W maju 2014 r. Greg Lukianoff, prawnik, specjalista od pierwszej poprawki do konstytucji (gwarantującej wolność osobistą i wolność słowa), i Jonathan Haidt, psycholog badający różnice w zachowaniach grup społecznych, spotkali się na lunchu, by przedyskutować dręczącą ich obu kwestię. Dlaczego, pytali, coraz częściej na amerykańskich uniwersytetach, zasada, która tkwiła u ich źródeł – wolność słowa – obraca się w swoje przeciwieństwo? Dlaczego studenci nie chcą konfrontować się z odmiennymi poglądami i nie tylko cenzurują wystąpienia osób, których wypowiedzi mogłyby im się nie spodobać, ale uważają wprost, że poglądy innych nie pozwalają im normalnie funkcjonować w życiu? Lukianoff i Haidt doszli do wniosku, że winą należy obarczyć „moralną matrycę”, która zaczęła dominować na wyższych uczelniach, a której istota polega na tym, co psychologia behawioralna nazywa „zniekształceniem poznawczym” (cognitive distortion). Chodzi o to – mówiąc najprościej – by utrzymywać studentów w przekonaniu o ich własnej nieprzystawalności do rzeczywistości i redukowaniu zawczasu wszystkich bodźców, które mogłyby w jakikolwiek sposób „utrudnić” im życie. Według naszych badaczy wiele uniwersytetów amerykańskich uczy skrzywionego myślenia, przyczyniając się do ogromnego spotęgowania już istniejących zachowań depresyjnych i lękowych. Tezę tę zawarli w artykule pt. Arguing Towards Misery: How Campuses Teach Cognitive Distortion (z grubsza: Argumenty prowadzące do nieszczęścia: jak uniwersytety uczą poznawczych zniekształceń) i wysłali do „The Atlantic”, gdzie zmyślny redaktor zmienił tytuł artykułu na The Coddling of the American Mind. Dla wszystkich czytelników aluzja była bardzo czytelna, choć pewnie nie wszyscy pojęli, że fraza o rozpieszczaniu amerykańskiego umysłu odnosiła się do bestsellera sprzed niemal dwóch dekad nie tylko poprzez tytuł.
Elitarne marzenia
W 1987 r. bliżej nieznany szerszej publiczności profesor University of Chicago Allan Bloom opublikował książkę, którą uznano za jeden z głośniejszych wystrzałów armatnich w amerykańskiej wojnie kulturowej, od zarania republiki toczącej się w zmiennym tempie, głównie na wschodnim i zachodnim wybrzeżu. Tytuł oryginalny – The Closing of the American Mind (Zamykanie amerykańskiego umysłu ) – miał w sobie ukryty paradoks, gdyż Bloomowi chodziło o to, że amerykańscy studenci zamykają swoje umysły, zanadto się otwierając na niewspółmierne ze sobą wartości.
Książka Blooma to elementarz konserwatywnego i nostalgicznego elitaryzmu. Ameryka upada, bo nie ma już nadrzędnych zasad intelektualnych, opartych na tradycji i wielkich dziełach zachodniej – białej i męskiej – tradycji, a uniwersytet utracił swoje przywileje wieży z kości słoniowej, która skutecznie odpierałaby napór zbyt szybko zmieniającej się rzeczywistości.
Wszystkiemu winien relatywizm kulturowy: gdy przyznajemy wszystkim rację, racji nie ma nikt. Gdy uznajemy wszystkie wartości na równi, wpadamy w otchłanie względności i sami podcinamy gałąź, na której siedzimy. Dlatego trzeba uznać, że istnieje sfera wydzielona z rzeczywistości – uniwersytet – gdzie starannie wyselekcjonowani kandydaci oddają się kontemplacji idei, odwracając się z pogardą od hałasu codzienności. Bloom w jednym z wywiadów posunął się tak daleko w swej elitarnej gorączce, że zaczął dowodzić, iż występuje w imieniu grup nieuprzywilejowanych. Okazało się, że tą grupą nieuprzywilejowaną byli zdolni młodzi chłopcy, którym odmawia się przywileju odcięcia od świata i spędzenia kilku lat wyzwalających (chodzi bowiem o edukację liberalną) od kłopotów zwyczajnej egzystencji. Czarni? Och, z nimi to tylko kłopot, bo są tak koszmarnie nieprzygotowani do studiów, akcja afirmatywna pozwala im wejść na kampus, co daje fatalne rezultaty, bo gdzież im do tych najzdolniejszych, którzy edukację otrzymali dzięki szczodrości bogatych rodziców. Kobiety? Powinny się cieszyć, że w ogóle studiują, bo przecież ich naturalnym powołaniem jest życie rodzinne. Jak dla każdego konserwatysty, tak i dla Blooma prawo naturalne, które dyktuje człowiekowi swe reguły poprzez stulecia (tym samym wykazując wyjątkową odporność na historyczne perturbacje), było ostatecznym argumentem w walce idei.
