Subskrybuj
Adiunkt w Instytucie Slawistyki Zachodniej i Południowej, kierownik Pracowni Obszaru Postjugosłowiańskiego (http://prop.uw.edu.pl/). Zajmuje się badaniem historii społecznej i kultury Chorwacji, Bośni i Bałkanów, a także kwestią procesów modernizacyjnych na obszarze habsburskim

Wielki powrót. Zwrot ku centrolewicy w Chorwacji?

W zwycięstwie Zorana Milanovicia w chorwackich wyborach prezydenckich widzieć można symptom odwrotu społeczeństw europejskich od prawicy. Jego poprzedniczka była rzeczniczką koncepcji Międzymorza, chętnie spotykała się z Andrzejem Dudą oraz Viktorem Orbánem. Milanović stawia zaś na silną wspólnotę europejską.

Jeszcze rok temu trudno było przewidywać, że Zoran Milanović z sukcesem wróci do polityki. Po wyborach z listopada 2015 r., przegranych przez koalicję centrolewicową, dotychczasowy premier Chorwacji i szef Partii Socjaldemokratycznej (Socijaldemokratska partija – SDP) utracił oba stanowiska i wycofał się z aktywnej polityki. Nawet wśród zwolenników lewicy i centrolewicy opinie na jego temat były podzielone. Zarzucano mu m.in. gwałtowny i zbyt bezpośredni sposób komunikacji oraz nadmierną pewność siebie. Jak to zwykle bywa, na byłego premiera spadła też odpowiedzialność za kryzys gospodarczy, który w znacznym stopniu dotknął Chorwację po 2012 r. Milanović wycofał się z polityki krajowej, angażując się w prywatny biznes, włączył się też w misje międzynarodowe, pełniąc m.in. funkcję doradcy premiera Albanii.

Punkt wyjścia kampanii prezydenckiej Milanovicia nie był łatwy, skoro odszedł on w poczuciu porażki i przez pewien czas nie uczestniczył w życiu publicznym. W potocznej opinii urzędująca prezydentka Kolinda Grabar-Kitarović miała zapewnioną reelekcję. Sprzyjały jej nie tyle własne osiągnięcia, ile raczej brak wyrazistej postaci po stronie opozycji. To analogiczny przypadek jak tegoroczne wybory prezydenckie w Polsce, gdy mimo wyraźnej polaryzacji elektoratu strona opozycyjna nie zdołała wyłonić jednego bezspornego kandydata (bądź kandydatki). Żadna z osób uczestniczących aktywnie w polityce i rozpoznawalnych przez szersze kręgi wyborców nie potrafiła zdobyć mocnego poparcia, a wiadomo też, że urzędująca głowa państwa zwykle ma lepszą pozycję startową. Ponadto początkowo Grabar-Kitarović cieszyła się pełnym poparciem prawej sceny politycznej, zwłaszcza tej zorientowanej nacjonalistycznie. Była prezydentka powoływała się wielokrotnie na Franja Tudjmana, pierwszego prezydenta suwerennej Chorwacji (1990–1999), kreując się na dziedziczkę i kontynuatorkę jego dzieła. Po latach centrolewicowej prezydentury Stjepana Mesicia (2000–2010) i Iva Josipovicia (2010–2015) zadziałało to jak pozytywne wzmocnienie dla nacjonalistycznej prawicy. Franjo Tudjman uznawany jest bowiem za głównego architekta chorwackiej niepodległości i obrońcę niezależności, który nie tylko wyprowadził kraj z Jugosławii, ale też przyczynił się do zwycięstwa w wojnie za ojczyznę w 1995 r. Tudjman budził ogromne kontrowersje ze względu na autorytarne zapędy i fatalną politykę wobec Bośni i Hercegowiny.

Czas jednak robi swoje i pozytywna legenda pierwszego prezydenta dominuje dziś w społecznej świadomości, a jego mocną pozycję symboliczną trudno jest podważyć.

