Kiedy robotnicy wbijali pierwsze łopaty w głębokim brazylijskim interiorze, prezydent Juscelino Kubitschek wyobrażał sobie, że poskramia kolonialną historię i nieprzebłaganą geografię – nowa stolica Brasilia miała pomóc zintegrować kraj, który choć wielki i potężny, był jednością tylko na mapie. Po niemal 70 latach kraj ten jest pęknięty dokładnie na pół i dwukolorowy – północ jest czerwona (lewicowa), a południe niebieskie (konserwatywne). A Brasilia, która miała kraj integrować, sterczy pośrodku jak graniczny słup między śmiertelnymi wrogami.
Tak pomalowały Brazylię ostatnie wybory prezydenckie, w których naprzeciwko siebie stanęli Luiz Inácio da Silva i Jair Bolsonaro. Miały one zdecydować, którą drogę obierze brazylijski naród, żeby uratować przyszłość. Ta jest dzisiaj bardziej niepewna niż 30 lat temu, kiedy Brazylia hartowała swoją świeżo odrodzoną demokrację. Osiągnięcia ostatnich dekad poszły w rozsypkę, a największe państwo Ameryki Łacińskiej z aspiracjami ponadregionalnego mocarstwa tylko wspomina czasy, kiedy było wzorem dla świata i tematem analiz sukcesu.
Jednak najgorętsze od dawna wybory wcale nie toczyły się pod znakiem pomysłów na gospodarcze reformy czy politykę społeczną. Dwaj kandydaci uprawiali zapasy w błocie, wzywając na pomoc Boga i kłócąc się, kto jest lepszym chrześcijaninem. Dla jednych przeciwnikiem był szarlatan i morderca, drudzy kreślili znak krzyża przeciw kryminaliście i czerwonemu diabłowi.
Wskrzeszenie Łazarza
W Brazylii A.D. 2022 panują zupełnie inne nastroje polityczno-społeczne niż kilkadziesiąt lat temu. Ogrom wyzwań po ponad dwóch dekadach wojskowej dyktatury ustępował w latach 80. potężnemu prądowi nadziei i odradzającej się wolności. Nowy rozdział w historii kraju był pisany m.in. przez zwycięzcę tegorocznych wyborów prezydenckich Luiza Inácio da Silvę. Lula, jak na niego mówią, czyli kalmar, bo podobno ściska przyjaciół tak mocno, jak gdyby miał mnóstwo ramion. Urodził się w 1945 r. jako najmłodszy spośród siedmiorga dzieci wiejskich analfabetów, w małej miejscowości w regionie Nordeste, najbiedniejszej części Brazylii (będzie tam miał później zawsze największe poparcie). Przez pierwszych pięć lat życia wychowywał się bez ojca, który wyjechał za pracą. Gdy już wrócił, zapisał się w pamięci chłopca jako brutal i alkoholik. Po przeprowadzce do Sao Paulo na drugim krańcu kraju w wieku 12 lat Lula zaczął zarabiać jako pucybut, potem jako pracownik pralni i sprzedawca owoców. Jako czternastolatek zatrudnił się w fabryce śrub i choć porzucił szkołę podstawową po czterech klasach, to kilka lat później ukończył specjalny kurs tokarza. Ledwo wszedł w dorosłość, gdy rok 1964 zaskoczył go przewrotem wojskowym i nastaniem dyktatury. W tym samym czasie, pracując przy prasie hydraulicznej, stracił mały palec u lewej dłoni. Po latach będzie to jego znakiem rozpoznawczym i symbolem proletariackiego pochodzenia.
Prosty robotnik ze wsi wyrośnie na związkowego lidera, prowadzącego strajki przeciw dyktaturze. Będzie przez to później porównywany do Wałęsy, który w latach 80. był dla Luli idolem.
Poznali się, jednak zasadnicze różnice ideologiczne i odmienne pozycje na geopolitycznej szachownicy (Wałęsa powie, że on obalał komunizm, kiedy Lula chciał go u siebie budować) zakończą nigdy nierozpaloną przyjaźń. Jeszcze w roku 1980 jako działacz związkowy współtworzył Partię Pracujących (Partido dos Trabalhadores, PT), której będzie wieloletnim przywódcą. W tym samym roku został skazany na trzy i pół roku więzienia za organizację strajku w swoich zakładach Industrias Villares, ale uratował się apelacją.
