Subskrybuj
Uroczystość wyświęcenia na księży dziewięciu diakonek w Kościele Ewangelicko-Augsburskim, Warszawa, Kościół Świętej Trójcy, 7 maja 2022 r. fot. Piotr Molęcki / East News

Kościół ma podnosić z kolan

Pismo i tradycja nie są rozstrzygające, jeśli chodzi o określenie roli kobiet w Kościele. Znajdziemy w nich różne argumenty. Dlatego określając nasze stanowisko, musimy oprzeć się na tym, co mówi nam rozum i doświadczenie.

Jak Pani mówi o sobie? Kobieta ksiądz? Pastorka? W mediach społecznościowych jest też żartobliwa wzmianka o „księżniczce”.

Chciałabym choć w małym stopniu „odmitologizować” spojrzenie na duchownych w naszym kraju. Należy się do nas zwracać tak samo jak do innych. To nie przywileje tworzą czyjś autorytet, ale postawa, zaangażowanie i oddanie dla drugiego człowieka. Dlatego każda forma wydaje mi się na miejscu – zarówno ta podkreślająca moją służbę, np. „pastorka” czy „pani ksiądz”, jak i ta całkiem ją pomijająca, czyli po prostu: „pani Monika”.

Natalia de Barbaro w tekście w „Znaku” pisała, że szukała u Pani jako u osoby duchownej wsparcia. Czy płeć ma znaczenie w codziennej pracy duszpasterskiej?

Są sytuacje i konteksty, w których płeć nabiera znaczenia. Nie jest to uniwersalne i niezbędne, jednak zdarza się, że zwyczajnie potrzebujemy kogoś nam podobnego (w doświadczeniu, postrzeganiu świata, wartościach), by poczuć wspólnotę, więź i porozumienie, które są niezmiernie ważne w duchowości. Czasami też płeć staje się ważna, by zyskać poczucie bezpieczeństwa, ucieczkę przed seksualizacją, pomoc po traumie.

Z jakich lektur i spotkań wyrosła Pani decyzja o tym, żeby zostać pastorką?

Moja decyzja zrodziła się ze spotkań z innymi kobietami duchownymi poza granicami naszego kraju. Ich przykład, postawa i społeczne zaangażowanie zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Nie ukrywam, że tak samo istotne były dla mnie ich intelektualne przygotowanie i otwartość światopoglądowa. Zatęskniłam za tą rzeczywistością w Polsce i jednocześnie poczułam ogromny gniew wobec często powtarzanych u nas poglądów, że „kobiety nie nadają się” do bycia osobą duchowną w Kościołach.

Czy czuła się Pani kiedyś dyskryminowana jako pastorka? Ostatnio oburzenie wzbudziło wyproszenie przedstawicielki Kościoła ewangelicko-augsburskiego ks. Wiktorii Matloch z ekumenicznej modlitwy – prawosławny ksiądz nie zgodził się na jej udział.

Zdarzały się takie sytuacje w przeszłości, ale gdy opowiedziałam o nich w ogólnopolskiej gazecie, sytuacja się zmieniła.

Jestem osobą duchowną od 2010 r., więc za mną już wiele ekumenicznych doświadczeń. Nauczyłam się, że to, jakim człowiekiem tak naprawdę jesteś, nie zależy od wyznania, lecz od postawy serca.

Dlatego doświadczyłam również wiele ciepła, uznania i wsparcia od osób z tradycji oficjalnie przeciwnych służbie kobiet w Kościele.

Kościoły to instytucje patriarchalne – władzę rozdzielają według płci i opierają się przed przyznaniem kobietom tych samych możliwości co mężczyznom. Jaką rolę takie Kościoły mogą odegrać w życiu kobiety?

Człowiek jest istotą duchową, odnoszącą swoje przeżycia i emocje w relacji do innych osób. To oznacza, że potrzebuje swoją duchowość przeżywać w relacji z innym, we wspólnocie. I Kościoły mają szansę tę potrzebę wspólnoty spełniać – zarówno w odniesieniu do kobiet, jak i do mężczyzn. Odpowiadając precyzyjniej, chrześcijaństwo tkwi w kulturze patriarchalnej, jednak wciąż ma bardzo duży potencjał do wystąpienia w roli antydyskryminacyjnej, wręcz feministycznej. Kościoły mają iść za Jezusem. A Jego postawa była przede wszystkim wyzwalająca.

