyle że Norbert Weichselberger przypomina bardziej bawarskiego górala niż Latynosa, a jego dwulitrowy, obity skórą termos na lodowatą wodę ma wypalone wielkie logo Jägermeister. Podwójna tożsamość. Wzbogaca, ale i uwiera. A wielu – razi.
Kolonie
W styczniu 1947 r. z Rotterdamu, z postojem w Bremerhaven, odpłynął holenderski parowiec S/s Volendam. Na jego pokładzie było ponad 2 tys. menonickich uchodźców z Niemiec i ZSRR. Połowa z nich osiadła we wschodnim Paragwaju, i to właśnie na cześć parowej arki, która dała im nowe życie w Nowym Świecie, nazwali nową kolonię. Mennonici to wyznanie protestanckie, odłam anabaptyzmu. Paragwaj zaprosił ich w pierwszej połowie XX w., licząc, że ich legendarna pracowitość pomoże w rozwoju ubogiego, odciętego od morza i ciągle leczącego wojenne rany kraju. Mieli zasiedlić półpustynne Chaco, „zielone piekło”, gdzie trudno o wodę pitną, ale mimo to setkami kilometrów ciągną się niskie, gęste i cierniste lasy. Mieli też wyrwać dżungli ziemię na północnym wschodzie kraju, na lewym brzegu rzeki Paragwaj. Zaczynali od zera i choć marli jak muchy, w końcu pokonali i straszliwe Chaco, i prastary Las Atlantycki.
Kolonie mennonickie na Chaco – Filadelfia, Loma Plata i inne – to dziś nowoczesne miasta-państwa.
Do niedawna koloniści nie płacili rządowi podatków. Bo i za co mieli państwu paragwajskiemu płacić? Poza pozwoleniem na osiedlenie się, dziesiątki lat temu, rząd niewiele dla nich zrobił. Z Volendam po dziś dzień spławia się plony rzeką, najlepiej prosto do La Platy i argentyńskiego Buenos Aires, omijając stołeczne Asunción. Do dziś nie ma do Volendam asfaltowej szosy, ostatnie 50 km to czerwona ziemna droga – tierra colorada. Kiedy spadnie deszcz, drogi nie ma. Kiedy długo nie pada, nie da się jechać za jakimkolwiek samochodem, bo ceglasty pył ogranicza widoczność do zera. Nie, państwo nie rozpieszczało mennonitów. Żyli więc bez niego. I tę umiejętność przekazują sąsiadom, których rządzący także pozostawili samym sobie.
Sąsiedzi
Skręcając z szosy z Asunción do San Pedro na ziemną drogę, widzimy tylko pola. I płoty, a za nimi nieprzeliczone stada bydła (to, co kupujemy w sklepach jako „argentyńską wołowinę”, pasie się często w Paragwaju). Nieliczne domy, opuszczona placówka amerykańskiej agencji rozwojowej US AID, potem jeszcze kilkanaście kilometrów w pyle i wreszcie kolonia witająca nas dwujęzyczną hiszpańsko-niemiecką tablicą. Wjeżdżamy „ulicą” Waldesruh, mijamy Flughafen Strasse i stajemy pod pensjonatem Waldbrunner, jedynym w promieniu co najmniej 50 km. Gospodyni mierzy nas surowym wzrokiem. Codziennie, kiedy będziemy wstawać o świcie, żeby dotrzeć do wsi, zanim z nieba zacznie lać się żar, ona będzie już na nogach, podłoga będzie lśnić, śniadanie będzie czekało, a przy sąsiednim stole będą dopijać ostatnie łyki mocnej kawy idący do pracy w polu młodzi mężczyźni. Ich twarze i postaci są jednocześnie niespotykane i znajome. Przyglądają się nam, a my im, bo przypominają naszych młodych dziadków ze spłowiałych zdjęć. Gospodyni mówi mało, zaczyna po hiszpańsku, ale tylko po to, żeby zapytać, czy rozumiemy po niemiecku. Uśmiecha się jedynie późnym popołudniem, patrząc, jak chłopcy i ich ojcowie piją piwo po pracy na zadaszonym podwórzu. Zdaje nam się, że ktoś przed nami odgrywa niemieckość z Wilka stepowego, choć ten Gasthaus leży na 24. równoleżniku szerokości południowej.
