Subskrybuj
Ekspert Centrum Studiów Polska–Azja i doktorant w Instytucie Religioznawstwa UJ. Autor bloga: wloczykij.org, na którym można znaleźć m.in. autostopowy przewodnik po świecie. Pasjonat Korei i języka koreańskiego.

Pod batutą Pjongjangu

Największą sztuczką Pjongjangu, ukrywającą prawdziwe cele Korei Północnej, okazuje się dżucze. Ta sztandarowa ideologia Kim Ir Sena została wykreowana przede wszystkim na potrzeby zewnętrznego świata i w samej Korei nigdy nie odgrywała wiodącej roli.

Kim Young-Hwan długo wyczekiwał spotkania ze swoim mistrzem, prezydentem Korei Północnej Kim Ir Senem. Republika Korei, gdzie mieszkał, przechodziła z rąk do rąk wojskowych despotów według niego płaszczących się przed amerykańskimi imperialistami, których armia od 1945 r. stacjonowała w kraju. Całe lata 80. poświęcił rewolucji i propagowaniu dżucze, filozofii stworzonej przez lidera Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej (KRLD), która podkreślała nieograniczone możliwości twórcze człowieka i miała być innowacyjnym rozwinięciem marksizmu. Wierzył, że po drugiej stronie granicy Koreańczycy żyją w kraju powszechnej równości i szczęśliwości. Za swoją działalność był bity, więziony i torturowany, co tylko umocniło w nim przekonanie o słuszności własnych poglądów. Jego poczynania nie umknęły uwadze Pjongjangu. Z pomocą północnokoreańskich agentów w 1991 r. został przetransportowany do stolicy Korei Północnej na prywatną audiencję z liderem kraju. Początkowe momenty ekscytacji w trakcie wielogodzinnych spotkań zaczęły ustępować rozczarowaniu. Pod koniec swojego pobytu był już pewny, że choć Kim Ir Sen jest elokwentnym mówcą, to nie ma pojęcia ani o marksizmie, ani o ideologii, którą rzekomo stworzył. Dziś Kim Young-hwan jest jednym z najgłośniejszych na Półwyspie Koreańskim przeciwników reżimu i musi się ukrywać, ponieważ kraj, który kiedyś kochał, pragnie jego śmierci. Jednak nie on pierwszy uległ zwodniczej retoryce Korei Północnej. Jak pokazuje historia, wielu uwierzyło w kłamstwa Pjongjangu.

 

Czarne Pantery kochają dżucze

Popularność ideologii Korei Północnej wśród rozczarowanych wojskową dyktaturą Koreańczyków z Południa nikogo nie zdziwi, ale z pewnością wielu będzie zaskoczonych jej sukcesem w innych rejonach świata. Myśl dżucze, choć nigdy nie dorównała sukcesem chińskiemu maoizmowi, na początku lat 70. przeżywała szczyt popularności. Efekt wzmocniła nowa, nastawiona na zewnętrzny świat polityka Pjongjangu, w której podkreślano sukces własnego systemu politycznego i zdobytą dzięki niemu niezależność. W 1975 r. Korea Północna dołączyła do Ruchu Państw Niezaangażowanych, organizacji założonej w 1961 r. w Belgradzie, której członkowie próbowali uniknąć uzależnienia się od mocarstw w okresie zimnej wojny. W przypadku funkcjonującej dzięki pomocy bloku wschodniego KRLD niezależność ta był fikcją, jednak służyła wizerunkowi kraju. Kim Ir Sen promował się jako lider Trzeciego Świata, który potrafił oprzeć się imperialistom, czyli Ameryce. Odniósł przy tym niemały sukces. Jego ideologia zdobyła popularność wśród ruchów antykolonialnych w Afryce, Ameryce Południowej, a nawet w Azji. Uwielbienie to przyjmowało czasem płomienne formy. Jak pisał pewien mauretański komunista: „Dżucze to może być koreańskie słowo, / Lecz jest ono na ustach mas całego świata! / Jak pochodnia rewolucji / Dżucze, dżucze, dżucze!”.

