Subskrybuj
Germanista, tłumacz, publicysta. Autor bloga "Brulion bez linii" - www.brulionbezlinii.net

Ogrodnik w Barbarii

Na pytanie „z kim graniczy Rosja”, polski dowcip sprzed lat znał prostą odpowiedź: z kim chce. Rilke widział rzecz inaczej: Rosja graniczy „z Bogiem”.

Zrusyfikowanie duchowe, objawiające się w kulcie stęsknionej do absolutu duszy rosyjskiej, której nic na świecie nasycić nie zdoła, stanowi tylko preludium do rusyfikacji politycznej.

Marian Zdziechowski[1]

 

W poł. XIX w. królewiecki profesor Wittembach dowiaduje się o rzadkim rękopisie znajdującym się w bibliotece niejakiego hrabiego Szemiota. Udaje się do jego pałacu, by zbadać dokument. Hrabia, zamieszkujący gdzieś wśród głębokich puszcz Cesarstwa Rosyjskiego, okazuje się człowiekiem wielkiej kultury i starannie wykształconym. Choć nieco dziwnym: lubi wspinać się na drzewa, boją się go panicznie wszystkie zwierzęta, a jego pałac kryje w sobie jakąś posępną tajemnicę, związaną z matką gospodarza, najwyraźniej wbrew swej woli izolowaną od otoczenia i gości. Ale cóż: co kraj to obyczaj, należy być wyrozumiałym wobec inności, w końcu świat nie kończy się na Królewcu. Wkrótce potem hrabia Szemiot żeni się z piękną Julią, a profesor Wittembach jest obecny na weselu. Rankiem następnego dnia służba pałacowa odkrywa w sypialni nowożeńców straszliwie zmasakrowane zwłoki panny młodej, pod oknem zaś ślady niedźwiedzia – Szemiot przemienił się w dzikie zwierzę, zagryzł żonę i zbiegł do puszczy.

Sławna nowela Prospera Mérimée, zatytułowana Lokis, daje się dziś czytać jako metafora równie straszliwego odkrycia, jakiego właśnie dokonał „cywilizowany świat” Zachodu: oto przywódca największego państwa globu, brylujący w drogich garniturach na międzynarodowych konferencjach, przywożący na prywatne spotkania z mężami stanu bukiety najwykwintniejszych kwiatów dla ich małżonek, okazał się bezwzględnym zbrodniarzem wojennym, odpowiedzialnym za śmierć tysięcy cywilów i planowe niszczenie całych miast.

Metaforą zawartą w noweli francuskiego pisarza należy posługiwać się ostrożnie. W końcu akcja opowieści toczy się tylko nominalnie w granicach Rosji, w rzeczywistości jej miejscem jest litewska Żmudź, a bohaterem zapewne… Polak – hrabia nosi w każdym razie nazwisko autentycznego polskiego emigranta, który ponoć nie był szczególnie zachwycony sposobem, w jaki uwieczniono go na kartach literatury światowej. Dozwolone jest tu chyba jednak pewne uogólnienie. Lokis opisuje tak naprawdę spotkanie dwóch światów. Oto oświecony Zachód przybywa do pogrążonego w mrokach puszczańskiej dzikości Wschodu. Jest pełen dobrej woli, szacunku dla tubylców, tolerancji wobec ich „odmienności”. Więcej: jest nawet tą odmiennością, tak odległą od zachodniego zblazowania i oświeceniowego „ułożenia”, jakoś zafascynowany, niemal w niej rozkochany. I przeżywa szok: z mieszkańca tajemniczej krainy, tak frapująco łączącego „bliskość natury” z gładką francuszczyzną, wyłazi drapieżne zwierzę, rozszarpujące bezbronne ofiary z okrucieństwem, którego nie sposób zrozumieć ani wpisać w znane Zachodowi pojęcia, definicje i obyczaje.

Jak każda zawiedziona miłość, także i ta pozostawia po sobie rozgoryczenie, żal i niechęć. Ale też zapewne, jak to miłość, nie całkiem się daje z serca wymazać. Może zatem warto się jej przyjrzeć nieco bliżej – zanim odżyje na nowo.

