Subskrybuj
Dr, politolog i latynoamerykanistka, adiunkt w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego, laureatka fellowship Fundacji Kościuszkowskiej i stypendium MNiSW dla młodych wybitnych naukowców, w 2016 r. odznaczona Medalem 200-lecia UW

Pakt z diabłem, czyli rzecz o „Operacji Kondor”

W 1992 r. na jednym z paragwajskich posterunków znaleziono dokumenty dotyczące „Operacji Kondor”, nazwane później „archiwami terroru”. Wyłaniają się z nich listy 50 tys. zamordowanych, 30 tys. zaginionych i 400 tys. aresztowanych, jednak mówi się, że ofiar mogło być znacznie więcej.

Kiedy przed wyborami prezydenckimi w Chile w 1970 r. sondaże zdecydowanie wskazywały jako lidera kandydata socjalistów Salvadora Allende, Henry Kissinger, doradca ds. bezpieczeństwa ówczesnego prezydenta USA Richarda Nixona, powiedział: „Nie rozumiem, dlaczego mielibyśmy stać z boku i przyglądać się, jak kraj staje się komunistyczny przez nieodpowiedzialność jego obywateli. Sprawa jest dalece zbyt istotna, by pozwolić chilijskim wyborcom decydować o sobie”. Uważnych obserwatorów zimnowojennej sceny politycznej w Ameryce Łacińskiej nie dziwiło zatem, że po wygranych przez Allendego wyborach Waszyngton podejmował kolejne kroki w celu destabilizacji chilijskiej gospodarki, licząc, że w ten sposób doprowadzi prezydenta do ustąpienia z urzędu. Minęły jednak trzy lata, a jedynym efektem izolowania Chile było jego szybsze zbliżanie się do Kuby i bloku socjalistycznego. Wówczas Amerykanie postanowili zmienić strategię, wspierając przeprowadzony we wrześniu 1973 r. pucz wojskowy pod dowództwem gen. Augusto Pinocheta. W ciągu tygodnia od zamachu stanu kraj zmienił się nie do poznania. Parlament rozwiązano, ze zbombardowanego pałacu prezydenckiego zostały ruiny, walki pochłonęły życie kilkunastu tysięcy cywili, a ponad 100 tys. kolejnych zostało aresztowanych i osadzonych w tworzonych naprędce licznych obozach koncentracyjnych. Nawet największym sceptykom nie śniło się jednak wówczas, że wszystkie te wydarzenia miały stanowić jedynie preludium do najmroczniejszej karty w historii całego regionu.

Pinochet, Bóg i DINA

Zaledwie dwa miesiące po puczu Pinochet powołał Narodową Dyrekcję Wywiadu (Dirección Nacional de Inteligencia, DINA), której głównym zadaniem były wykrywanie i likwidacja lewicowej opozycji w kraju. O sile tej organizacji najlepiej świadczą słowa jednego z informatorów amerykańskiego Departamentu Obrony, który napisał w raporcie, że w Chile w tamtym czasie były trzy źródła władzy: „Pinochet, Bóg i DINA”. Brutalne metody stosowane przez wywiad szybko okazały się bardzo skuteczne w kraju, jednakże wciąż problematyczne było ściganie wywrotowców, którym udało się zbiec za granicę. Junta wojskowa uważała, że nawet poza państwem są oni niezwykle niebezpieczni, jako że nie tylko mogą kontaktować się z sojusznikami przebywającymi w Chile, ale też organizować zewnętrzne wsparcie. Powoli rodził się zatem plan regionalnej współpracy, która pozwoliłaby na wymianę informacji i aresztowanie wrogów rządu, gdziekolwiek ci by się schronili.

W listopadzie 1975 r. w Santiago de Chile odbyło się spotkanie przywódców tajnych policji krajów Ameryki Płd., w czasie którego nawiązano współpracę pod kryptonimem „Operacja Kondor”. Oficjalnym jej celem było wyeliminowanie zagrożenia komunistycznego w regionie. W praktyce jednak stworzono system represji, który objął swoim działaniem ruchy opozycyjne wobec pozostających u władzy dyktatorów. W operację w różnym stopniu zaangażowane były niemal wszystkie państwa kontynentu. Najbardziej aktywnie działały: Argentyna, Boliwia, Brazylia, Chile, Paragwaj i Urugwaj, ale wywiadowczo kraje te wspierane były także przez Kolumbię, Peru, USA i Wenezuelę, a według niektórych źródeł również Ekwador. Całość operacji podzielono na kilka poziomów. Faza I polegała na współpracy wywiadowczej i wymianie informacji między CIA i tajnymi służbami w krajach latynoamerykańskich. Faza II dotyczyła współpracy transgranicznej, obejmującej aresztowania i transfer więźniów między krajami. Pozwalała skutecznie lokalizować podejrzanych po ich ucieczce z kraju, a następnie osadzać ich w tajnych więzieniach. Często członków jednej grupy wywożono do różnych państw, by uniemożliwić im współpracę przy ucieczce. Faza III była najbardziej brutalna, ponieważ obejmowała fizyczną likwidację podejrzanych. Na początku dotyczyło to osób znanych opinii publicznej bądź na tyle wpływowych i z rozległymi kontaktami, że mogły zagrozić stabilności dyktatur. Z czasem jednak dokonywano zabójstw i egzekucji niezależnie od pozycji więźniów.