Cztery powody zwycięstwa
Dlaczego więc Zoran Milanović wygrał wybory (druga tura odbyła się 5 stycznia tego roku) i 19 lutego mógł objąć urząd prezydenta? Po pierwsze, uzyskał poparcie Partii Socjaldemokratycznej i dzięki temu miał zdecydowanie najmocniejszą pozycję na lewej stronie sceny politycznej. Wprawdzie zarysowały się też inne kandydatury o mocniej akcentowanej tożsamości lewicowej, zwłaszcza jeśli chodzi o kwestie światopoglądowe, jednakże kandydaci i kandydatki z tej opcji uzyskali jedynie niewielkie wsparcie elektoratu.

Po drugie, kampania Kolindy Grabar-Kitarović została fatalnie przeprowadzona. Jak sądzi większość analityków chorwackich, sztab wyborczy nie odnalazł się w sytuacji i zbytnio zaufał pozycji wyjściowej kandydatki. Kampania była nijaka, brakowało wyrazistych haseł i programu zdolnych poruszyć starych i przyciągnąć nowych wyborców. Najważniejszym wątkiem wystąpień Grabar-Kitarović była gra na nucie nacjonalistycznej.

Po trzecie, sama prezydentka popełniła mnóstwo gaf. Zaufanie do niej systematycznie spadało, w miarę jak coraz bardziej wychodziły na jaw jej niekompetencja i brak profesjonalizmu. Szeroko komentowano wystąpienie, w którym Grabar-Kitarović stwierdziła, jakoby przyjechała z dziećmi do zniszczonego przez wojnę Vukovaru zaraz po wyzwoleniu miasta, podczas gdy urodziła dzieci dopiero kilka lat później… Była to może najpoważniejsza wpadka, ale nie jedyna. Podważyły one wizerunek głównej kandydatki do fotela prezydenckiego.

Po czwarte, o głosy prawicowego elektoratu rywalizował z nią inny kandydat Miroslav Škoro. W polityce pojawił się on znienacka; wcześniej był znany jako piosenkarz i producent muzyczny, kilkuletni szef chorwackiej wytwórni nagrań Croatia Records i człowiek mediów. Tworzył swój wizerunek jako kandydat spoza establishmentu, nieobarczony odpowiedzialnością za afery, kryzys gospodarczy czy deficyt budżetowy. Wysokie wyniki w sondażach przedwyborczych spowodowały, że wielu analityków widziało w nim kolejne wcielenie człowieka z zewnątrz, czarnego konia wyborów prezydenckich, który ma szansę na zaskakujące zwycięstwo, podobnie jak Wołodymyr Zełenski na Ukrainie. I rzeczywiście, w pierwszej turze Škoro uzyskał trzeci wynik z niewielką stratą do Grabar-Kitarović. Rozkład głosów na dwie kandydatury odzwierciedlał pełzający rozłam postaw i oczekiwań w łonie rządzącej centroprawicowej Chorwackiej Wspólnoty Demokratycznej (Hrvatska demokratska zajednica – HDZ). Škoro uzyskał poparcie skrajniejszej opcji nacjonalistycznej, odwołując się do konserwatywnej wizji tożsamościowej. Z bardziej wyrazistych wypowiedzi można przypomnieć uzasadnienie niekryminalizowania użycia sloganu „Za dom – spremni!” (Gotowi dla ojczyzny!). Był to slogan używany przez zbrodniczą, skrajnie szowinistyczną organizację ustaszów, rządzącą w latach 1941–1945 w Chorwacji przy wsparciu III Rzeszy. Dzisiaj odwołanie się do niego bywa odbierane jako akt rewizjonizmu i akceptacja polityki ustaszowskiej, natomiast stanowisko Škoro oznaczało próbę wprowadzenia tej tradycji do przestrzeni publicznej. Uderzając w tę strunę, odciągnął część wyborców od starającej się o reelekcję prezydentki. Ostatecznie nie wszedł on do drugiej tury, jednakże rozbicie prawicowego elektoratu należy uznać za kolejny ważny czynnik zwycięstwa Milanovicia.

