Subskrybuj
Iranistka, absolwentka Wydziału Orientalistycznego i Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW. Stała współpracowniczka „Kultury Liberalnej”, komentatorka ds. bliskowschodnich.

Ostatni Żyd w Afganistanie

W wiek XX afgańska społeczność żydowska wkroczyła, licząc sobie imponujące 50 tys. członków. Zaledwie cztery dekady później liczba ta zmniejszyła się ponad stukrotnie. Dziś w całym kraju mieszka tylko jeden Żyd. Postanowiłam go odwiedzić.

Kabulska dzielnica Szahr-e Nau to jedna z niewielu części tego miasta, o której można powiedzieć, że tętni życiem. Młodzi Afgańczycy przesiadują w modnych kawiarniach, jakich nie powstydziłyby się europejskie stolice, uliczni sprzedawcy wystawiają na chodnikach swoje kramiki, gdzieniegdzie w parkach bawią się dzieci. Znajduje się tam też dom, w którym mieszka Zablon Simontow – ostatni przedstawiciel mniejszości żydowskiej w Afganistanie. Budynek jest jednocześnie jedyną działającą w Afganistanie synagogą. Miejscowi nazywają ją mesdżed-e jehudi – „żydowskim meczetem”. Wciśnięta między niewielkie sklepiki, mieści się przy słynnej Flower Street czy – jak mówią starsi mieszkańcy Kabulu – Gulforuszi, ulicy sprzedawców kwiatów, jednej z głównych dróg handlowych w centralnej części miasta. Została zbudowana w 1966 r. przez niewielką już grupkę afgańskich Żydów, która żyła wówczas w Kabulu.

Historia Żydów pod Hindukuszem jest zaskakująca i pełna skrajności. Choć trudno to sobie dziś wyobrazić, były czasy, kiedy do historycznej krainy Chorasanu uciekali wyznawcy judaizmu z całej Azji Centralnej i Bliskiego Wschodu, znajdując tam bezpieczne schronienie i możliwość swobodnego praktykowania swojej religii. Czarne karty żydowskiej historii w Afganistanie są jednak gęsto zapisane wzmiankami o antysemickich praktykach, ograniczaniu praw żydowskich współobywateli i pogromach, które skłoniły do emigracji prawie wszystkich – poza Simontowem.

Jego odnalezienie nie jest trudne – wystarczy zapytać któregoś z okolicznych sprzedawców o drogę. „Wszyscy go tutaj znają” – uśmiecha się jeden z nich, wskazując na pomarańczowy budynek obok niewielkiego supermarketu. Niebieskie drzwi z falistej blachy zdobią metalowe gwiazdy Dawida. Do środka wpuszcza nas ok. siedmioletni chłopiec. Choć jak wiele afgańskich dzieci powinien być teraz w szkole, pracuje, dorabiając do skromnego domowego budżetu. Przez całą naszą rozmowę będzie siedział obok i przysłuchiwał się, łuskając ziarenka ryżu.

Zablon Simontow większość czasu spędza w niewielkim, skromnie umeblowanym pokoiku na piętrze, gdzie wchodzimy przez ciemną, zrujnowaną klatkę schodową. Na ścianach pomieszczenia widzę żydowskie kalendarze – Simontow, choć jest w swoich praktykach osamotniony, deklaruje, że celebruje wszystkie święta. „Przed rozmową muszę się pomodlić” – oznajmia. Z regału zdejmuje nieco przykurzoną jarmułkę, zakłada także tefilin – tradycyjne żydowskie akcesorium modlitewne w formie dwóch skórzanych pudełeczek, koniecznie wykonanych z jednego kawałka skóry koszernego zwierzęcia. Na ramiona zarzuca tałes – prostokątną chustę w granatowe pasy, jaką mężczyźni noszą podczas modlitw w dni powszednie. Słowa modlitwy odmawia po persku, w harawi, jego pochodzącym z Heratu dialekcie. „Nie znam hebrajskiego – tłumaczy później. – Dlaczego miałbym mówić w tym języku? Przecież pochodzę stąd, z Afganistanu. To jest moja ojczyzna”.

