Nie sposób w krótkim tekście o zmarłym w ostatni dzień 2022 r. papieżu Benedykcie XVI ważyć się na jakiekolwiek teologiczne podsumowanie. To zadanie na najbliższe lata. Można co najwyżej spróbować dotknąć fundamentalnego rysu jego teologii. Nie ulega bowiem wątpliwości, że Joseph Ratzinger / Benedykt XVI był jednym z najwybitniejszych teologów katolickich przełomu wieków. Przyszłość pokaże, czy będzie to myśl wpływająca na wiarę Kościoła i dająca asumpt do teologicznej debaty, czy też jej recepcja będzie polegać na powtarzaniu pochwał i oczekiwaniu na ogłoszenie nowego świętego i doktora Kościoła. Dzisiaj dominuje ta druga tendencja.
Teologiczno-naukowa kariera Josepha Ratzingera / Benedykta XVI była niesłychanie błyskotliwa. Wygrany w czasie studiów w Monachium konkurs na pracę z teologii zagwarantował mu możliwość pisania doktoratu, ukończonego w 1953 r. Habilitacja, obroniona w wieku 31 lat, pozwoliła na objęcie stanowiska profesora na Katolickim Uniwersytecie w Bonn, a później w Münster, Tybindze i Ratyzbonie. Teologiczne zdolności młodego profesora docenił kard. Joseph Frings, biskup Kolonii, czyniąc go swoim soborowym doradcą. To pozwoliło przyszłemu papieżowi na nawiązanie kontaktów z największymi teologami tamtego czasu i wywarcie realnego wpływu na kształt i treść najważniejszych dokumentów soborowych.
Przez 70 lat teologicznej aktywności Joseph Ratzinger / Benedykt XVI zapisał kilkanaście tysięcy stron, wypowiadając się praktycznie na każdy ważny dla chrześcijaństwa temat. Nawet proste ich wyliczenie zajęłoby sporo miejsca. Czas pokaże, które z nich staną się na tyle ważne i nośne, że będą oddziaływać na myślenie potomnych o Bogu i człowieku, Kościele i świecie, teraźniejszości i przyszłości. Teologicznym problemem okazuje się także abdykacja Benedykta XVI w 2013 r. Mówiąc o tym, kard. Gerhard Ludwig Müller, jego następca na stanowisku prefekta Kongregacji Nauki Wiary, nie był wcale przekonany, że mamy do czynienia z nowym standardem, lecz raczej z sytuacją wyjątkową. Pojawiają się też pytania, czy forma emerytury Benedykta XVI stanie się modelową. Idzie nie tylko o białą sutannę, którą nosił papież emeryt, ale o wyrażanie przez niego opinii, publikowanie tekstów i udzielanie wywiadów.
Małe „tak” i duże „nie” dla krytycznej lektury Biblii
Trudno rozstrzygnąć o miejscu, w którym należałoby rozpocząć namysł nad teologią Josepha Ratzingera / Benedykta XVI. On sam jednak zdaje się taki klucz wskazywać. Otóż, wraz z jego śmiercią i w związku z nią, we wszystkich agencjach prasowych pojawiają się nazwiska (Adolf von) Harnack, (Adolf) Jülicher i (Rudolf) Bultmann. To teologowie przywołani przez Benedykta XVI w jego Duchowym testamencie, napisanym w 2006 r. Ani słowa w nim o mistrzach i nauczycielach, są tylko protestanccy rodacy Benedykta XVI, a zarazem wybitni przedstawiciele metody historyczno-krytycznej. Owa metoda właśnie, której Joseph Ratzinger / Benedykt XVI był konsekwentnym krytykiem, sprawiła, że na całe wieki ci trzej (a także ich teologiczni wspólnicy) będą wiązani z 265. następcą św. Piotra.
Metoda historyczno-krytyczna należy niewątpliwie do największych osiągnięć nowożytnej teologii. Odkrycie, że teksty tak Starego, jak i Nowego Testamentu powstały w konkretnym środowisku i mają swoją historię, że spisane księgi poprzedza okres tradycji ustnej, że często są one kompilacją mniejszych jednostek (historia form), że były wielokrotnie redagowane (historia redakcji) itp., stało się trwałą wartością nowożytnej biblistyki. To doprowadziło do przekonania, iż teksty nowotestamentalne, zwłaszcza Ewangelie, są przede wszystkim wyrazem wiary wspólnoty w Jezusa jako Mesjasza, Zbawiciela i Pana. Oznacza to, że trzeba się liczyć z dużymi różnicami pomiędzy tym, co się faktycznie wydarzyło, a tym, co miało się wydarzyć wedle opisów biblijnych. W konsekwencji pod znakiem zapytania stanęła historyczna wartość ewangelijnych relacji o życiu Jezusa. To z tego właśnie powodu przez stulecia Kościół bronił się przed uznaniem nowoczesnych metod badania tekstu Pisma, opowiadając się za lekturą dosłowną i historyczną interpretacją biblijnych (zwłaszcza nowotestamentalnych) opisów wydarzeń.