Platon i onaniści
W Państwie Platona, które Bloom przetłumaczył i opatrzył komentarzami, Sokrates dokonuje w księdze IV podziału duszy na trzy starannie oddzielone od siebie warstwy mające odpowiadać podziałowi społecznemu. Na samym dole ludzie oddają się zaspokajaniu licznych pragnień: to ci, którzy dobrze czują się, robiąc interesy, a ich pożądanie (epithymia) odpowiada pożądliwej, najpośledniejszej, części duszy. Nad jej posłuszeństwem częściom doskonalszym czuwa thymos, który to termin różnie się wykłada: jest to albo duch, albo gniew (jak rozumiał to Peter Sloterdijk), albo potrzeba uznania (jak chce Francis Fukuyama), słowem, część, która reaguje na niesprawiedliwość i szuka zadośćuczynienia. Dzierżycielami thymos w państwie greckim są strażnicy ładu wewnętrznego i zewnętrznego, w duszy zaś władza trzymająca na smyczy sferę pożądań. I wreszcie na samym szczycie duszy i społeczeństwa znajdują się mędrcy, którzy wiedzą co i jak i którzy rozważają w spokoju, co jest dobre, a co złe, co prawdziwe, a co fałszywe. To, rzecz jasna, intelekt (logismos), który z góry spogląda na pozostałe części duszy, podobnie jak ustawodawcy mówią wszystkim kmiotkom, na czym życie społeczne polega.
Bloom w sposób ukryty odwołuje się do tej gradacji, by uzasadnić status quo, które na jego oczach się rozpada. Niezmienny podział społeczny, w którym nie tylko nie ma żadnych przejść między grupami społecznymi, ale w którym jedna grupa społeczna – niewolnicy – nie ma żadnych praw obywatelskich, odpowiada radykalnemu separatyzmowi intelektualnemu, wspartemu na ukrytej aksjologii. Kto umiłował wieczne prawdy, ten jest lepszy od tego, kogo zajmuje praca w pocie czoła. Kto czyta w zacisznym gabinecie na 55 Ulicy w Chicago klasyków, ten wie o życiu więcej niż samotna kobieta wychowująca czworo dzieci albo czarny chłopak, który – w sąsiadującym o miedzę getcie – nie może znaleźć zatrudnienia, bo ciąży nad nim odsiadka za posiadanie niewielkiej ilości narkotyków i z musu przystaje do gangu. Zresztą sami oni sobie winni, bo przecież bogactwa zachodniej kultury stoją przed wszystkimi otwarte na oścież, wystarczy tylko sięgnąć ręką. Ale nikt nie chce tego zrobić, bo nikogo już nie interesuje czytanie Szekspira ani słuchanie Mozarta i nastolatkowie w słuchawkach na uszach jedynie podrygują w rytm muzyki rockowej jak oszalali onaniści. Jak brzmi słynne, cytowane przez Alfreda Kazina zdanie Saula Bellowa, kolegi Blooma z chicagowskiego kampusu, który zachęcał profesora do rozwinięcia w książkę tez artykułu opublikowanego w 1982 r. w „National Review”, „Kto jest Tołstojem Zulusów? Proustem Papuasów?” Nie ma takich, prawda? Wojna i pokój jest dziełem wyrażającym ludzką naturę, skoro więc prymitywne plemiona jej nie wyprodukowały, jasne jest, że z ludzką naturą u nich krucho.