Dzwony Kremla

27 kwietnia 1899 r. przybywa do Moskwy Rainer Maria Rilke. Towarzyszy sławnej pisarce Lou Andreas-Salomé i jej mężowi Friedrichowi Carlowi Andreasowi, profesorowi orientalistyki. Młody poeta jest kimś w rodzaju cavaliere servente starszej o 14 lat muzy poetów i myślicieli, z pochodzenia po części Rosjanki. Lou chce „zanurzyć się w dymach kadzidła, śpiewie i wspomnieniach dzieciństwa”[2], powrócić na chwilę w ojczyste strony, Rilke szuka sobie natomiast jakiejś duchowej ojczyzny, bardziej inspirującej niż dekadencki Zachód. A przede wszystkim dającej szansę odnalezienia Boga. Bo dogmatyczną wizję Boga chrześcijańskiego Rilke nieodwołalnie porzucił w młodości. W samym słowie Bóg – pisze na krótko przed pierwszą podróżą do Rosji w Dzienniku florenckim – „miało znaleźć się wszystko, co jakoś oddziaływało, choć nie umiano tego czegoś nazwać ani poznać. Dlatego: gdy człowiek był bardzo ubogi i bardzo mało wiedział, Bóg był bardzo wielki. Wraz z każdym nowym doświadczeniem coś z kręgu jego władzy wypadało, a gdy w końcu nie posiadał prawie niczego, wówczas kościoły i państwo zebrały jego właściwości powszechnie użyteczne, których teraz nikomu nie wolno już podkopywać”[3]. Ta myśl jest jakby najkrótszym – niezbyt zresztą odkrywczym – streszczeniem historii europejskich zmagań z chrześcijańskim Bogiem, który także zdaniem Rilkego musiał umrzeć, by człowiek wyszedł z okresu dzieciństwa i nabrał samodzielności[4].

To prastary topos: intelektualista często nie przeżywa „śmierci Boga”, cokolwiek miałaby ona oznaczać, jako wyzwolenia, lecz raczej jako stratę, a gdy odkrywa, że niebo jest puste, próbuje zapełnić je na nowo. Zaczyna poszukiwać Jednego Boga gdzieś wśród bezkresu „nieba gwiaździstego nad nim” i „już po same czubki włosów/ w głębię [zapada] się kosmosu”, jak swego czasu młody Schelling pokpiwał sobie z dociekań Schleiermachera. Niekiedy szuka go także w prostej, niezepsutej przerafinowaną refleksją teologiczną religijności ludu.

I taką właśnie naturalną ludową religijność Rilke ma nadzieję ujrzeć w prawosławnej, nieskażonej europejskim oświeceniem Rosji.

Tę nadzieję wzbudziła w nim zapewne Lou – w jej bowiem oczach rosyjski chłop, choć nieoświecony – a może właśnie dlatego – jest szczęśliwym posiadaczem nieodgadnionej „rosyjskiej duszy”, która ponoć „w swej wielkiej prostocie ma udział we wszystkim, co najwyższe”[5]. I tak oto zachodnioeuropejski intelektualista, na co dzień doglądający swojego wypielęgnowanego na francuską modłę ogrodu wyrafinowanej poezji, wyrusza „ubogacić się” w Barbarii.

Już następnego dnia po przyjeździe do Moskwy Lou, profesor Andreas i Rilke składają wizytę Lwu Tołstojowi. I od razu przeżywają gorzkie rozczarowanie. Sędziwy pisarz, postrzegany przez nich niemal jako ucieleśnienie rosyjskości, „jeden z proroków obwieszczających nadejście nowej szczęśliwej epoki”,[6] „wieczny Rosjanin”[7], okazuje się bardziej Europejczykiem niż człowiekiem Wschodu. Nie spodziewa się niczego nadzwyczajnego po syntezie zachodniego intelektu i „rosyjskiej duszy”, a nabożność rosyjskiego chłopa, którą tak ekscytują się Lou i Rilke, uważa za czystej wody zabobon. Jego zdaniem lud rosyjski potrzebuje nauki i oświecenia, nie zaś praktyk religijnych. Ale nasi podróżnicy wiedzą lepiej. „Chociaż Tołstoj napominał nas najgoręcej, byśmy przez uczestniczenie w nich nie składali hołdu zabobonnym praktykom ludu, Wielkanoc zastała nas przecież, wychodzących wprost od niego, pod władzą kremlowskich dzwonów”[8]. Rilke jest zachwycony. Do Franziski Reventlov pisze 19 maja 1899: „Jestem od trzech tygodni w Rosji, słyszałem wielkanocne dzwony Kremla i czuję już pierwsze oznaki wiosny w migotaniu gajów brzozowych i szumie szerokiej Newy. To codzienne osobliwe przeżycia wśród tego ludu pełnego nabożnej czci i pobożności, a ja cieszę się niezmiernie z tego nowego doświadczenia”[9]. Na pierwszy rzut oka to wyznanie przypomina nieco relację Goethego z uroczystości świętego Rocha w Bingen[10] w sierpniu 1814 r.. Ale Goethe zachowuje wobec tego co widzi dystans godny Wielkiego Poganina, dostrzega prymitywizm i okrucieństwo „ludu pełnego nabożnej czci”. W fascynacji Rilkego tego dystansu brak.