Tworzone w ramach „Operacji Kondor” szwadrony śmierci z reguły najpierw torturowały zatrzymanych, a następnie mordowały ich w sposób, który uniemożliwiał znalezienie czy rozpoznanie ciał.

Tak wydłużała się lista zaginionych (hiszp. desaparecidos), którzy nigdy nie mieli zostać odnalezieni.

Efektywna współpraca była możliwa dzięki hojnemu wsparciu ze strony CIA, która wyposażyła tajne policje w nieoznakowane samochody czy niezarejestrowane samoloty, a także w najbardziej zaawansowane technologicznie komputery i systemy łączności. To sprawiło, że służby bezpieczeństwa miały możliwość przechowywania tysięcy zdjęć, mikrofilmów, raportów, portretów psychologicznych, a nawet danych rodzin, przyjaciół i współpracowników osób podejrzewanych o działalność opozycyjną. Co więcej, mogły także niemal natychmiast przekazywać sobie zebrane informacje i koordynować wspólne akcje. Najważniejszymi punktami na mapie „Operacji Kondor” były Chile i Panama. Ten pierwszy kraj z uwagi na fakt, że nad całością działań czuwała DINA (przemianowana w 1977 r. na Narodowe Centrum Informacji) i to właśnie ona była też łącznikiem między CIA a pozostałymi tajnymi służbami w państwach latynoamerykańskich. W Panamie natomiast mieściła się centrala systemu komunikacji oraz tzw. Szkoła Ameryk – instytucja powołana przez Pentagon, mająca w założeniu kształcić latynoamerykańskie armie w najnowszych technikach militarnych, a w praktyce szkoląca wojskowych dowódców w procedurach tortur i przeprowadzania zamachów stanu. Stałym elementem programu zajęć stała się nauka użycia elektrowstrząsów, narkotyków, hipnozy, zadawania bólu, a także sposobów popełniania morderstw, zastraszania zatrzymanych i ich bliskich czy też manipulacji, propagandy i dezinformacji. Wszystko to było konieczne nie tylko do skutecznego likwidowania opozycji, ale też do fabrykowania dowodów i przekonywania opinii publicznej, że zbrodnie „Operacji Kondor” popełnione zostały przez lewicowych działaczy.

Kolejnym kluczowym państwem w antykomunistycznym sojuszu była Argentyna. W czasie spotkania w Santiago prezydentem kraju była Isabel Perón, trzecia żona legendarnego Juana Domingo. Przejęła władzę w kraju niespodziewanie po śmierci męża w bardzo trudnym momencie kryzysu gospodarczego i wewnętrznych napięć. Niestety, nie tylko nie udało jej się załagodzić sporów, ale wręcz przeciwnie, za jej prezydentury sytuacja jeszcze się zaogniła. Na ulicach regularnie dochodziło do starć między lewicowymi ugrupowaniami a wspieraną przez rząd antykomunistyczną organizacją terrorystyczną zwaną Triple A, czego nie dało się zatuszować mimo cenzury nałożonej na media. Pogłębiający się chaos zaczął przerastać panią prezydent, która coraz częściej przebywała na urlopie lub leczeniu, a we wrześniu 1975 r. przekazała swoje uprawnienia przewodniczącemu senatu. Spekulowano, że przechodziła załamanie nerwowe, jednak nie dała się przekonać do ustąpienia z urzędu. Jeszcze w grudniu tego samego roku podjęto pierwszą próbę odsunięcia jej od władzy na drodze puczu, lecz udało się to dopiero w marcu 1976 r. Przejęcie sterów w państwie przez juntę wojskową wpłynęło na nasilenie represji i coraz większe zaangażowanie Argentyny w „Operację Kondor”. Choć Triple A straciło na znaczeniu, wkrótce powołano inną organizację, wzorowany na DINA Batalion 601. Podobnie jak to miało miejsce w Chile, także w Argentynie powstawały coraz to nowe tajne więzienia, w których przetrzymywano, torturowano i mordowano osoby podejrzane o działalność wywrotową. W 1978 r. podczas mundialu w Argentynie radosne śpiewy kibiców z całego piłkarskiego świata zagłuszały krzyki ofiar dochodzące z położonych kilka przecznic od stadionów nielegalnych centrów zatrzymań.