Skąd się bierze siła lewicy?
Sukces wyborczy centrolewicowego kandydata trzeba rozpatrywać też w szerszym kontekście. Sytuacja społeczno-polityczna w Chorwacji często bywa porównywana do polskiej: w obu przypadkach mamy do czynienia z postsocjalistycznym społeczeństwem z dominującą pozycją Kościoła katolickiego, wyraźną narracją nacjonalistyczną w polityce historycznej oraz dyskursie publicznym; w obu przypadkach znaczna część elit politycznych legitymizuje niezależność opierając się na negacji byłego reżimu i zerwaniu z przeszłością. Rzeczywiście Kościół jako instytucja zyskał mocną pozycję w kraju, choć nie aż tak dominującą jak w Polsce; od lat 90. prawicowa władza forsowała dyskurs narodowy, nawiązujący do ekskluzywistycznej wizji tożsamości chorwackiej, skierowany przede wszystkim przeciwko Serbom. Starano się „oczyścić” kulturę chorwacką z wpływów serbskich, co szczególnie uwidaczniało się w języku. Wprowadzono nowy kalendarz świąt państwowych, oparty na idei upamiętniania odzyskanej niepodległości. W debacie społecznej zaczęto poruszać tematy przemilczane czy źle widziane w okresie Jugosławii, a polityka historyczna, podobnie jak w Polsce, stała się jednym z ważniejszych mechanizmów legitymizacji władzy. W latach 90. dochodziło do prób rehabilitacji faszystowskiego reżimu z lat II wojny światowej, zbudowanego na skrajnie szowinistycznym nacjonalizmie połączonym z supremacją katolicyzmu. Jednakże w krajach postjugosłowiańskich, w tym także w Chorwacji, dziedzictwo Jugosławii ma wciąż stabilną pozycję.

SDP, do której przynależał nowy prezydent, to partia postkomunistyczna; wywodzi się z rozwiązanego w 1990 r. Związku Komunistów Jugosławii. Od lat 90. jest drugą, obok HDZ, siłą polityczną w Chorwacji; obie partie rywalizują o pierwszeństwo na scenie politycznej i w zasadzie naprzemiennie zyskują kontrolę w parlamencie oraz formują samodzielne bądź koalicyjne rządy. SDP nigdy nie utraciła poparcia społecznego, tak jak to się stało z SLD w Polsce. Mimo niemal całkowitej dominacji ekipy Franja Tudjmana i  jego stronnictwa to właśnie socjaldemokraci zdołali uzyskać najważniejszy głos w ruchu opozycyjnym w 2000 r., a rok później przejąć władzę i doprowadzić do demokratyzacji sceny politycznej. W niepodległej Chorwacji SDP stanowi przeciwwagę dla narracji centroprawicowej, równoważąc jej wpływy w społeczeństwie.

Z czego to wynika? Socjaldemokracja ma zupełnie inną pozycję w Chorwacji niż w Polsce.

W naszym kraju dominująca narracja przedstawia PRL najczęściej w negatywnym świetle. Co więcej, wskutek zawłaszczenia przez PZPR także dziedzictwo ruchu socjaldemokratycznego zostało skompromitowane; nie trzeba przypominać, jak trudno dzisiejszej lewicy odbudowywać społeczne poparcie. Tymczasem na obszarze byłej Jugosławii tradycje socjalistyczne i socjaldemokratyczne mają mocną pozycję.

Można to zauważyć zarówno w dyskursie politologicznym czy działalności aktywistów, jak też w wymiarze nieugruntowanych teoretycznie postaw tzw. zwykłych obywateli. Wiele osób wciąż ma za sobą doświadczenie życia w Jugosławii, pamiętając o pozytywnych aspektach ówczesnego ustroju. Co więcej, niepodległość Chorwacji wiązała się z wojną, obniżeniem poziomu życia, skonfliktowaniem wewnętrznym i zewnętrznym; a wreszcie polityka Tudjmana doprowadziła do izolacji Chorwacji oraz zamrożenia procesu akcesyjnego: Chorwacja stała się członkiem Unii Europejskiej dopiero w 2013 r., podczas gdy sąsiednia Słowenia już…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Ostatni tacy papieże