Ta pierwsza rosyjska podróż Rilkego potrwa stosunkowo krótko, bo tylko około sześciu tygodni. Oprócz Moskwy poeta odwiedzi jeszcze Petersburg, ale to miasto nie wzbudzi w nim zachwytu – uzna je za zbyt „europejskie”: „[…] W Petersburgu – pisze 5 maja do matki – wszystko wydaje się znacznie bardziej międzynarodowe i nierosyjskie”[11].

Z kim graniczy Rosja?

Rok później Rilke – tym razem już tylko z Lou – odbędzie drugą podróż do Rosji. Lepiej się też do niej przygotuje, oddając się przez kilka miesięcy wnikliwym studiom nad rosyjskimi kulturą i językiem. Tym razem wędrowcy ruszają dalej na południe, w kierunku Kijowa. Spodziewają się mianowicie odnaleźć tam coś z „owych najstarszych nastrojów rosyjskich, które tu miały […] swoją ojczyznę, nim zaczęła się Wielka Ruś”. Czeka ich wszakże kolejne rozczarowanie. „Kijów – skarży się Lou – sprawia wrażenie miejsca całkowicie międzynarodowego. Przypomina Warszawę, Petersburg, nawet Wiesbaden”. Sentymentalną podróżniczkę, spragnioną prawdziwej Rosji, drażnią przede wszystkim skażeni Zachodem ludzie, „dumni z tego”, że ich miasto nazywa się „małym Paryżem”: są „nachalni, niemili, głupi” – całkowite przeciwieństwo „Wielkorusów”: „prostych, naiwnych, dobrodusznych”. Irytują ją zwłaszcza „wykształcone” kobiety, których „zachodnią odzież” uznaje za „pół-światowo przesadną”. Nie podoba się jej nawet prosty „lud”, kłębiący się w „brudnym Padole” (Podolie, stara dzielnica Kijowa), podczas gdy lud moskiewski „zdobi Kreml swoimi modlitwami i swoją prostotą”[12].
###banner###
W podobnym duchu opisuje miasto Rilke: „Kijów jest mi niemiły, bo przez wpływ wielusetletniego panowania polskiego zatracił wiele ze swego rosyjskiego charakteru, który tak kocham, stał się polski, to znaczy: międzynarodowy, ma elektryczne tramwaje, szerokie ulice z wielkimi sklepami i pół świata, wielkie hotele itd. Z tego wszystkiego staram się zauważać jak najmniej i kieruję całą uwagę na stare kościoły i katedry, w których przechowuje się dawne obrazy i cenne relikwie”. Wszak to właśnie tu, rozrzewnia się „melancholijny ateista, niedowiarek dręczony wyrzutami sumienia”, jak trafnie go określi jeden z biografów[13], „chrześcijaństwo przybyło do Rosji, to tu św. Olga próbowała dokonywać pierwszych nawróceń, a jej wnuk, Włodzimierz Święty w tym właśnie miejscu ustanowił władzę Krzyża”[14]. Otóż to: kiedyś św. Olga, nawrócenia i Krzyż, „kolebka” owego cudownego rosyjskiego chrześcijaństwa przepełniającego „rosyjską duszę”, a dziś – elektryczne tramwaje. Jakież to nieestetyczne, wręcz niesmaczne!

Ukoronowaniem tej drugiej podróży Rilkego i Lou przez Rosję jest kilka dni spędzonych w prawdziwej wiejskiej chacie, wynajętej od młodego małżeństwa, które dopiero co ją zbudowało.

To przygoda prawdziwie romantyczna: „wieczór przed drzwiami jest cudowny” i wszędzie widzi się oczyma wyobraźni Tołstoja, ale co z tego, skoro trzeba długo wykłócać się o drugi siennik (zdaniem gospodarzy pierwszy „jest przecież dość szeroki” dla dwojga), komary tną jak opętane, a „drzazgi” wbijają się „pod paznokcie i w nerwy”[15]. Na szczęście po kilku dniach można już szczęśliwie powrócić na łono cywilizacji europejskiej – dekadenckiej i bezbożnej, ale przecież zapewniającej niezbędne wygody.