Przez długi czas kolonia i wieś istniały obok siebie, nie kontaktując się ze sobą. Mennonici żyją w doskonale zorganizowanych wspólnotach, główną cnotą jest pracowitość. Mimo pokojowego nastawienia bogacący się na zaawansowanym rolnictwie (intensywna uprawa zbóż i soi) i hodowli bydła mennonici byli dla chłopów z Cuatro Vientos sąsiadami trudnym do przełknięcia. Dwa światy. Dzieliły je religia, kultura i język. Paragwajscy Latynosi, choć ich pokrewieństwo z pierwotnymi mieszkańcami paragwajskich lasów jest najczęściej bardzo odległe, na co dzień mówią zakorzenionym w indiańskich dialektach językiem guarani. Mennonici – dialektem niemieckiego. Jedni i drudzy zaś tylko w sytuacjach bardziej oficjalnych – po hiszpańsku. Na rodzinę w Volendam przypada średnio 100 ha ziemi – dziesięć razy tyle co w sąsiednich wsiach. Obsiane pola mennonitów raziły obok często leżącej odłogiem i podupadającej ziemi chłopów. Maszyny i bose nogi, samochody i konie, stada krów i kilka taplających się w przydomowym błocie świń. Kolonia Volendam ze swoją siatką prostopadłych, szerokich piaszczystych ulic, okazałym kościołem, supermarketem i przestronnymi, ukrytymi w cieniu drzew domami wygląda trochę jak podwarszawskie przedmieście – tyle że bez płotów. Domy we wsi to jedno-, dwuizbowe chatynki, czasem bez szyb w oknach. Plastikowe śmieci na podwórkach służyły jako zabawki dla dzieci i kur.
Mężczyźni z Cuatro Vientos jeździli do Argentyny. Praca fizyczna bez kwalifikacji przez kilka miesięcy w roku była w stanie utrzymać rodziny na powierzchni. Do czasu. Kryzys finansowy końca lat 90. w pierwszej kolejności uderzył w najmitów, licznych Paragwajczyków wykonujących w Argentynie prace, których miejscowi nie tykają. Dla wioski oznaczało to odcięcie ostatniej kroplówki.
Don Ernesto daje pieniądze bandytom
Głodni ludzie zaczęli kraść. sąsiadowi, który coś zasadził na polu; sąsiadce, której kura oddaliła się od obejścia. W pewnym momencie nikt nie chciał już nic sadzić – po co, skoro zaraz ukradną? Żeby włożyć coś do garnka, trzeba to było ukraść mennonitom. Granica między ziemią Cuatro Vientos a uprawami spółdzielni Volendam stała się linią konfliktu. Ernst Goerzen, ówczesny szef mennonickiej kooperatywy, ten, który stracił prawie całe bydło, szukał pomocy u władz. Rozmawiał z policją, z wojskiem, był nawet w ministerstwach, wreszcie u samego prezydenta. Nikt nic nie zrobił. Departament San Pedro to jeszcze nie pogranicze, ale za daleko od stolicy, by państwo mogło rzeczywiście zajmować się tak błahymi sprawami jak kradzież bydła.
Znajomy Ernsta z innej kolonii skarżył się, że w nocy na jego pole wjeżdżają półciężarówki i zabierają co się da. Wykopał więc fosę i zbudował wał. Ciężarówki złodziei już nie mogły przejechać. Kombajn właściciela też nie. „To było czyste szaleństwo – opowiada Ernst – tak nie można rozwiązać żadnego problemu. Ale bałem się, że jeśli będziemy pilnować pól z bronią, to w końcu komuś stanie się krzywda, ktoś zginie. Trzeba było do tego podejść inaczej”.
Pomysł na rozwiązanie konfliktu spadł z nieba – w szkole w Cuatro Vientos zawalił się dach. Dla wszystkich było jasne, że na państwową pomoc trzeba będzie poczekać kilka miesięcy, może rok. Kiedy Ernst przyszedł do wsi po raz drugi, tym razem z transportem używanych ubrań z kościelnej organizacji charytatywnej, grupa nauczycielek i matek zebrała się, by z nim porozmawiać. Powiedziały: „Daj nam 500 tys. guarani” – nie drobne, ale też nie majątek. Ernst już miał odpowiedzieć: „Ukradliście mi kilkaset sztuk bydła, a teraz przychodzicie do mnie z prośbą, kiedy ja już zdecydowałem sprzedać to wszystko?”. Ale wtedy do głowy przyszła mu myśl. Kiedy zobaczył, w jakich warunkach żyją sąsiedzi, zrozumiał, że kolonia nie może normalnie funkcjonować, gdy na jej obrzeżach ludzie nie mają środków na zaspokojenie najbardziej podstawowych potrzeb. Że dostatek Volendam nie może dalej istnieć obok nędzy Cuatro Vientos. Ale wychowany w surowym etosie ciężkiej pracy, wcale nie zamierzał dawać sąsiadom ryb ani nawet wędki. Chciał, żeby sami ją sobie zmontowali. Odpowiedział nauczycielkom, że nie zapłaci za budowę dachu. Ale kupi materiały i poprosi o pomoc kilku majstrów z kolonii, pod warunkiem że cała wieś zbierze się, by razem naprawić dach. Potem okazało się, że naprawa samego dachu w starej, rozpadającej się szkole to bezsens. Ernst i Komitet Kobiet (do dziś tak się nazywają) ustalili, że lepiej zbudować nowy, solidniejszy budynek. Kiedy Ernst przedstawił swój plan w kolonii Volendam, wielu krzyczało: „Goerzen zwariował, bandytom będzie pomagał!”. Spracowanym mężczyznom pijącym piwo w Waldbrunner i ich surowej gospodyni nie mieściło się to w głowie. W końcu jednak dali się przekonać. Od tego zaczyna się historia spółdzielni.