Kiedy wreszcie w 1985 r. skończyła się dyktatura i powróciła demokracja, Lula wszedł do oficjalnej polityki i rok później został wybrany rekordową liczbą głosów w kraju do Zgromadzenia Konstytucyjnego. Równo 100 lat po abolicji niewolnictwa w Brazylii konstytuanta zaproponowała nową ustawę zasadniczą, która miała zabezpieczyć demokratyczny porządek. Brazylia była, niestety, wciąż krajem naznaczonym pokolonialnym dziedzictwem i grzechem rasizmu. Konstytucję chwalono za utrwalenie demokracji, uznanie praw kobiet, ludności rdzennej oraz postęp w dziedzinie ochrony środowiska, jednak wielowiekowe wykluczenie i dyskryminacja pozostawiły jątrzące do dziś rany. Od wielu Afrobrazylijczyków można usłyszeć historie, jak zostali nauczeni przez swoje matki, że zawsze powinni dbać o swój nienaganny i staranny wygląd. Bo choć szata nie zdobi człowieka, to pozwala mu wspinać się po społecznej drabinie. Elegancki strój pomaga ukrywać „murzyńskość”, a dobre maniery i kultura są jak jasna skóra dająca społeczne przywileje. Wciąż powtarzają się sytuacje takie jak wyrzucenie z galerii handlowej grupy czarnoskórych, za sam wygląd podejrzewanych o stwarzanie zagrożenia, albo jak ta sprzed dwóch lat, kiedy w supermarkecie w Porto Alegre ochroniarze zatłukli na śmierć czarnoskórego mężczyznę. Według rządowych danych Afrobrazylijczycy należą do najbiedniejszej części społeczeństwa, stanowią 64% bezrobotnych, choć nie są nawet połową ludności kraju, poza tym częściej umierają młodo niż biali i są trzy razy bardziej narażeni na śmierć wskutek zabójstwa .
Lula wystartował na prezydenta po raz pierwszy w 1989 r., a potem kolejny raz i kolejny, za każdym razem zdobywając coraz więcej głosów. Wreszcie w 2002 r. wygrał i otworzył nowy rozdział w historii Brazylii. Jego podwójne rządy w latach 2003–2010 to ekonomiczny boom i wielka transformacja społeczna, redukcja ubóstwa i nierówności za pomocą programów takich jak Bolsa Familia (bezpośrednie transfery pieniężne w zamian za uczęszczanie dzieci do szkół i szczepienia zdrowotne) oraz Fome Zero (Zero Głodu, program celujący w zwalczanie niedożywienia). Za swojej prezydentury Lula wyciągnął z biedy 30 mln ludzi, oprócz tego poprawił dostęp do edukacji, służby zdrowia, elektryczności (program Światło dla Wszystkich) i godnych warunków mieszkaniowych (dofinansowanie mieszkań w programie Mój Dom, Moje Życie). Odchodząc z urzędu w 2010 r., Lula cieszył się rekordowym 87% poparciem, a Barack Obama nazwał go najpopularniejszym przywódcą świata. Jego polityka pokojowej i ewolucyjnej transformacji społecznej, integrującej wyrzuconych poza nawias, stała się wzorem i inspiracją dla licznych krajów świata. Bez przesady można go więc nazwać ojcem współczesnej Brazylii.
Papieżyca składa broń dwa razy
Wszystko co dobre, musi się kiedyś skończyć i potwierdzenie tego banału przypadło na następczynię Luli Dilmę Rousseff. Pierwsza i jak dotąd jedyna kobieta prezydent w historii Brazylii ma bogate rewolucyjne CV – w czasach dyktatury była członkinią marksistowsko-leninowskiej partyzantki Rewolucyjna Awangarda Zbrojna-Palmares (VAR-Palmares), która wzięła nazwę od XVII-wiecznego quilombo, wspólnoty zbiegłych niewolników zniszczonej przez Portugalczyków. Młodziutka Dilma wraz z towarzyszami broni walczyła przeciw wojskowej dyktaturze i o socjalistyczną rewolucję pod kolejnymi pseudonimami – Estela, Luisa, María Lucía, Marina, Patricia i Wanda, ale w odtajnionych po latach aktach operacyjnych reżimowych służb figuruje jako „Joanna D’Arc partyzantki” i „papieżyca wywrotowców”. Musiała złożyć broń w 1970 r. aresztowana i skazana na dwa lata więzienia. Później będzie walczyć już tylko metodami legalnymi, ostatecznie łącząc siły z Lulą da Silvą i przewodząc Brazylii w latach 2011–2016.
Pani Rousseff kontynuowała program swojego byłego szefa, potwierdzając, że można robić rewolucję małymi krokami, inwestując w społeczną transformację przez wyrównywanie szans, wyciąganie z ubóstwa i zwiększanie dostępu do usług podstawowych. Jednak wkrótce kraj przestał być pupilkiem analityków. W 2014 r. przyszedł kryzys, a gdy w gospodarce się ochłodziło, wyszło na jaw, że ekonomiczna kołdra jest za krótka. Zbiegło się to z mundialem, którego Brazylia była gospodarzem i wstydliwym półfinalistą (sromotne 1:7 z Niemcami). Nie była to jedyna wielka impreza globalnego sportu, bo kraj przygotowywał się też do olimpiady w Rio w 2016, kosztem olbrzymich, często nietransparentnych i społecznie kontrowersyjnych, inwestycji budowlanych wymagających czasem usuwania z przestrzeni osiedli zamieszkanych przez biedotę. Kryzys ekonomiczny, rosnące niezadowolenie społeczne i coraz większe kłopoty z brakiem bezpieczeństwa i przemocą, a do tego opinie, że tak naprawdę zamiast Dilmy z tylnego siedzenia rządził Lula, jak na latynoskiego caudillo przystało, to idealna mieszanka do masowych protestów, które zmuszały PT do przeciągania z opozycją liny nakręcającej polityczną polaryzację.