Redefinicja okrucieństwa

W 1992 r. na jednym z paragwajskich posterunków znaleziono dokumenty dotyczące „Operacji Kondor”, nazwane później „archiwami terroru”. Wyłaniają się z nich listy 50 tys. zamordowanych, 30 tys. zaginionych i 400 tys. aresztowanych, jednak mówi się, że ofiar obozów koncentracyjnych mogło być znacznie więcej. Choć obozy koncentracyjne po raz pierwszy pojawiły się na Kubie za sprawą Hiszpanów, to w Polsce łączone są głównie z II wojną światową. W przypadku „Operacji Kondor” to skojarzenie wydaje się trafne, jako że zarówno Argentyńczycy, jak i Chilijczycy inspirowali się III Rzeszą. Powołane później komisje prawdy ujawniły, że więźniowie mieli nadawane numery, strażnicy chętnie nazywali sami siebie „gestapo”, a w Argentynie szerzył się także antysemityzm, przez co Żydów traktowano w tajnych centrach zatrzymań wyjątkowo brutalnie. Jak wspomniano, jednym z istotnych elementów operacji były tortury, które miały na celu wymuszenie zeznań na zatrzymanych i podanie nazwisk ich współpracowników. „Kondor” stworzył wręcz cały katalog wymyślnych sposobów na zadawanie bólu. Na przykład „grill” oznaczał rażenie prądem leżącego na metalowym łóżku podejrzanego, poprzez elektrody przypięte do klatki piersiowej, języka, a nawet genitaliów. Z kolei „łódź podwodna” była metodą podtapiania ofiar w wodzie, ściekach lub benzynie. Oprócz tego częstymi technikami były: duszenie poprzez założenie na głowę worka foliowego, głodzenie, wyrywanie paznokci, okaleczanie, przypalanie czy zmuszanie do oglądania tortur lub egzekucji innych. Dodatkowo więźniowie niemal przez cały czas nosili na głowie „capuchę”, rodzaj worka przymocowanego taśmą do szyi, który utrudniał oddychanie, widzenie i słyszenie. Mimo często podkreślanego przez władze przywiązania do religii katolickiej system represji nie oszczędzał także księży. Jeśli chodzi o kler, to niemal od zawsze był on w Ameryce Łacińskiej podzielony na dwa bloki. Z jednej strony stali hierarchowie kościelni, konserwatywni, opowiadający się w czasach kolonialnych po stronie Korony, która gwarantowała im przywileje. Zgodnie z tą tradycją także w czasach dyktatur wyższe duchowieństwo w większości współpracowało z wojskowymi, nawet donosząc na innych księży i pośrednicząc w nielegalnych adopcjach dzieci osób prześladowanych przez reżim, a następnie tłumacząc represje zrozpaczonym rodzinom jako karę za ich grzechy. Z drugiej strony stali prowincjonalni księża, którzy niegdyś heroicznie walczyli o niepodległość kolonii, a w czasach zimnej wojny i nasilonych represji otwarcie sprzeciwiali się dyktaturom, prześladowaniom i rosnącemu terrorowi, ukrywając poszukiwanych i nierzadko narażając własne życie. Niektórzy w imię sprawiedliwości społecznej przyłączali się nawet do partyzantek lewicowych, inni walczyli słowem, ale większość z nich za krytykę władz i tak dostawała łatkę „teologów wyzwolenia”, co równało się ze sklasyfikowaniem ich jako marksistów i wywrotowców, którzy musieli zostać wyeliminowani. Watykan w żaden sposób nie stawał w ich obronie, wręcz przeciwnie, oddelegowany przez papieża Jana Pawła II do zbadania sprawy Joseph Ratzinger utwierdził Stolicę Apostolską w przekonaniu, że niższy kler w Ameryce Łacińskiej przeszedł na stronę lewicy i chwycił za broń, łamiąc wszelkie zasady nauki Kościoła. W efekcie przy biernej postawie Watykanu w czasie działań „Operacji Kondor” zaginęły setki księży,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Harari. Czy możemy mu zaufać?