Nigdy nie lubiłam przyglądać się ludziom w trakcie modlitwy. W wykonaniu Simontowa ten akt wydaje się jednak raczej starannie wyreżyserowanym performance’em odgrywanym na potrzeby gościa z zagranicy niż intymną chwilą dialogu z Bogiem.

Uczucie to potęguje fakt, że bezpośrednio po modlitwie Zablon upewnia się, czy zrobiliśmy zdjęcia, i płynnie przechodzi do interesów. Status ostatniego Żyda w Afganistanie stał się dla niego nieźle prosperującym biznesem. „To moje główne źródło dochodu – tłumaczy, gdy żąda 500 $ za udzielenie wywiadu. – Wszyscy dziennikarze mi płacą. Kiedy wrócisz do swojego kraju, napiszesz o mnie artykuł i na tym zarobisz. Ja też chcę coś z tego mieć. Jestem biednym człowiekiem, rząd Izraela mi nie pomaga”.

Potomkowie zaginionych plemion

Pierwsze wiarygodne wzmianki o wyznawcach judaizmu w Afganistanie sięgają VII w. W tamtych czasach byli oni skupieni głównie w Balchu, o czym informował jeden z ówczesnych arabskich historyków, pisząc o „tych, którzy nazywają się Żydami”. Położony niedaleko Mazar-e Szarif w północnej części Afganistanu Balch bywał w średniowieczu opisywany jako „matka miast świata”. Kiedy na przełomie XVII i XVIII w. Arabowie podbijali Persję, mieczem szerząc islam, perscy Żydzi uciekali właśnie na tereny historycznej krainy Chorasanu. Część afgańskich Żydów, głównie tych wywodzących się z grupy etnicznej Pasztunów, uważała się za potomków jednego z Dziesięciu Zaginionych Plemion Izraela. Niektórzy mówili o sobie Jusafzai, czyli „synowie Józefa”. Większość wyznawców judaizmu zamieszkiwała jednak północno-zachodnie tereny kraju, zdominowane przez Tadżyków, i podobnie jak oni władali językiem perskim, nie paszto. Od nich wywodzi się rodzina Simontowa. On sam urodził się w 1952 r. w Heracie, mieście na zachodzie kraju, które przez setki lat było domem dla największej społeczności żydowskiej we współczesnym Afganistanie. „Moi przodkowie zamieszkiwali te tereny od 3 tys. lat. Nie było tu nawet jeszcze żadnych muzułmanów. Tylko buddyści i Żydzi” – tłumaczy.

Do Heratu migrowali także Żydzi z Iranu. W latach 1839–1840 ok. 200 rodzin w położonym po drugiej stronie granicy Maszhadzie zostało zmuszonych do przejścia na islam lub opuszczenia Iranu. To właśnie do Afganistanu mogli wówczas uciec przed dyskryminacją, jaka spotkała ich za miedzą. O irańskim pochodzeniu wielu afgańskich rodzin żydowskich świadczą pojawiające się w kronikach nazwiska, takie jak Maszhadi, Jazdi czy Kaszani, wywodzące się od nazw irańskich miast. Żydzi w Heracie na wiele dekad zdominowali rynek tkanin. Wielu z nich handlowało także towarami luksusowymi, jak słynne afgańskie futra – karakuły, a niektórzy prowadzili tradycyjne sklepiki zwane attari, które w asortymencie miały przyprawy, cukier i herbatę. Ze względu na swoje koneksje zajmowali wysoką pozycję pośród innych handlarzy. Afgańscy Żydzi żyli w tamtych czasach m.in. w Londynie, Lipsku, Indiach czy wielu miastach w Rosji, dokąd ich afgańscy bracia w wierze eksportowali dywany, wełnę i tkaniny. Podobnym statusem cieszyła się rodzina Simontowa.

„Mój ojciec odwiedzał Amanullaha Chana, ówczesnego króla Afganistanu. Byliśmy bogatymi ludźmi, nasza rodzina od siedmiu pokoleń zajmowała się handlem i prowadziła dobrze prosperujące biznesy, więc mieliśmy kontakty wszędzie, także na królewskim dworze – opowiada. – Miałem dobre, spokojne dzieciństwo. W mieście poza nami żyło ok. 300 innych żydowskich rodzin. Tęsknię za tamtymi czasami. Wtedy nikt nie pytał, czy jesteś Żydem, czy muzułmaninem, czy chrześcijaninem. Nie, nikt nas nigdy nie gnębił. Mój ojciec i dziadek byli rabinami, byliśmy bardzo religijną rodziną, a dobrze żyliśmy z muzułmańskimi sąsiadami. Obchodzili nawet z nami nasze święta, a my z nimi ich. Nie było między nami żadnej wrogości”.