Prawica ruszyła do boju przeciw pani prezydent, otwierając w 2015 r. proces impeachmentu. Zarzuty? Celowe opóźnianie transferów z budżetu do banków na realizację programów społecznych, żeby doraźnie zmniejszyć deficyt, inaczej mówiąc, ukrywanie faktycznego stanu skarbu państwa. Dodatkowo przywódczynię oskarżano o wiedzę nt. korupcji w państwowej firmie Petrobras i brak działań w tej sprawie (tzw. afera Lava Jato). W 2016 r. parlament przegłosował usunięcie Dilmy Rousseff ze stanowiska na dwa lata przed końcem jej drugiej kadencji. Papieżyca złożyła broń po raz drugi, znów pod przymusem, a do czasu nowych wyborów stery przejął dotychczasowy wiceprezydent.
Do nowego starcia o przedłużenie dziejowej misji PT szykował się faworyt, stary wyjadacz i bohater Lula da Silva. Jednak odór gigantycznego skandalu korupcyjnego Lava Jato (nazwa pochodzi od portugalskiego terminu określającego myjnię samochodową, czyli miejsca, gdzie zaczęły się korupcyjne spotkania) zataczał coraz szersze kręgi i prawica skierowała tę chmurę na da Silvę. Osią największej afery korupcyjnej w historii Brazylii była sieć rozpięta między firmami budowlanymi, państwową firmą Petrobras i rządzącą Partią Pracujących, która służyła załatwianiu korzystnych kontraktów budowlanych. Choć zamieszani byli też politycy innych partii, główne uderzenie poszło w rządzących. Getúlio Vargas, prezydent i dyktator Brazylii z lat 30. XX w. powiedział kiedyś: „Dla moich przyjaciół wszystko, dla moich wrogów – prawo”. Prawica chętnie powróciła do tej tradycji, wykorzystując wymiar sprawiedliwości, aby uniemożliwić Luli start w wyborach. Później wielu komentatorów będzie mówić o sądowym zamachu stanu. Na scenę wkroczył młody i ambitny (a jak później się okazało, również upolityczniony) sędzia Sérgio Moro, który skazał Lulę na 12 lat więzienia za „bierną korupcję” i pranie pieniędzy na podstawie domniemania, że skoro byli umoczeni członkowie jego partii, to on też. Moro uderzył również w zakup luksusowej willi przez Lulę, co miało być dowodem na nielegalne dochody, a więc i korupcję byłego prezydenta.
Lula został wyeliminowany i trafił za kratki, a młodego wilka sądownictwa za prezydentury Bolsonaro uczyniono ministrem sprawiedliwości. W zastępstwie za Lulę Partia Pracujących wystawiła w 2018 r. Fernando Haddada, byłego ministra edukacji i burmistrza Sao Paulo, ale w brazylijskiej polityce to nie ta kategoria wagowa co jego eksszef, tym bardziej że w drugim narożniku czekał na niego nadspodziewanie groźny, bo pozornie niepoważny, przeciwnik.
Krwawy Mesjasz
Broń, którą złożyła Dilma Rousseff, bardzo ochoczo wziął do ręki były kapitan spadochroniarzy, zwolennik dyktatury, ultrakonserwatysta i zaciekły wróg wszelkich „lewackich dewiacji” Jair Messias Bolsonaro. Tak, Mesjasz to jego drugie imię – wygodne w politycznej narracji, przynajmniej w Brazylii. Na początku jednak nazywał się kapitanem ludu, eksponując wojskowy życiorys i oferując twardą żołdacką rękę do przewrócenia korupcyjnego stolika po 15 latach rządów Pracujących. Inni nazwą go też Trumpem tropików, choć Bolsonaro to ideologicznie znacznie potężniejszy kaliber od ekscentrycznego biznesmena z USA.
Usunięty z wojska za żądania płacowe w czasach dyktatury konserwatywny kongresmen od lat występował w telewizji, popisując się kontrowersyjnymi poglądami – traktowany był jednak jak brazylijska wersja Janusza Korwin-Mikkego. Można powiedzieć, że Bolsonaro to dziecko polaryzacji, ożywionej kilka lat wcześniej. Nie do końca nieznany, wyskoczył jednak niespodzianie z pudełka i sterroryzował znudzoną kawiorową lewicę, dając proste, radykalne rozwiązania skomplikowanych problemów. Chcąc nie chcąc, Partia Pracujących, nie radząc sobie z efektami kryzysu i wzrostu niepokojów społecznych, otworzyła przed Bolsonaro scenę dla jego scenicznych występów. Mówił więc, że PT to komuniści i złodzieje, a „pedałów” wyleczyłby gołą pięścią. Przekonywał, że wojskowa dyktatura przyniosła chwałę Brazylii, będąc okresem „porządku i postępu” (Ordem e Progressoto hasło z brazyliskiej flagi, inspirowane pozytywistyczną filozofią Augusta Comte’a z XIX w.), a jej zbrodnicze metody uznał za słuszne – jej błędem…