Subskrybuj
Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski w swojej siedzibie w Kijowie, 9 kwietnia 2022 r. fot. Evgeniy Maloletka / AP / East News
Pisarka, z wykształcenia antropolożka kultury. Założycielka biura wycieczkowego we Lwowie, w którym mieszka od kilkunastu lat (lwow.info). Autorka m.in. książki Ukraina. Soroczka i kiszone arbuzy (2022)

Ukraina walcząca

Ukraińcy mają świadomość, że po zakończeniu wojny – a mówiąc to, używają zwrotu „po zwycięstwie”, nie „po wojnie” – przyjdzie stoczyć jeszcze jedną walkę. O Ukrainę uczciwą, wolną od korupcji, bezpieczną, taką, o jakiej teraz marzą.

Środek tygodnia, godziny pracy. W osiedlowej aptece kolejka kilku osób. Mężczyzna przede mną prosi o środki na uspokojenie. Kobieta w okienku obok – o to samo, tylko żeby nie przeszkadzały w prowadzeniu samochodu. Jest wczesny grudzień, ale pogoda bardziej przypomina jesień niż zimę. A w tym roku zima, mróz, są nam potrzebne bardziej niż kiedykolwiek. Mróz pozwoli przeprowadzić kontrofensywę, odzyskać ziemie zajęte przez Rosjan jeszcze w lutym i marcu. Przed chłodem w okopach można się schronić, choć nie jest to łatwe. Przed wilgocią – nie. Obrazy, które docierają z frontu, nie różnią się niczym od tych z filmów o I wojnie światowej: żołnierze o czarnych twarzach brodzą po kolana w błocie. Jest 288. dzień pełnoskalowej inwazji rosyjskiej na Ukrainę. Sama wojna z Rosją zaczęła się jednak wiele wcześniej.

Początek

– Pamiętasz pierwszy dzień wojny? – pytam syna przy obiedzie. – Jak mogę pamiętać, byłem wtedy zupełnie mały – odpowiada, a ja dopiero po chwili orientuję się, że ma na myśli 2014 r., kiedy Rosjanie okupowali Krym, weszli do Doniecka i Ługańska. Wojna w Ukrainie wypełniła już dwie trzecie jego dotychczasowego życia. W odróżnieniu od większości swoich rówieśników z innych krajów wie, jak się zachować w czasie alarmu powietrznego, czym się różni Javelin od NLAW-a, a większość swojego kieszonkowego przeznacza na donaty, czyli zbiórki na rzecz armii. To on 24 lutego wstał pierwszy z nas wszystkich i obudził nas tą informacją. – Wstałem wcześniej niż zwykle, chciałem sprawdzić, czy będzie trening, więc wszedłem na grupę naszej drużyny. A tam chłopaki piszą, że wojna wybuchła. Nie mogłem uwierzyć, dopiero jak zobaczyłem orędzie prezydenta, zrozumiałem, że to nie żart.

Wybuch wojny był równocześnie spodziewany i zaskakujący. Sytuacja od dłuższego czasu była napięta, na ulicach rozdawano ulotki, co spakować na wypadek przymusowej ewakuacji. Przy granicy z Ukrainą gromadziły się rosyjskie wojska. Widać je było doskonale na zdjęciach satelitarnych, codziennie podawano nowe liczby: 100 tys., 150 tys.… Widać było jednak także, że nie mają zaplecza, logistyki, szpitali polowych. Kto tak słabo przygotowany rozpoczyna wojnę? Analitycy uspokajali, że chodzi prawdopodobnie o zaostrzenie sytuacji na Donbasie. Ataku spodziewaliśmy się 16 lutego, tak przewidywali eksperci. Jednak tego dnia nic się nie wydarzyło, a Władimir Cziżow, rosyjski przedstawiciel przy UE, oświadczył, że wyklucza rosyjski atak w najbliższych tygodniach. Powiedział też, że „wojny rzadko zaczynają się w środę”. Odetchnęliśmy z ulgą. Nie na długo. W czwartek 24 lutego rano na Kijów spadły pierwsze rakiety, 25 lutego zaś na przedmieścia stolicy dotarły rosyjskie czołgi. Wróg zajął położone pod Kijowem miejscowości, których nazwy jeszcze długo będą budziły grozę: Bucza, Irpiń. W sąsiednim Hostomelu Rosjanie zniszczyli dumę ukraińskiego lotnictwa: największy samolot na świecie, AN-225 „Mrija” („Marzenie”).