Jak przekonać męża
Historia Cuatro Vientos jest jak piękna bajka o pomocy rozwojowej. Nie tylko dlatego że ma happy end. Także dlatego że główną rolę grają w niej kobiety. Mieszkanki Cuatro Vientos wróciły do domów z nadzieją na odbudowę szkoły, ale i ze świadomością, że czekają je długie negocjacje. Sąsiedzi wzajemnie się okradali, pojęcie wspólnoty nie istniało. Tylko szkoła była miejscem, na którym powinno zależeć wszystkim, całe szczęście, to tam zawalił się dach. Mężczyźni nie chcieli ze sobą rozmawiać, trudno było zmusić ich do pomocy przy odbudowie. A Ernst był stanowczy: „albo wszyscy, albo nic”.
W związku z tym, że chodziło o przyszłość dzieci, kobietom i uczniom udało się jakoś wymóc stawienie się całej wsi w gotowości do pracy. Wspólny wysiłek odbudowywał zaufanie, pozwolił chłopom poznać sąsiadów z kolonii i vice versa. I dał wiarę, że wspólna praca ma sens. Kiedy Ernst powiedział, żeby następnego dnia rano wszyscy pojawili się z takimi narzędziami, jakie mają, by naprawiać drogę, o świcie wieś stawiła się w komplecie. W dwa dni z nieprzejezdnego bagniska zrobili szeroką drogę, po której dziś jeżdżą nie tylko wozy, motory i samochody (jest ich we wsi coraz więcej), ale też wielkie osiemnastokołowe TIR-y odbierające plony ze spółdzielni.
Zbudowali szkołę, zbudowali drogę. Co dalej? Ernst zaproponował coś, co sam znał najlepiej. Cooperativa Volendam to duża spółdzielnia produkcyjna, dzięki wspólnemu zarządzaniu mennonici mogą razem kupować maszyny, nawozy, ziarno, omijać pośredników, dostarczać plony wprost na rynek hurtowy. A Ernst był jej przewodniczącym. Na kolejnym zebraniu w Cuatro Vientos, na które tym razem Komitet Kobiet nie musiał nikogo ciągnąć za uszy, Ernst rzucił: „Za dziesięć lat będziecie mieli spółdzielnię”. „Vos sos loco, zwariowałeś!” – mówili mu. Ale zgodzili się spróbować.
Nie zakłada się spółdzielni z dnia na dzień. Najpierw potrzebne są zarejestrowane prawnie komitety rolników. Potem, z czasem, można zarejestrować prekooperatywę, dopiero na końcu, kiedy spełnia się wszystkie kryteria prawne, organizacyjne i księgowe – spółdzielnię. Przed Cuatro Vientos żadnej latynoskiej ani indiańskiej wiosce w Paragwaju nie udało się założyć spółdzielni, mieli je tylko koloniści: Niemcy, mennonici, Polacy, Brazylijczycy. Spółdzielnia to jednak nie cel sam w sobie. Ernst miał wizję całościowego programu rozwojowego, wyniesienia sąsiadów z Cuatro Vientos na inny poziom. Ustalili priorytety. Na pierwszym miejscu: uprawa ziemi, żeby wszyscy mieli cały czas co jeść. Podstawą jest uprawa manioku, fasoli i kukurydzy. Drugi punkt – zdrowie. Ernst: „Czy możecie sobie wyobrazić, że kiedy zacząłem do nich jeździć, w całej wsi prawie nikt nie był na nic szczepiony?”. Pytamy, jak jest teraz z ochroną zdrowia. Norbert, który jest w kolonii leśnikiem (ludzie we wsi nie mówią o nim inaczej niż ingeniero Norbert): „Oni nie mają czegoś takiego jak ubezpieczenie. Nie są zatrudnieni, są rolnikami. Od początku współpracy umówiliśmy się,…