Internacjonalistyczna polityka przyniosła rezultaty w postaci zawiązania licznych dyplomatycznych relacji i ufundowania instytutów myśli dżucze. Radykalny wydźwięk ideologii zwrócił uwagę rebeliantów z całego świata. Korea Północna w latach 60. szkoliła bojowników w Czadzie, a na początku lat 70. Somalijczyków walczących z Etiopią o sporne terytoria. Zaangażowała się również w wojnę domową w Angoli (1975–2002), aby na jej kolejnych etapach udzielać wsparcia różnym stronom konfliktu. Chaotyczność tych działań najlepiej podsumował pewien algierski urzędnik, mówiąc, że praca z Koreańczykami przypominała rozmowę z Marsjanami. KRLD wspierała też i szkoliła przedstawicieli radykalnych ruchów ze Sri Lanki czy Meksyku[1].

Nic dziwnego, że chęć wzniecania ognia rewolucji w różnych częściach świata przyciągnęła uwagę Kuby, kraju równie małego co KRLD i podobnie zaangażowanego w antykolonialną walkę zbrojną. Che Guevara, którego osobistym marzeniem było przyoblec świat w czerwień, odwiedził KRLD aż dwukrotnie w 1960 r. Cel jego wizyt miał też przyziemny aspekt. Pełniąc w tym czasie funkcję ministra finansów, próbował sprzedać azjatyckim towarzyszom kubański cukier. Jako żywa ikona wojującego komunizmu nie krył zachwytu nad państwem Kima. Podczas wywiadu dla amerykańskiego radykała Isidora Feinsteina Stone’a miał powiedzieć, że spośród odwiedzonych krajów bloku wschodniego (a był praktycznie we wszystkich, łącznie z Polską) największe wrażenie zrobiła na nim właśnie Korea. Jej powstanie z gruzów wojny i odbudowa przemysłu były wręcz symboliczne i cieszyły go szczególnie w kontekście przeciwstawiania się USA[2].

Kimirsenowska myśl skradła też serca wielu zachodnim intelektualistom. Wraz ze wzrostem niechęci do przedłużającej się wojny w Wietnamie lewicowi studenci z USA zaczęli interesować się azjatyckimi obliczami komunizmu. Slogany z dżucze często pojawiały się obok cytatów z Czerwonej książeczki Mao Zedonga.

Korea Północna szczególnie intrygowała członków radykalnej Partii Czarnych Panter (PCP), której celem była walka o prawa czarnoskórych mieszkańców Ameryki. Eldridge Cleaver, pisarz i jeden z czołowych aktywistów PCP, po udziale w antyimperialistycznej konferencji dżucze w Pjongjangu zachwycony głosił, że KRLD jest „matką marksizmu i leninizmu naszej ery”[3]. Od tego czasu twórczość Kim Ir Sena stale publikowano na łamach „Czarnej Pantery”, głównej gazety organizacji. PCP było z pewnością najbardziej znaczącą organizacją, która inspiracji szukała w „stalinowskiej Szwajcarii” i której członkowie ponoć uczestniczyli w szkoleniach z miejskiej partyzantki w Korei. Nie byli jednak jedynymi zainteresowanymi. Na konferencje prasowe do Pjongjangu ściągali przedstawiciele zarówno amerykańskich organizacji pacyfistycznych (np. Peace Movement, Peace and Freedom Party), jak i radykalnie lewicowych (np. Movement for a Democratic Military). Nie brakowało też intelektualistów i dziennikarzy, którzy KRLD postrzegali jako sojusznika w walce z „faszystowskim systemem USA”. Niektórzy, jak Robert Sheer, wieloletni redaktor naczelny wydawanego w San Francisco radykalnego magazynu „Ramparts” i autor takich książek jak They Know Everything About You, jeszcze wiele lat po wizycie w KRLD w 1970 r. opowiadał o raju, jaki tam zobaczył.

 

Mistrzowie propagandy

Być może współczesny czytelnik zastanawia się, jak to możliwe, by ktoś naprawdę mógł tak bardzo ulec złudzeniom co do KRLD. Musimy pamiętać, że w tamtych czasach wciąż niewiele było wiadomo o państwie Kim Ir Sena. Zarówno głód z 1955 r., który nastąpił po nieudanej reformie rolnej i kolektywizacji, jak i istnienie obozów pracy niewolniczej były skutecznie ukrywane przez reżim. Dzięki szerokiej pomocy bloku sowieckiego kraj podniósł się z wyniszczającej wojny (1950–1953) dużo szybciej niż Południe i aż do II poł. lat 70. był od niego bogatszy. Nie zdając sobie sprawy, jak bardzo niewydolna i zależna od zewnętrznego wsparcia była gospodarka kraju, Joan Robinson, która odwiedziła Koreę w 1965 r., określiła ją jako „cud”. Według brytyjskiej ekonomistki za sukces odpowiadały przede wszystkim „dobrze przemyślana strategia gospodarcza oraz patriotyczny zapał i oddanie wyrażające entuzjazm dla ciężkiej pracy”[4]. W rzeczywistości w latach 60. centralnie planowana gospodarka była już dalece niewydolna, a siły robocze skrajnie wyczerpane kolejnymi działaniami mobilizacyjnymi. Podobnie jak w Chinach, w trakcie tragicznej w skutkach kampanii gospodarczej „Wielki skok naprzód” (1958–1962), nikt nie przyznawał się do błędu (w KRLD nie zrobiono tego do dziś). Statystyki masowo fałszowano, by następnie ogłaszać kolejne sukcesy.