Wyzwolenie na wsi
Marzenie o tym, by uniwersytet był intelektualną enklawą w świecie zaprzątniętym zaspokajaniem elementarnych potrzeb, tkwi u podstaw tego, co nazywa się w Ameryce liberal education. Oczywisty jest kłopot z tłumaczeniem tego określenia. Przekład na „edukację liberalną” nie ma żadnego sensu, gdyż słowo liberal odnosi się do starej europejskiej tradycji artes liberales, czyli sztuk wyzwolonych. Wyzwolonych od czego? Od trudu rąk, od nierozumowego wysiłku istnienia, ale także od wszelkich kłopotów, jakie życie współczesne ze sobą niesie. W tradycji amerykańskiego szkolnictwa liberal education jest częścią wyższego wykształcenia i każdy uniwersytet, który dzieli się na colleges, ma coś w rodzaju College of Liberal Arts, najczęściej pożeniony z Sciences. Ale poza uniwersytetami – prywatnymi i publicznymi – charakterystyczną cechą amerykańskiego szkolnictwa wyższego są tzw. Liberal Arts Colleges, których jest ok. 500: rozsiane po całej Ameryce niewielkie, bardzo wypielęgnowane, bogate kampusy, w których edukacja kończy się na licencjacie (B.A). Oberlin w Ohio, Williams w Massachussetts, Pomona w Kalifornii, Middlebury w Vermont, Carleton w Minnesocie, Colgate w Nowym Jorku to tylko parę z kilku setek ekskluzywnych, przytulnych szkół, w których uczy się 1–2 tys. studentów, a czesne waha się między 50 i 60 tys. $ rocznie, czyli więcej niż na Harvardzie czy Princeton. Studiują tam dzieci z bogatych rodzin, które nie chcą iść na bardziej znany, prywatny uniwersytet (Ivy League czy University of California), bo albo nie chcą robić magisterki, albo się nie dostaną, albo uważają, że milej i bezpieczniej jest spędzić czas gdzieś na pięknej wsi, w atmosferze wolnej od stresu i kompetencji, na dodatek celebrując z powodzeniem swoją nieograniczoną indywidualność. Moi wschodnioeuropejscy studenci, którzy dostają pracę na takich uczelniach, są z reguły zszokowani: przeskok od poważnego studiowania do bardzo rozluźnionych wymogów kompetencyjnych jest trudny. Nie ma wątpliwości, że działa tu rynkowa zasada „klient nasz pan”: chodzi generalnie o to, żeby zbiegły się cztery niezwykle istotne marzenia: (1) studiowania na elitarnej uczelni, która (2) nie będzie zanadto wymagająca i (3) uchroni dziecko od szaleńczego biegu szczurów, a jednocześnie (4) pozwoli swobodnie rozwinąć się wszystkim posiadanym i nieposiadanym talentom. Za takie efekty stawka minimum 50 tys. $ nie wydaje się wygórowana, choć oczywiście nie w oczach tych, u których suma ta przewyższa roczny dochód na rodzinę.
Kupa kasy
W Ameryce jest ponad 5 tys. szkół wyższych, nadających jakiś rodzaj dyplomów, od szkół kosmetycznych do najlepszych uniwersytetów na świecie. Prywatnych i publicznych jest tyle samo, ok. 1600 w każdej kategorii. Lokalne colleges (community colleges, county colleges) dają wykształcenie podstawowe przez dwa lata, college daje wykształcenie na poziomie licencjatu (undergraduate), uniwersytet przedłuża studia dzięki tzw. graduate studies, czyli studiom magisterskim i doktoranckim. Oczywiście szkoła wyższa szkole wyższej nierówna i dlatego studenci bacznie obserwują wszystkie możliwe rankingi, szukając swoich uczelni, blisko domu albo daleko, ze świetnymi profesorami albo interesującym programem. Ale o wyborze decydują ostatecznie pieniądze. Jeśli czesne w maleńkim elitarnym college’u wynosi 50 tys. $, to do tego trzeba doliczyć tzw. wikt i opierunek plus podręczniki (ok. 20 tys. dodatkowo), co daje 70 tys. rocznie. Średni dochód na rodzinę w Stanach wynosi ok. 60 tys. $. Lecz dochody klasy średniej definiuje się od 2/3 tej sumy do jej dwukrotności, czyli od 40 do 120 tys. $ rocznie. Nawet przy maksimum tej sumy wysłanie dziecka do Oberlin, Pomony albo Williams nie wchodzi w rachubę, co oznacza, że najbardziej elitarne studia (wysokie czesne plus mała liczba studentów) przekraczają możliwości finansowe większości Amerykanów. Tylko 8,5% gospodarstw ma dochód większy niż 200 tys. rocznie, a to jest poziom, na którym dziecko (ale tylko jedno) wysyła się do najlepszych szkół. By skutecznie zadbać o kariery większej liczby dzieci, rodzina musi zarabiać znacznie powyżej 300 tys. rocznie. I tu zaczyna się uprzywilejowanie, którego nie mają dzieci z biednych rodzin, niezależnie od koloru skóry. 40% amerykańskich rodzin nie zarabia więcej niż 50 tys. rocznie. W 2018 r. próg ubóstwa dla czteroosobowej rodziny wyznaczono na 25 tys. $. I tu zaczyna się różnicowanie rasowe. Wśród dzieci żyjących w ubóstwie jest 50% czarnych i 15% białych. Od 300 tys. w górę kolor twojej skóry w Ameryce nie ma żadnego znaczenia. O ile oczywiście nie przechadzasz się po ulicy przy
większego miasta, ale przy takiej sumie większości Amerykanom to nie grozi. Nie grozi to również ich dzieciom wysłanym do najlepszych uczelni.
Cena edukacjiŻeby jeszcze dokładniej wyjaśnić, w czym rzecz, kilka słów trzeba powiedzieć o zasadach rekrutacji na amerykańskie uczelnie. Niezależnie od tego, czy uniwersytet jest prywatny czy publiczny (finansowany…