W roku 1968 ukazała się książka Josepha Ratzingera Wprowadzenie w chrześcijaństwo (wydana w Polsce przez Znak już w 1970 r.; tłum. Z. Włodkowa). Wielu czytelników uznało ją za głos odważny i rozwijający refleksję teologiczną. I rzeczywiście, można w niej znaleźć wiele śmiałych intuicji. W Polsce ucieszył się nią kard. Karol Wojtyła, zaś kard. Stefan Wyszyński przyjął ją ponoć z daleko posuniętą rezerwą. Ci czytelnicy, którzy dokładnie zapoznali się z tą pierwszą głośną publikacją przyszłego papieża, mogli w niej znaleźć krytykę metody historyczno-krytycznej. Tej krytyce pozostawał on wierny przez cały okres swojej teologicznej działalności. Nie była to jednak krytyka totalna, lecz ukryta w charakterystycznej dialektyce, w której teza i antyteza były w jakiejś mierze na swój sposób prawdziwe, choć oczywiście jedna bardziej. Poglądy Ratzingera w tej materii oddają treść i ducha oficjalnych wypowiedzi Kościoła, w których jest jednocześnie „tak” i „nie”, tzn. coraz wyraźniejsze „tak” dla metody historyczno-krytycznej jako takiej oraz „nie” dla jej (najczęściej zbyt śmiałych) owoców.
Warto przypomnieć, że już pod koniec XIX w. Leon XIII w encyklice Providentissimus Deus (1893) pozwolił katolickim teologom na korzystanie z metody historyczno-krytycznej, choć poczynił przy tym tak daleko idące zastrzeżenia, że w praktyce nic się nie zmieniało. Papież napomniał tam teologów, że Biblia nie zawiera nieprawdziwych historii czy mitów, a Ewangelie i pisma apostolskie napisali ci, którym to autorstwo się przypisuje. W egzegezie na pierwszym miejscu stawiać należy sens literalny tekstów, zaś badania historyków, kwestionujące prawdziwość opisanych w Biblii wydarzeń, trzeba uznać za atak na prawdę objawioną.
W 1906 r. Papieska Komisja Biblijna autorytatywnie stwierdziła, że to Mojżesz był autorem (a przynajmniej tym, który tekst zaakceptował) pięciu pierwszych ksiąg Starego Testamentu. Było to w oczywistej sprzeczności z badaniami, jakie od dwóch stuleci prowadzili teologowie, także katoliccy.
Ponad 200 lat wcześniej np. katolicki duchowny Richard Simon opublikował pracę Histoire critique du Vieux Testament (Krytyczna historia Starego Testamentu), w której dowodził, że Pięcioksiąg jest dziełem zbiorowym. Książka Simona niemal natychmiast znalazła się na Indeksie ksiąg zakazanych. Co ciekawe, w dokumencie Interpretacja Pisma Świętego w Kościele (1993), sygnowanym przez Josepha Ratzingera, ówczesnego prefekta Kongregacji Nauki Wiary, możemy przeczytać: „Krytyka literacka sięga swoimi początkami wieku XVII, a dokładnie: działalności Richarda Simona, który jako pierwszy zwrócił uwagę na zjawisko dubletów, rozbieżności tekstów oraz różnic stylu tak bardzo widocznych w Pięcioksięgu”. Zabrakło tu jednak jakiegokolwiek odniesienia do tego, jak potraktował Simona ówczesny Kościół.