Manipulowaniu opinią dziennikarzy, aktywistów i ekspertów sprzyjał skrupulatnie przygotowany do tego system. W KRLD, podobnie jak w innych krajach bloku sowieckiego, turystyka podlegała pełnej kontroli, choć jak zauważa historyk Andrei Lankow, Koreańczycy mogli się pochwalić wyjątkowo dokładnym nadzorem[5]. Na każdego odwiedzającego czekali wyszkoleni prze wodnicy (zazwyczaj dwóch), specjalne przygotowany program pokazujący największe osiągnięcia kraju (zmyślone i prawdziwe) oraz liczne pomniki Wielkiego Wodza. Mimo że aż do 1958 r. w KRLD stacjonowały wojska chińskie i kraj uzależniony był od sponsorów, w wewnętrznej narracji zupełnie pomijano zagraniczne wpływy. Kim Ir Sen miał być osobiście odpowiedzialny za zwycięstwo w wojnie koreańskiej oraz sukcesy ekonomiczne i polityczne kraju. Jak zanotował w swoim dzienniku Eldridge Cleaver: „KRLD jest piękna, czysta, uczciwa, darmowa i całkowicie rewolucyjna. (…) Sprzeczność między pozycją sowiecko-rewizjonistyczną a chińską doprowadziła do impasu [nieczytelne słowo] wprowadzającego zamęt w międzynarodowej proletariackiej rewolucji światowej. Ale w Trzecim Świecie zaczyna pojawiać się nowa, potężna siła – Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna pod dowództwem Towarzysza Kim Ir Sena”[6]. Był to dokładnie taki efekt, na jakim zależało północnokoreańskim aparatczykom.

Na Zachodzie lata 60. i 70. – z charakterystycznymi dla nich kontestacją, sprzeciwem wobec amerykańskiej interwencji w Wietnamie, wzrostem radykalnych ruchów lewicowych i alterglobalistycznych – sprzyjały Kimowi. Jak na ironię, do Pjongjangu na konferencje przyjeżdżali także skrajni pacyfiści głoszący potrzebę rozbrojenia nuklearnego świata. W tamtym czasie krytyka ze strony konserwatystów była skierowana przede wszystkim przeciw ZSRR i Chinom. Korea mogła być odpowiedzią na marzenie o utopii, przykładem państwa, w którym komunizm naprawdę działał. Innymi słowy, wiele osób nabierało się na północnokoreańską propagandę, bo chciało wierzyć w istnienie idealnego państwa równości, które jednocześnie było zaprzeczeniem wszystkiego, co związane z USA – podobne nadzieje wiązano wówczas z Kambodżą rządzoną przez Czerwonych Khmerów. Mit partyzanckiej walki Kim Ir Sena, czerwonego Robin Hooda, który dwukrotnie musiał oprzeć się kolonialnym zapędom mocarstw (Japonii i USA), również trafił na podatny grunt.

Korea Północna robiła wiele, by promować swoją wizję świata. W 1971 r. Pjongjang wybudował w samym sercu Manhattanu American-Korean Friendship and Information Center (sic!). Miejsce służyło jako drukarnia gazet i ulotek, w których atakowano politykę USA, oraz centrum wycieczek do Korei. Dzięki jego pracom opublikowano nawet angielski przekład dzieł Kim Ir Sena. Brian Reynolds Myers pisał: „obecność tych prac w księgarniach i bibliotekach miała stworzyć wrażenie, że ma się do czynienia z pewnego typu oryginalnym myślicielem, który był bardziej inteligentny i niezależny od swojego przeciwnika z Południa”[7].

