Informacje o systemie „residential schools”, czyli szkół z internatem, do których przymusowo zabierano dzieci rdzennych mieszkańców Kanady, trafiły do szerszej publiczności w Polsce dopiero w 2019 r. dzięki wydanej przez Dowody na Istnienie książce Joanny Gierak-Onoszko 27 śmierci Toby’ego Obeda oraz emisji trzeciego sezonu popularnego serialu Ania, nie Anna (Anne with an E) wyprodukowanego przez Netflix. Do świadomości wielu osób dotarł zarówno fakt istnienia systemu wykorzeniania kulturowego rdzennych mieszkańców Kanady, jak i wiedza o aktach straszliwej przemocy względem dzieci zamkniętych w szkołach rezydencjalnych. Gierak-Onoszko wskazała także na świadectwa ogromnego żniwa śmierci w prowadzonych najczęściej przez Kościół katolicki lub anglikański szkołach: czy to w wyniku chorób, czy niedożywienia, ale również na skutek aktów przemocy, samobójstw, nieudanych ucieczek dzieci.
Zaginione dzieci
Nieoznaczone i nieudokumentowane miejsca pochówku na terenie dawnych szkół rezydencjalnych odnaleziono najpierw w Kamloops (215 miejsc pochówku), a w kolejnych tygodniach w Brandon (104), Marieval (751), Cranbrook (182). Tyle na dziś. Miejsc pochówku nie odkryto przypadkiem. Tk’emlúps te Secwépemc, czyli jeden z Pierwszych Narodów Kanady, próbował odnaleźć ciała dzieci ze szkoły rezydencjalnej w Kamloops już od 20 lat. „Na pewno będzie ich więcej” – te słowa padają zarówno z ust ocaleńców (survivors), jak i przedstawicieli Pierwszych Narodów oraz ekspertów w niemal każdym materiale na ten temat.
Poszukiwań nie zleca ani rząd Kanady, ani Kościoły, których przedstawiciele prowadzili szkoły, w których umarły tysiące dzieci. Właśnie przedstawiciele Pierwszych Narodów, dzięki wsparciu z grantów w ramach programu Pathway to Healing oraz ufundowanemu georadarowi, poszukują swoich zmarłych. Ciał tych, o których mówili ocaleńcy, wspominający kolegów, którzy nagle zostali zabrani nocą (niestety po to, by ich gwałcić) i nigdy więcej ich nie widziano, albo pogrzeby – w których uczestniczyli jako ministranci – owiniętych w materiał zwłok nieznanych dzieci (o tych przypadkach mówi Barry Kennedy w podkaście „The Guardian”). Ocaleńcy opowiadają o tym, że pracowali przy kopaniu grobów, oraz wspominają ogrom śmierci w szkołach. Tylko część zgonów była zgłaszana, jeszcze mniej było przypadków oddawania ciał rodzinom. Archiwa częściowo milczą, częściowo je utajniano, ujawnienia reszty rdzenni mieszkańcy Kanady domagają się nadal m.in. od Kościoła katolickiego.

Przez półtora stulecia istnienia systemu szkół rezydencjalnych w Kanadzie (1831–1996) trafiło do nich około 150 tys. dzieci. Kiedy badająca sprawę szkół Komisja Prawdy i Pojednania zakończyła prace w 2015 r., szacowała liczbę śmierci na ok. 4 tys. Dzisiaj mówi się już o 15 tys. A to tylko ofiary z czasu pobytu w szkole. Liczni absolwenci już po opuszczeniu placówek stawali się ofiarami przemocy lub sami dokonywali takich aktów. Wielu popadało w alkoholizm i inne uzależnienia, niektórzy odebrali sobie życie. Nawet te dzieci, których nie dotknęły akty przemocy seksualnej i fizycznej, zostały przymusowo oddzielone od rodzin i społeczności, były karane za używanie języka ojczystego, oddzielane od rodzeństw, mieszkały w złych warunkach, przymusowo wykorzeniane ze swojej kultury – co już jest silnie traumatyzujące.