Literackim plonem tych dwóch wypraw będą obok Księgi godzin m. in. także Powiastki o Panu Bogu, wśród nich opowiadanie Jak zdrada wtargnęła do Rosji. To właśnie tu pada owo sławne pytanie, z kim „graniczy Rosja”. Polski dowcip sprzed lat znał na nie prostą odpowiedź: z kim chce. Rilke widzi rzecz inaczej: Rosja graniczy „z Bogiem”. Mało tego: to sąsiedztwo „czuje się przy każdej sposobności”[16]. Rilke patrzy na Rosję oczyma poety „poszukującego Boga”, którego zasadniczo nie ma, ale którego artysta winien sam sobie „budować”, jak pisał kilkanaście miesięcy wcześniej w eseju O sztuce. Dlatego widzi w Rosji i w Rosjanach jedynie to, co chce zobaczyć. I nic poza tym. Ani widzieć nic innego nie chce. Zaprzyjaźniona z nim Sophia Schill, jedna z pierwszych jego tłumaczek na rosyjski, sugeruje mu, by udał się na rosyjską prowincję: „Tam zobaczy Pan prawdziwe rosyjskie życie, prostą pozbawioną wszelkiej kultury rosyjską wieś w całym jej brudzie i nędzy, w całej jej marności. Gdy tam Pan pobędzie, zrewiduje Pan z pewnością pod wieloma względami swoje widzenie Rosji, z przerażeniem wybudzi się Pan ze swego zauroczenia i może z innym uczuciem i innymi oczyma spojrzy Pan na własną ojczyznę, gdzie ludzie przecież przynajmniej żyją po ludzku, a nie jak zwierzęta”[17]. Ale Rilke jest niereformowalny: „Proszę nie myśleć, że istnieje jakaś rosyjska wieś dostatecznie nędzna, by zburzyć mój pogląd na Rosję i sposób, w jaki Rosję odczuwam”. A co się tyczy owej cywilizowanej ojczyzny poety, w której ludzie jakoby „żyją po ludzku”, to rzeczywistość wcale nie jest taka sielankowa: „[…] Myślę sobie: wszędzie jest to samo kwantum brudu, a gdzie go (jak w naszej kulturze) nie widać, tam po prostu skryło się ono w sferze duchowej – tym gorzej!”[18]. Kilka miesięcy później, 29 sierpnia 1900 r., pisze ponownie do Schill: nie, nie idealizuje życia na rosyjskiej wsi, wie o panującym tam głodzie i nędzy, która jednak „nie czyni żadnego uszczerbku dumie i pięknu” żyjących tam ludzi. A zresztą, dodaje w iście ewangelicznym tonie, tak znamiennym dla atei devoti: „Błogosławieni, którzy cierpliwie znoszą cierpienia, ci, na których nałożono głód i niedostatek, a którzy nie mają wyobrażenia o udrękach ludzi sytych”. I uspokaja swoją rosyjską korespondentkę: „Nie żywię obawy, że naród rosyjski mógłby zginąć z głodu, albowiem to przecież sam Bóg żywi go swą wieczną miłością”[19].

Pokora, władza i „wolność prawdziwa”

Można by te wynurzenia młodego poety, cierpiącego na chorobę często trapiącą młodych poetów: egzaltację, zbyć lekceważącym machnięciem ręki. Ale w relacjach Rilkego przewija się pewien wątek, który daje do myślenia – więcej: niepokoi. To fascynacja „pokorą” ludu rosyjskiego. „Rosja, kraj, w którym ludzie są ludźmi samotnymi, każdy z całym światem w sobie samym, każdy pełen ciemności niczym góra, każdy głęboki w swej pokorze, wolny od obawy, że się uniży, i dlatego nabożny”[20]. Tak Rilke opisuje Rosję kilka lat po swoim w niej ostatnim pobycie. A w Powiastkach o Panu Bogu narrator odnotowuje z uznaniem, że w Rosji do cara i do Boga mówi się jednakowo, a mianowicie „do obu mówi się: ojczulku. […] Przed jednym i drugim pada się na kolana i czołem bijąc o ziemię płacze się i mówi: jestem grzeszny, przebacz mi, ojczulku!” Ale Ewald, alter ego autora, opowiadający sąsiadowi o swojej podróży do Rosji, wie, że taka czołobitność w Europie nie wszystkim się podoba: „Niemcy na ten widok powiadają: Co za niegodne niewolnictwo! Ja myślę inaczej. Co ma znaczyć to klękanie? Otóż jego sens jest taki: Żywię cześć. Na to w zupełności wystarczy odkryć głowę, powie Niemiec. No tak, pozdrowienie, ukłon wyrażają poniekąd to samo, są to skróty powstałe w krajach, gdzie nie ma tyle miejsca, aby się każdy położyć mógł na ziemi. Lecz skrótów używa się po jakimś czasie mechanicznie i bez świadomości ich sensu. Dlatego tam, gdzie dosyć jest jeszcze przestrzeni i czasu, dobrze jest w całości wypisać ów gest, całe to piękne i ważkie słowo ‘cześć’”[21].