Najbardziej zaskakującą formą siermiężnej propagandy było wykupywanie przez oficjeli z Pjongjangu całych stron w gazetach, takich jak „The New York Times”, „The Washington Post” czy „The Guardian”, w których publikowano teksty wychwalające lidera kraju. Koszt jednej strony wahał się od 3 tys. do 10 tys. USD, a proceder ten trwał aż do 1997 r.

Nie wszyscy przyjeżdżający oczywiście dawali się łapać w sidła Wielkiego Brata. Tariq Ali, lewicowy dziennikarz, był w KRLD dwukrotnie, a w swoich pamiętnikach nie szczędzi krytyki wszechobecnemu kultowi jednostki. Pierwszy raz Koreę odwiedził w 1970 r. na zaproszenie Towarzystwa Przyjaźni Pakistańsko-Koreańskiej. Będąc w Panmundżomie, de facto  granicy pomiędzy oboma krajami, zdecydował się przejąć megafon, za pomocą którego przedstawiano standardową w stylu propagandę, i wygłosić własną mowę obnażającą hipokryzję polityki USA. Okazała się ona na tyle skuteczna, że amerykański oficer rozkazał stacjonującym żołnierzom wracać do baraków. Później jednak, ku swojemu zaskoczeniu, usłyszał od koreańskiego oficjela: „Doceniamy twoje przemówienie w Panmundżomie, ale jest jedna rzecz, której nie rozumiesz w naszym kraju. Nie doceniasz towarzysza Kim Ir Sena i roli, jaką odegrał w wyzwoleniu i budowie naszego kraju”. Tariq pisał również, jak dwa lata później przyjechał do Pjongjangu na konferencję, która miała początkowo dotyczyć roli amerykańskiego imperializmu w Azji, jednak na miejscu zmieniła tytuł na: „Wpływ Towarzysza Kim Ir Sena na rozwój marksizmu i leninizmu”. Prelegentów, którzy odmawiali uczestnictwa, próbowano przekupywać sporymi sumami – z dużą skutecznością. Tego wszystkiego było już dla Tariqa za wiele, ale Koreańczycy zmusili go do pozostania na konferencji w roli słuchacza[8].

 

Świat pozorów

Jaki jednak był cel tych wszystkich działań? dlaczego państwo tak słabe ekonomicznie przeznaczało tyle pieniędzy na globalną propagandę? Wielu dziennikarzy, m.in. Paul Fisher, autor wydanej w Polsce książki Kim Dzong-il. Przemysł propagandy, przyczyny szukało w kompleksach rodziny Kimów. Są jednak też tacy, którzy wskazują, że działania Korei miały związek z konkretnym projektem politycznym. Historyk Balazs Szalontai utrzymuje, że Korea, angażując się w międzynarodową propagandę i wspieranie partyzantów, w przeciwieństwie do wierzącej w internacjonalizm Kuby, kierowała się czysto nacjonalistycznym interesem[9]. Potrzebne jej było światowe poparcie i uznanie Kim Ir Sena za jedynego prawowitego przywódcę półwyspu. Nigdy nie porzuciła planów zjednoczenia. Generałowie północnokoreańscy dobrze pamiętali, jak łatwo poszło im zdobywanie półwyspu, dopóki do gry nie włączył się Wuj Sam. Ponowne zbrojenie KRLD zaczęła praktycznie zaraz po nierozstrzygniętej wojnie, a od lat 60. można mówić o pełnej militaryzacji koreańskiego społeczeństwa. Dozbrajanie partyzantów Trzeciego Świata miało osłabić USA na tyle, by musiało wycofać wojska z Korei. Było też okazją do sprawdzenia skuteczności wywiadu i broni. Z największym optymizmem Pjongjang obserwował zwiększającą się niechęć amerykańskiego społeczeństwa do wojny w Wietnamie oraz utratę przez proamerykański Tajwan głosu na forum ONZ na rzecz Chińskiej Republiki Ludowej w 1971 r. Kim Ir Sen wierzył, że Korea Południowa w wyniku alienacji na arenie międzynarodowej zgodzi się na zjednoczenie na warunkach Północy. Gdyby to nie poskutkowało, gotowy był dać w odpowiednim momencie rozkaz do wymarszu[10].

Największą sztuczką Pjongjangu, ukrywającą prawdziwe cele Korei Północnej, okazuje się dżucze. Wspomniany już Myers, autor książki

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Mapy objaśniają mi świat