Biskup Tadeusz Pieronek słynął z ciętego języka. I z braku dyplomacji w wyrażaniu poglądów. Jego oceny bywały ostre – i to zarówno wtedy, gdy wypowiadał się o swoich ideowych przeciwnikach, jak i wówczas, gdy zabierał głos na temat Kościoła, z którym się w pełni (!) utożsamiał. Bo Pieronek Kościół kochał mądrze: kiedy to uważał za konieczne i słuszne, odważnie go bronił, kiedy zaś dostrzegał w nim problem, nie nabierał wody w usta, ale stawał w świetle kamer i mówił – bez owijania w bawełnę i „bez znieczulenia”. Na przykład o tym, że „episkopat jest zaczadzony PiS-em”. I nie chodziło tu o uprawianie polityki, co często zarzucali mu krytycy, ale o wierność soborowej zasadzie autonomii i niezależności Kościoła i państwa.
Duże wrażenie robił na mnie jego – polskiego biskupa, przejętego nauczaniem papieża Franciszka (i, co jeszcze ważniejsze, rozumiejącego Ewangelię) – antyklerykalizm. Niezgoda na styl bycia wielu księży (oraz biskupów), którzy „nazywają się kapłanami, ale nimi nie są. (…) Zmieniają swoje posłannictwo w urząd, (…) nadużywają władzy”. W rozmowie zamieszczonej w książce Szymona J. Wróbla Ojciec, czyli o Pieronku powiedział: „Trzeba bić na alarm: [bo] biskupstwa to w Polsce dwory, a dwór i służba to fałszywa wizja Kościoła”. Zdanie to brzmi dzisiaj, zwłaszcza po emisji Kleru, dość banalnie, jednak – proszę mi wierzyć – w sytuacji, w której wypowiada je członek polskiego episkopatu, banałem nie jest.
Pieronek mówił to, co myślał. I słono za to płacił (co i rusz wylewała się na niego fala hejtu, a i biskupom w czasie obrad Konferencji Episkopatu Polski zdarzyło się wytupać jego referat poświęcony Unii Europejskiej).
Był tak wyrazisty w swoich poglądach i działaniach, że jego współbracia w biskupstwie nie wybrali go ponownie na stanowisko sekretarza generalnego KEP (był nim w latach 1993–1998), choć potem już nikt nie pełnił tej funkcji tak dobrze jak on. Z drugiej strony zdarzało mu się popełniać błędy i wygłaszać zdecydowane sądy, choć nie miał racji…. Był świetnym kanonistą, profesorem nauk prawnych,…