Idźmy jednak dalej. W roku 1907 Święte Oficjum w dekrecie Lamentabili stwierdziło, że wiara Kościoła nie pozostaje w sprzeczności z historią (tzn. z historycznym zaistnieniem wydarzeń będących treścią wiary), że teksty Ewangelii nie zawierają żadnych zmyśleń i że Jezus Chrystus miał świadomość mesjańską. Zmartwychwstanie uznane zostało za fakt historyczny, który można wręcz udowodnić, a przekazana przez św. Pawła opowieść o ustanowieniu Eucharystii mówi o wydarzeniu historycznym. Dzisiaj wszystkie te „fakty” są przedmiotem teologicznego namysłu. Encyklika Piusa X Pascendi Dominici gregis (1907) arbitralnie wykluczyła możliwość konfliktu pomiędzy nauką a wiarą, ponieważ – jak napisano – ich drogi nigdy się nie krzyżują; ponadto filozofia ma być wciąż służebnicą teologii, a nie jej panią. Papież potępił także badania biblijne odtwarzające historię powstawania poszczególnych ksiąg biblijnych (historię redakcji). Sytuacja ta zmieniła się nieco w encyklice Piusa XII Divino afflante Spiritu (1943), która uznała literacką krytykę tekstu i możliwość badania życiowego środowiska biblijnego jego autora (Sitz im Leben). Pojawiła się tam również myśl o możliwym „przybliżonym” charakterze biblijnych relacji, mimo to jednak – zdaniem papieża – nie ma żadnych wątpliwości co do autentyczności, czasu powstania ksiąg i ich historycznej rzetelności, tzn. faktyczności opisanych tam wydarzeń.
Papieska Komisja Biblijna w dokumencie z 1964 r. O historycznej prawdzie Ewangelii pozwoliła (mamy tu kolejne pozwolenie!) wprawdzie teologom na korzystanie z metody historycznej, ale mieli to czynić „bardzo oględnie”. Chodziło o to, by z pobudek racjonalistycznych nie kwestionować porządku nadprzyrodzonego „ani osobistej interwencji Boga w losy świata”, „ani możliwości i rzeczywistości cudów”, ani też historycznego charakteru dokumentów Objawienia. Można było, co najwyżej, przyjmować, że ewangeliści zmienili kolejność opisu poszczególnych wydarzeń i nie cytowali dosłownie słów Jezusa, co w żaden sposób nie sprzeciwia się prawdzie Ewangelii. Osiągnięcia biblistyki – jak zaleca ów dokument – należy podawać słuchaczom „ostrożnie”.
„Naciąganie obszaru pewności”
Z powyższego zarysu wyraźnie wynika, że metoda historyczno-krytyczna wciąż pozostaje dla teologii niemałym problemem, z którym radzono sobie w sposób dość specyficzny.
Ponieważ z jednej strony trudno z niej zrezygnować, nie narażając się przy tym na zarzut nienaukowości, to z drugiej – stawiano jej takie warunki brzegowe, że z kościelnej perspektywy stawała się niegroźna. I tak Joseph Ratzinger deklarował, że metoda ta odpowiada wymaganiom teologii i trzeba z niej korzystać, a jednocześnie obawiał się jej (czasami dla katolickiej wrażliwości gorzkich) owoców. I tak będzie w całej jego teologicznej twórczości.
Pierwszą przeszkodą we właściwym spożytkowaniu owej metody są – zdaniem Ratzingera – racjonalistyczne założenia, które przyjęło wielu teologów. Obraz Jezusa wyłaniający się z takich (według niego „zdegenerowanych”) badań, które podnoszą szereg teologicznych wątpliwości (m.in. co do dziewiczych narodzin Jezusa czy powstania wiary w Jego zmartwychwstanie), ma charakter „wulgaryzacji współczesnej teologii”. Chodzi tu przede wszystkim o „zbyt wygodne próby pominięcia wiary w tajemnicę potężnego działania Bożego w tym świecie” (Wprowadzenie…).
Dokonując we Wprowadzeniu… oceny wartości hipotez, wysuwanych przez metodę historyczno-krytyczną, Joseph Ratzinger stwierdził: „Opierając się jedynie na historii, chętniej i łatwiej mogę uwierzyć w to, iż Bóg stał się człowiekiem, aniżeli w możliwość takiego konglomeratu hipotez”.
W wydanej w 1989 r. książce o problemach współczesnej egzegezy Joseph Ratzinger opublikował tekst zatytułowany Kontrowersje wokół interpretacji Pisma. Problem podstaw i drogi egzegezy dzisiaj(tłum. W. Szymona), w którym stwierdził, że mówienie o kryzysie metody historyczno-krytycznej jest niemalże truizmem. Powód owego kryzysu stanowi fakt, że homofonię tradycyjnej interpretacji przysłoniła polifonia historii. Pojawiające się hipotezy rozgałęziały się tak bardzo, że stały się murem oddzielającym Pismo od wiernych. Wtajemniczeni badacze nie czytali już Biblii, lecz ją dekonstruowali, dążąc do usunięcia nieracjonalnych pozostałości. W konsekwencji – zdaniem kardynała – „wiara nie stanowi części składowe metody, a Bóg nie jest autorem procesu historycznego, którym ona się zajmuje”. Z pewnym przekąsem stwierdza on również,…