Mein Kampf na straganie

W wiek XX afgańska społeczność żydowska wkroczyła, licząc sobie imponujące 50 tys. członków. Zaledwie cztery dekady później liczba ta zmniejszyła się ponad stukrotnie. Po zabójstwie Nadira Szacha w 1933 r. wprowadzono wiele dyskryminujących przepisów wymierzonych w Żydów. Zabroniono im m.in. podróżowania po kraju bez specjalnego pozwolenia, wysyłania listów poza granice kraju oraz zamknięto drzwi do wykonywania większości zawodów. Choć podobnie jak na innych Afgańczykach ciążył na nich obowiązek odbycia służby wojskowej, Żydzi nie otrzymywali broni ani mundurów – zamiast tego służyli w armii, wykonując różne cywilne obowiązki. W poł. lat 30. XX w. żydowska społeczność w Afganistanie była już stosunkowo niewielka i ograniczona głównie do Balchu, Heratu i Kabulu. Stało się tak wskutek polecenia wpływowego ministra finansów i późniejszego premiera Mohammada Haszima Chana, który nakazał Żydom przenieść się tam z obszarów wiejskich oraz innych miast, jak Mazar-e Szarif czy Cholm. Oficjalną przyczyną tej decyzji była chęć ograniczenia migracji Żydów z terenów ówczesnego Związku Radzieckiego do Afganistanu. W rzeczywistości rząd chciał jednak pozbyć się Żydów z miast, by przejąć ich własność i wprowadzić monopol państwa na handel zagraniczny. W wyniku tej polityki wiele żydowskich rodzin utraciło swoje majątki, gwałtownie ubożejąc. Jedynie w stolicy żyli rozproszeni między muzułmańskimi współobywatelami. W Balchu i Heracie mieszkali skupieni w mahale-je jehudi – dzielnicach żydowskich.

Niewielka liczba afgańskich Żydów – głównie ludzi zamożnych, których stać było na zorganizowanie dalekiej podróży – opuściła w tamtym czasie Afganistan i osiedliła się w Palestynie, docierając do niej przez Indie, Persję i Irak. Migracja Żydów z Afganistanu rozpoczęła się masowo dopiero po II wojnie światowej, kiedy afgański rząd stanął po stronie państw arabskich w wojnie z Izraelem, co doprowadziło do silnego przebudzenia antysemickich nastrojów. Trudno powiedzieć, czy miały one źródło bardziej w nazistowskiej propagandzie, czy raczej w tradycyjnym afgańskim nacjonalizmie. Popularne afgańskie powiedzenie głosi, że Hitler zostawił przy życiu część Żydów, by przypominali światu, jak bardzo są nieznośni. Podobnie jak w Iranie, postać Hitlera cieszy się w Afganistanie pewną popularnością, a Mein Kampfw perskim przekładzie można bez problemu kupić w większości księgarni czy na ulicznych straganach z książkami. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest kilka. Bodaj najpoważniejsza to niski stan wiedzy historycznej i brak świadomości, co naprawdę wydarzyło się podczas II wojny światowej czy jak wyglądały nazistowskie Niemcy. Większość informacji docierających na ten temat do Afganistanu to silna antysemicka propaganda, jaka podczas wojny była rozprzestrzeniona w państwach arabskich. Dla Afgańczyków – w większości niedarzących szczególną estymą swojej skorumpowanej i nieudolnej klasy politycznej – Adolf Hitler jest książkowym przykładem sprawnego lidera, który skutecznie wcielił swoje idee w życie. Antysemickie nastroje do dziś rozbudza także polityka Izraela wobec Palestyńczyków, którą część Afgańczyków odczuwa jako wymierzoną w całą społeczność muzułmańską na świecie i wpisującą się w narrację o wojnie z islamem, jak niektórzy mówią…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jedzenie przyszłości