Na początku wojna była przede wszystkim niewiadomą. Trzymaliśmy się więc tego, co znane. To był akurat tłusty czwartek, więc zrobiłam jak co roku faworki. W przyśpieszonym tempie szukaliśmy rozdawanych jeszcze kilka dni temu ulotek z instrukcją, co pakować do schronu, a co na ewakuację, uczyliśmy się, jak się zachować w czasie alarmów powietrznych, które były kilka razy dziennie, gdzie w różnych typach budynków są najbezpieczniejsze miejsca w razie bombardowań, z czego zrobić koktajl Mołotowa. Jak działać w czasie ataku chemicznego chlorem, a jak przy skażeniu amoniakiem. Czym są „skrzydlate rakiety” i „głupie bomby”. Jak szybko do naszego miasta dojedzie czołg, ile czasu potrzebuje rakieta. Oglądaliśmy zjawiskowo piękne i śmiertelnie niebezpieczne eksplozje bomb fosforowych, zakazanych przez konwencję genewską, lecz zrzucanych przez Rosjan na ukraińskie miasta. Ta wiedza przesuwała się ze wschodu na zachód wraz z uchodźcami. Pierwszymi nauczycielami byli przesiedleńcy z Donbasu, którzy mieli już doświadczenie z roku 2014. Potem ci, którzy przyjeżdżali na zachód z oblężonego Mariupola czy bombardowanego Charkowa. Wszystko było nowe, trochę straszne. Każdy miał swój próg strachu, o którym wcześniej nie wiedział. „Ta wojna odkrywa przede mną wciąż nowe i nowe głębiny strachu, do których, jak się okazuje, jestem zdolna…” – napisała w sieci społecznościowej Elwira z Kijowa. Ktoś stracił bliskich i sam otarł się o śmierć, innym wystarczył przenikający wszystko wokół dźwięk syren alarmowych, żeby podjąć decyzję o wyjeździe. 13-letnia Nastia, którą mama z narażeniem życia wywiozła z Mariupola, nie bała się syren alarmowych, w ogóle nie kojarzyła ich z zagrożeniem. W Mariupolu od początku inwazji nie było prądu i mieszkańcy orientowali się tylko po odgłosach wybuchów. – Bardziej bałam się naszej matematyczki – powiedziała mi na samym początku znajomości. – Ale jej już nie ma. Któregoś dnia mój syn powiedział mi, że widział w internecie zdjęcia człowieka z krwawą plamą zamiast głowy. Poprosiłam, żeby więcej takich rzeczy nie oglądał. – Mamo, ale ja nie chciałem. Samo mi wyskoczyło.

Dla mnie przerażająca była wówczas perspektywa tego, że wojna może ciągnąć się miesiącami. Wiele osób, podobnie, jak ja, oczekiwało, że wszystko skończy się jeszcze wczesną wiosną.

Pierwsze dni to były tłumy uchodźców na granicach, na dworcach i tych, którzy nie wyjechali, koczujących na peronach metra, szukających schronienia w miastach zachodniej Ukrainy, ludzi okaleczonych fizycznie i psychicznie, opowiadających mrożące krew w żyłach historie, ściskające za gardło i jeżące włosy na głowie. SMS-y do krewnych i znajomych, gdzie są, czy nie potrzebują pomocy lub schronienia. Fala empatii, organizacja transportów, przyjmowanie i wysyłanie pomocy humanitarnej, przygotowywanie w domu koktajli Mołotowa, plecenie siatek maskujących, układanie planów A, B i C na różne scenariusze rozwoju wojny. To był też czas śledzenia informacji z frontu niemalże w trybie online, bez odrywania oczu od ekranu. Wiele schematów powtarzało dokładnie wydarzenia II wojny światowej, mimo woli porównywaliśmy swoje położenie z tym, co przeżyli nasi rodzice czy dziadkowie. Moi bliscy niechętnie odpowiadali o swoich losach w czasie wojny. Wierzyli, że nasze pokolenie będzie pierwszym, które urodzi się i umrze w czasie pokoju, że te traumatyczne doświadczenia w niczym mu się nie przydadzą, że to zamknięty rozdział. Bardzo żałowałam, że tej wiedzy nie posiadam. Jednocześnie bardzo potrzebowaliśmy wsparcia i dobrych wiadomości. Pamiętam swoją złość na jednego ze znajomych z Polski, który przysłał mi, w najlepszej wierze, ostrzeżenie: „Uciekajcie, Rosjanie będą gwałcić i torturować, zamykać ludzi w obozach, jak w czasie II wojny światowej”. Po kilku miesiącach odkryto pierwsze masowe groby cywilnych ofiar, z rękami związanymi na plecach i dziurą od kuli z tyłu czaszki…

