Czy nie byłoby dobrze uznać w roku na przykład 1800 teologię za zamkniętą i zabronić teologom czynienia nowych odkryć?
Georg Christoph Lichtenberg
Ta książka wydaje się aktem odwagi. Autor, były dominikanin, przeszedł długą drogę od członkostwa w katolickim zgromadzeniu zakonnym do „zaprzestania (…) wszelkich praktyk religijnych” i dziś otwarcie określa się mianem „człowieka niewierzącego” (s. 6). Wyrwanie się z objęć zakonu, zbudowanie sobie nowej, świeckiej egzystencji budzi najwyższy szacunek i podziw. Ale ta jego „niewiara” wydaje się zjawiskiem dość niejednoznacznym. Piotr Augustyniak porzucił co prawda swój zakon i Kościół, ale nie porzucił swojego Jezusa, a choć wzywa zuchwale, by tego Jezusa odebrać „konfesyjnej doktrynie, religijnemu rytuałowi, kościelnej nowomowie, patriarchalnej, opresyjnej zwierzchności, walczącej o polityczne wpływy” (s. 10), to przecież uważny czytelnik szybko dostrzeże za tym zuchwalstwem swoistą grę pozorów.
Nowy arcymit
Bo choć Augustyniak nie ma wiele dobrego do powiedzenia o Kościele, w którym, jak słusznie zauważa, panuje „wymóg skostniałego posłuszeństwa i feudalnego poddaństwa względem doktryny i instytucji” (s. 132), to przecież wciąż jest „robotnikiem w winnicy” biskupów i strażnikiem ich owczarni. Heretyckie „odkrycia” teologów to na ogół apologetyka „uprawiana innymi środkami” – nawet w osławionej „demitologizacji” Rudolfa Bultmanna Ernst Bloch trafnie rozpoznał próbę utrwalenia chrześcijańskiego „arcymitu”, którym była opowieść o upadku i zbawieniu człowieka.
Taki „arcymit” kreuje również Piotr Augustyniak. Jego Jezus „Niechrystus” nie jest już co prawda Bogiem Zbawcą, ale choć „zdemitologizowany”, nadal nie mieści się całkiem w ramach doczesnej historii, choć oczywiście Augustyniakowi przymiotnik „nadprzyrodzony” przez gardło by już nie przeszedł. Woli określenia strawniejsze dla współczesnych i dekretuje: „Niesamowitość jego postaci (…) czują przecież i wierzący, i niewierzący” (s. 46, podkr. T.Z.). Jezus jest bowiem teraz „galilejskim mędrcem” (s. 23), który głosi nadejście Królestwa Bożego, co ma być wezwaniem do wewnętrznej przemiany człowieka, Wielkim Psychoterapeutą, który wyzwala nas z naszych lęków i prowadzi już nie do „zbawienia”, lecz do „spełnienia”. Do tego Psychoterapeutą jedynym w swoim rodzaju. Niby autor się zastrzega, że nie patrzy na niego i nie słucha go „jak kogoś największego i jedynego”, lecz jako „jednego z wielu… no dobrze, może nie wielu, ale jednego z tych nielicznych, tych kilku, może kilkunastu, których uznać należy za inspirujących” (s. 34), gdzieś tam niby migają od czasu do czasu ci inni, jakiś Budda chociażby, ale to raczej „drugi sort”. Między „nauką Jezusa i Buddy” jest wszak różnica, i to oczywiście „różnica na korzyść tego pierwszego” (s. 43). Bo Jezus „jest kwintesencją człowieka” (s. 91).
###banner###
Ten nowy „arcymit” ma tę zaletę, że przynajmniej z pozoru jest bardziej odporny na krytykę racjonalistyczną niż tradycyjny – praktycznie już nie do obrony.
Jezus Augustyniaka nie zmartwychwstał bowiem po śmierci, „jak oznajmia Pismo”, ale to nie znaczy przecież, że nie zmartwychwstał wcale: zmartwychwstał już „za życia”, to znaczy gruntownie przebudował swoją osobowość i do tego zachęca swoich uczniów i naśladowców. Przyjmując taką interpretację, nadal można więc wierzyć w jakieś „Zmartwychwstanie” bez konieczności dowodzenia z mozołem, że zmartwychwstania bogów antycznych to mity, Zmartwychwstanie chrześcijańskiego Jezusa zaś to fakt zaistniały w naszej realnej czasoprzestrzeni. Równie pomysłowo uciekał przed krytyką racjonalistyczną Karl Rahner, wykazując niezbicie, że Zmartwychwstanie miało charakter nie „historyczny”, lecz „nadhistoryczny”. A podobnej operacji dokonała później także Uta Ranke-Heinemann w Nie i Amen, dowodząc, że Jezus „zmartwychwstał” już w chwili swej męczeńskiej śmierci.
Zmartwychwstanie za życia „Jezusa Niechrystusa” oznacza „porzucenie własnego »ja«, puszczenie się w wir Życia, zdanie się i przyzwolenie na to, co ono w sobie niesie. Tego właśnie doświadczył Jezus” – Piotr Augustyniak wydaje się bardzo dobrze poinformowany o świecie wewnętrznych doznań swojego bohatera – i „tego nauczał” (s. 24): „Celem jest – powtórzę raz jeszcze – wyjście z siebie i towarzysząca temu ekstatyczna radość, pokonanie fiksacji na sobie i zatroskania, które w przypowieści charakteryzują sługę zakopującego swoją minę w ziemi” (s. 54). I tak przez 188 stron, nie licząc spisu treści i wtrętów autobiograficznych w rodzaju: „Moje dojrzewanie nie było łatwe. Niepokój wciąż mnie dopadał” (s. 129). Jest też trochę o podróżach; krótko mówiąc, Piotr Augustyniak chciałby powtórzyć sukces Emmanuela Carrère’a i jego frapującego Królestwa. Ale nie bardzo mu to wychodzi.
Lektura Jezusa Niechrystusa to lektura niewiarygodnie wprost nużąca, a to przez trudną do zniesienia egzaltację stylu Augustyniaka („moment, w którym mogę wreszcie spojrzeć na Jezusa i odpowiedzieć na jego spojrzenie” [s. 34]). Stylu do złudzenia przypominającego poetykę dominikańskich guru produkujących się na YouTubie.
Do kogo ta mowa?
Augustyniak się spóźnił. O jakieś 250 lat. Już XVIII-wieczni niemieccy teologowie protestanccy, zwani „neologami”, odkryli, że ewangeliczne opowieści o cudach i demonach to jedynie „lokalne” zanieczyszczenie moralnego przesłania Jezusa. Heinrich Heine w Z dziejów religii i filozofii w Niemczechtak podsumowywał te ich „odkrycia”, a podsumowanie to jak ulał pasuje i do dzieła Augustyniaka: „Chciano zgotować jej [religii chrześcijańskiej] nową młodość, a postępowano przy tym tak mniej więcej jak Medea odmładzająca króla Ajzona. Najpierw zatem otworzono jej żyły i powoli wytoczono z niej całą krew zabobonu, a mówiąc mniej obrazowo: podjęto próbę usunięcia z chrześcijaństwa wszelkiej treści historycznej i pozostawienia w nim jedynie jego warstwy moralistycznej. (…) Chrystus przestał…