Tej pokory brakuje mu w Niemczech. „Jestem – pisze w marcu 1902 r. do Aleksieja Suworina – człowiekiem samotnym i nadmiarowym w tym kraju, w którym nie ma pokory i nie ma Boga dla samotnych i pokornych”[22].

Jeszcze w 1920 r. w liście do Cäsara von Sedlakowitza Rilke rozwija swoistą antropologię rosyjskiej czy wręcz słowiańskiej pokory. „Człowiek rosyjski” uświadomił mu, że „nawet trwale przezwyciężające wszystkie siły oporu zniewolenie” nie musi wcale oznaczać „upadku duszy”, albowiem „dla duszy słowiańskiej” istnieje pewien „stopień poddaństwa”, tak „doskonały”, że nawet w warunkach „najcięższego ucisku” wytwarza „tajemną przestrzeń swobody”, „czwarty wymiar jej egzystencji, w którym […] zaczyna się dla niej wolność nowa, nieskończona i prawdziwie niezależna”[23]

Umiłowanie pokory i tzw. prawdziwej wolności ma zazwyczaj także swój rewers: umiłowanie autorytetu i stanowczej władzy. I tak też będzie w wypadku Rilkego. W styczniu 1920 r. poeta pisze do Leopolda von Schlözera o swoim poczuciu powszechnego „zagubienia”. I dodaje: „Kto temu zaradzi? Wszędzie tylko tacy, co łowią ryby w mętnej wodzie, znikąd wspomożyciela, znikąd wodza (nirgends ein Führer), znikąd kogoś wielkiego przewyższającego wszystkich. Cóż, takie epoki już może bywały, przepełnione upadkiem, ale czy też były takie bezkształtne? Bez jakiejś postaci, która wszystko spajałaby wokół siebie […]?”[24]

Taki „wspomożyciel” wkrótce się jednak zjawia. Nazywa się Benito Mussolini. W styczniu 1926 r. w liście do księżnej Aurelii Gallarati-Scotti Rilke zachwyca się współczesną Italią: „Cóż za wzlot nie tylko w literaturze, ale i w życiu publicznym! Cóż za wspaniała przemowa p. Mussoliniego do gubernatora Rzymu!”[25].

Jego włoska korespondentka ma jednak dla „p. Mussoliniego” i jego pomysłów na ratowanie jej ojczyny jeszcze mniej zrozumienia niż kiedyś Tołstoj dla pobożności rosyjskiego „mużyka”, bo ponad wszystko ceni wolność. Ale i tym razem poeta nie daje się zbić z tropu. W jednym z kolejnych – pisanych po francusku – listów do księżnej objaśnia jej obszernie swoje widzenie władzy, polityki i wolności. „Wolność! Czyż to nie na nią jest chory świat?” Bardziej niż wolności młodzież potrzebuje wszak „dumnego, dobrowolnie wybranego posłuszeństwa”. Wolność zamąca w umysłach poczucie rzeczywistości. Tymczasem świat był „światem rzeczywistym w średniowieczu i do wieku XVIII”, kiedy to „pokorna wiara” (foi humble) wraz „z najpobożniejszą udręką” (la plu dévote détresse) – czy nam to czegoś nie przypomina? – wznosiły dumne katedry. A dziś? Wszak „sowieci” pokazali, „dokąd prowadzi droga wolności”. Dlatego poeta pochwala „umiarkowany reżim, lekarstwo, które zawsze zawiera także autorytet, czasowe zastosowanie przemocy i zniesienie wolności (privation de liberté)”. A wszystko to w imię „porządku”[26].