Niespodziewane sukcesy

Początkowo Ukraińcy postawili sobie cel, aby utrzymać obronę przez 10 dni. Dziś, po niemal roku wojny brzmi to absurdalnie, ale pokazuje doskonale, jakie nastroje panowały w pierwszych dniach: walczymy sami, przeciwko jednej z najpotężniejszych armii świata, nie mamy co liczyć na pomoc z zewnątrz, bo nie opłaca się jej nawet wysłać – za kilka dni będzie po wszystkim, jak w Gruzji. Stało się jednak nieoczekiwane: Ukraińcy pokazali, że honor jest ważniejszy niż życie. Z pomocą wojskowym coraz częściej wychodzili cywile, organizowały się oddziały obrony terytorialnej, przed komisjami poborowymi stały kolejki. Ożył kozacki mit, ludzie przypomnieli sobie swoich przodków, którzy w walce o wolność wykazywali się nie tylko odwagą, ale i fantazją czy brawurą, a wiara, że w ich żyłach płynie ta sama kozacka krew, dodawała sił. Historie o pierwszych bohaterach tej wojny były wręcz niewiarygodne: o pogranicznikach z Wyspy Węży, którzy w niecenzuralnych słowach odpowiadają kapitanowi rosyjskiego krążownika, rolnikach kradnących Rosjanom czołgi, mieszkance Kijowa, która strąciła wrogi dron za pomocą słoika kiszonych pomidorów. Odwagi i wiary dodawała postawa prezydenta, który odmówił ewakuacji i pozostawał w Kijowie. Ten, którego przed wojną krytykowano za zbytnią sympatię dla Rosjan, słaby ukraiński, za dzielenie społeczeństwa, za aktorską przeszłość i niedostateczne obeznanie w sprawach polityki, teraz zrobił najlepsze, co mógł: stał się twarzą walczącego i zjednoczonego wobec agresji narodu. Zawsze z kilkudniowym zarostem, zamienił garnitur na polar w kolorze khaki i bojówki, wyznaczając nowe trendy w wojennym dress-codzie, odwiedzał przyfrontowe miasta. Stał się dokładnym przeciwieństwem zawsze otoczonego armią ochroniarzy Putina, który nawet na wielkim festynie patriotycznym wystąpił… w klatce z kuloodpornego szkła.

Ukraińcy szybko odkryli, że dysponują dużo potężniejszą bronią niż przygotowywane w garażach koktajle Mołotowa – a jest nią śmiech. W odpowiedzi na zmasowane ataki „ruskich trolli” zasypywali internet memami, komiksami i filmikami pokazującymi najeźdźców jako źle wyposażonych, bezradnych, obdartych czmoniów, których łatwo wyprowadzić w pole. Kradnących pralki i patrzących kwadratowymi oczyma na toaletę ze spłuczką, którymi z dalekiego Kremla dowodzi wiecznie pijany, ale pocieszny jak bohater kreskówki gen. Denaturov. Czy z taką armią można przegrać?

Za pierwszymi sukcesami w wojnie informacyjnej pojawiły się pierwsze sukcesy na froncie. Uchodźcy zaczęli po trochu wracać do domów we Lwowie, w Kijowie, Odessie, a nawet praktycznie codziennie ostrzeliwanym Charkowie. Wtedy wojna weszła w nową fazę. Nie mogąc utrzymać przewagi na froncie, Rosjanie nasilili terror wobec ludności cywilnej, zaczęły się zmasowane ostrzały miast, głównie infrastruktury energetycznej. To jednak tylko jeszcze bardziej ludzi rozzłościło, niż złamało. Już podczas pierwszego blackoutu – braku prądu w całym mieście – we Lwowie przy świetle świec działały kawiarnie, a z czasem ludzie nauczyli się funkcjonować i w takich warunkach. Do łask wróciły kaflowe piece i kominki, przed sklepami i kawiarniami terkoczą generatory. W praktyce można zobaczyć, jak działa społeczna odpowiedzialność biznesu: szereg sklepów i knajp udostępnia bezpłatnie miejsce, w którym można się ogrzać, wypić herbatę, doładować telefon. Do jednego z marketów budowlanych kobieta z sąsiedztwa przyszła z własną maszynką do mielenia mięsa,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak wzmacniać odporność psychiczną