Świadectwa ocaleńców wskazały ponad 5300 postaci sprawców, którzy mieli dopuszczać się przemocy seksualnej na dzieciach znajdujących się pod ich opieką. Pod wpływem działalności szkół, zarówno tej planowej, jak i tych, które należy określić jako przestępcze wśród personelu placówek, rozpadały się rodziny, zanikały więzi z własnym ludem, a cała społeczność cierpiała z powodu traum przechodzących z pokolenia na pokolenie.
To wszystko Komisja nazwała „kulturowym ludobójstwem”. Dzisiaj coraz częściej mówi się, że określenie „kulturowe” jest niepotrzebnym dodatkiem, a Kanada dopuściła się rękoma wychowawców, nauczycieli i opiekunów i opiekunek (głównie związanych z Kościołami, zwłaszcza katolickim) ludobójstwa na rdzennej ludności zajmowanych terenów.
Zmarli przemówili
W polskich dyskusjach na temat niedawnych wieści z Kanady napotykam na pytania o to, czy to prawda i kto jest winny. Czasem są zadawane wprost, częściej można je wywnioskować z opinii. Opinii zależnych często nie od wiedzy o historii Kanady, ale od tego, jaką narrację o świecie chcemy dla siebie zachować. Komentatorzy, z większą lub mniejszą dbałością o precyzyjne opowiedzenie faktów, wykazują często silne wychylenie: albo jednoznacznie potępiając chrześcijaństwo czy Kościół katolicki, albo na różne sposoby wskazując, że odpowiedzialność Kościołów jest znacznie mniejsza, niż mówią ci pierwsi.
Toczą się dyskusje o odpowiedzialności Kościoła lub państwa, a także o tym, że przecież kolonializm, Imperium Brytyjskie, oświecenie, nowoczesność… i – jak powtarza się w książce Gierak-Onoszko – „ta-kie-by-ły-cza-sy”. Niestety często ci, których krzywda dotknęła bezpośrednio, zostają pominięci w dyskursie. Podobne zjawisko opisałam w tekście „Porażka w ujawnianiu. O przepraszaniu za Rydzyka” na łamach magazynu „Kontakt”. Na uważne wysłuchanie i stworzenie przestrzeni żałoby już nie starcza w takich komentarzach miejsca. Owszem, prawdopodobieństwo, że rdzenni mieszkańcy Kanady przeczytają polskie komentarze albo obejrzą polskojęzyczne vlogi na ten temat, jest nikłe. Jednakże czytają i oglądają to osoby, które doznały różnych form przemocy tu, w Polsce: w Kościele i poza Kościołem, w placówkach oświatowych i szpitalach, w domach rodzinnych. To, jak rozmawia się o zbrodniach na dzieciach, o systemowej przemocy, o odpowiedzialności za krzywdy, ma ogromne znaczenie i dla ofiar, i dla społeczeństwa jako całości. Obywatele Kanady mierzą się z tematem „szkół rezydencjalnych” oraz innych krzywd rdzennych mieszkańców zamieszkiwanych przez nich ziem (jak np. powszechne w latach 1960–1990 odbieranie dzieci Pierwszych Narodów do adopcji) znacznie dłużej niż zszokowani Polacy. W uproszczeniu proces ten można streścić następująco: brak zainteresowania, brak miejsca na opowieści ocaleńców, niedowierzanie im, sprowadzanie sprawy do pojedynczych incydentów, długie zmagania o uznanie systemowego zła, przypisywanie odpowiedzialności innym lub rozmywanie jej, powolne dojrzewanie do przeprosin ze strony rządu, przyznawanie symbolicznych kwot odszkodowań przy retraumatyzujących procesach, chowanie dokumentów, niemal zupełny brak skazanych za zbrodnie, powolne przeprosiny ze strony niektórych organizacji religijnych przy szczególnej opieszałości Kościoła katolickiego… Zależnie od tego, jakie media i jakie wiadomości w nich się czyta, jak chce się rozumieć…