Pobożne hordy

Przeżywana przez Rilkego fascynacja Rosją jawi się w jego epoce i w jego kraju jako zjawisko wyjątkowe tylko wówczas, gdy mierzy się ją skalą jej egzaltacji i naiwności – nawet Lou pokpiwała sobie z niego, że po spotkaniu z ludowym poetą Drożynem popadł w niejaką przesadę i „z nadzieją spoglądał na każdego spotkanego chłopka jako na możliwe połączenie prostoty i duchowej głębi”[27]. Zainteresowanie rosyjskim Wschodem staje się na przełomie XIX i XX wieku czymś w Europie, zwłaszcza w Niemczech, powszechnym i niemal oczywistym. Nie jest jednak zjawiskiem całkiem nowym – zaciekawienie Niemców Rosją miało długą tradycję, przy czym niemieckiemu rusofilstwu towarzyszyła zawsze jak cień niemiecka rusofobia. I co ciekawe, w relacjach o wielkim sąsiedzie – i krytycznych, i pochwalnych – powtarzały się wciąż podobne motywy.

Kto wie, czy nie najbardziej sugestywnym przykładem tej ambiwalencji są niemal równoległe relacje z podróży do Rosji pochodzące od dwóch współpracujących ze sobą i zaprzyjaźnionych autorów. W 1633 r. na polecenie księcia Holstein-Gottorp Fryderyka III wyrusza na Wschód wielka, ponad stuosobowa wyprawa mająca wytyczyć szlak handlowy do Persji. W jej skład wchodzą m. in. Adam Olearius, geograf i kronikarz, oraz Paul Fleming – jakże by inaczej – poeta. Olearius, chłodny uczony i obserwator, rzec można: reportażysta, opisuje po prostu, co widzi. „Gdy patrzeć na Rosjan podług ich umysłów, obyczajów i życia, słusznie należy zaliczyć ich pośród barbarzyńców. […] Albowiem Rosjanie nie kochają żadnych wolnych sztuk i wyższych nauk, a tym mniej mają ochoty sami je uprawiać. […] Dlatego pozostają nieuczeni i nieokrzesani”[28]. Pięknoduch Fleming skłonny jest raczej widzieć świat takim, jakim dobrze by było, gdyby był, i wyraża nadzieję, że „w barbarzyństwie da się znaleźć i coś, co barbarzyńskim nie jest”. Podoba mu się przy tym skromność miejscowych, ich zdolność zadowalania się byle czym: „Muszę pochwalić ludzi, co tacy są jak oni”. Któż by bowiem nie „chwalił człowieka, który obejść się może bez niczego”, nie potrzebuje w życiu złota ani wielkich budowli, wystarczą mu takie, które ochronią go przed zimnem i które sam sobie potrafi zbudować. I oczywiście podoba mu się pobożność Rosjanina, który o północy odprawia modły w cerkwi, albowiem „pobożność to jego sztuka”. Co prawda, zauważa podróżnik, „o wielu rzeczach nie wie, skoro rozumie tylko to, co mówi jego sąsiad, ale wydaje mu się, że to całkowicie wystarczy. Bo po co mu więcej?” I dodaje bez krzty ironii: „Człowiek nie staje się bardziej człowiekiem od sztuki i rozumu”[29].

Olearius przedstawia Rosjan jako ludzi skrajnie prymitywnych i podstępnych, niedotrzymujących żadnych traktatów ani umów, uprzejmych tylko z myślą o własnej korzyści, bezustannie pijanych (nie wyłączając kobiet) „plamiących się występkiem, który nazywamy sodomią”, i to nie tylko z młodymi chłopcami („wykorzystują do tego celu mężczyzn i konie”)[30]. Fleming zaś, przeciwnie, podkreśla ich wstrzemięźliwość i obyczajność oraz umiarkowanie w ucztowaniu. Wielki Nowogród Rosjan czyta się niemal jak antycypację zachwytów Rilkego i jego współczesnych nad wyśnioną Rosją i duchową głębią jej mieszkańców – tak odmienną od jednowymiarowej prozaiczności oświeconych ludzi Zachodu. Ten dwugłos odpowiada niejako dychotomii także późniejszych doświadczeń niemieckich z Rosjanami. Przyniosła ją już wielka kampania napoleońska przeciwko Rosji:…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Mądrość ciała