Przypomnę, że w czasach działalności Jezusa w I w. panowało ogromne rozwarstwienie społeczne, funkcjonowały wręcz kasty. Status społeczny danej osoby był wypadkową odziedziczonej pozycji: rodzinnej, ekonomicznej, płciowej i zależnej od wielu innych czynników. Ówcześni ludzie mieli przeświadczenie, że ich los jest przesądzony, że ciąży na nich fatum. A tu przychodzi Jezus, który mówi: nie poddawaj się, może być inaczej. Jego wiara w możliwość przemiany jest niesamowita. Jezus dekonstruował ówczesne rozumienie porządku świata w sposób, który dziś jest wciąż tak samo wyzwalający i może być pociągający dla kobiet doświadczających dyskryminacji w tradycyjnych strukturach. Tak samo Kościoły mogą korzystać ze swoich przywilejów, żeby wskazywać na zmianę, przeciwstawiać się dyskryminacji. Mogą nieustannie patrzeć na świat i na siebie i zadawać sobie pytanie, czy na pewno ten tzw. tradycyjny porządek jest ustalony w taki sposób, by nam wszystkim służył, czy raczej żeby kontrolować i sprawować władzę.

Taką weryfikację tradycyjnego porządku oferuje teologia feministyczna?

Przede wszystkim teologia feministyczna podąża za teologią wyzwolenia, która z kolei dąży do przeciwdziałania wszelkim przejawom ucisku i dyskryminacji oraz wspiera przemianę relacji i zależności – także zależności politycznych i kolonialnych. Teologia wyzwolenia mówi, że Ewangelia ma przemieniać świat, a Dobra Nowina nie jest tylko kwestią mojego osobistego zbawienia, załatwienia sobie samej „biletu do nieba”, ale ma służyć przemianie społecznej. Mój Kościół dużo mówi o Ewangelii, która przemienia relacje społeczne, czyli o tym, że nie ma uświęcenia indywidualnego bez uświęcenia społecznego. W praktyce to oznacza, że gdy spotykam głodnego człowieka, to najpierw mam go nakarmić, a dopiero potem rozmawiać z nim o sprawach wyższych.

Co do teologii feministycznej – z perspektywy kobiety księdza miło jest przyglądać się temu, jak rośnie dorobek teolożek, jak wygląda różnica w rozkładaniu akcentów między teologią feministyczną a tradycyjną, widzieć te napięcia, które są w nowy sposób wydobywane. To bardzo ważne dla Kościoła, a dla mnie osobiście to pasjonująca podróż intelektualna.

Jakiś konkretny przystanek w tej podróży ostatnio Panią zainspirował?

Na przykład redefinicja koncepcji nawrócenia. W teologii tradycyjnej podkreśla się, że człowiek nawrócony zostaje w pewien sposób złamany – mówimy o przełamaniu jego pychy, przewalczeniu tej części jego natury, która dąży do zaspokojenia ego i dumy. Nawrócenie ma być padnięciem na kolana i przyznaniem, że zależę od Boga, chcę zrezygnować z siebie i oddać się Jemu. Teologia feministyczna mówi, że w taki sposób możemy mówić tylko do osób na eksponowanych stanowiskach, kontrolujących, rządzących. Natomiast większość zwykłych ludzi już jest na kolanach! Celem nawrócenia nie ma być ich złamanie, ale podniesienie z kolan i sprawienie, że usłyszą słowa: tak, jesteś ważny. To wcale nie grzech pychy bywa największym problemem człowieka potrzebującego nawrócenia, lecz to, że nie widzi on w sobie żadnej wartości.

Tak wyglądała historia nawrócenia wielu biblijnych kobiet, np. jawnogrzesznicy, która uniknęła kamienowania. To było podniesienie, nie zaś złamanie.

W spotkaniu w Jezusem kobieta może powstać z kolan, usłyszeć, że nie musi się nikomu tłumaczyć, bo Bóg widzi jej wartość.

Podobnie ciekawe jest spojrzenie na koncepcję grzechu. Przyznam szczerze, że nie jestem fanką teorii grzechu pierworodnego.

Obraz nieposłusznej Ewy zrywającej owoc był i wciąż zdarza się być pretekstem do uciszania i spychania kobiet na obrzeża wspólnot.

W chrześcijaństwie nie chodzi o posłuszeństwo. Zresztą pojawiają się głosy teolożek (i to nie tylko feministycznych), że pierwszym grzechem w raju nie było złamanie zakazu przez Ewę, ale przemoc, jaka pojawia w historii Kaina i Abla; podniesienie ręki na drugiego człowieka. Pisze o tym teolożka Marjorie Hewitt Suchocki. O tym, że Bóg nie narzuca bezwzględnego posłuszeństwa, mówi wyraźnie tradycja żydowska. Stary Testament ma wiele historii, które ukazują partnerskie relacje Boga i człowieka, warto wspomnieć tutaj wyjątkową opowieść o walce Jakuba z Bogiem. Tak samo w nauczaniu Jezusa nie ma nacisku na posłuszeństwo, tylko na służbę jako wzór budowania relacji przywódczej: „Wiecie, że władcy narodów uciskają je, a wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie u was. Lecz kto by między wami chciał stać się wielkim, niech będzie waszym sługą” (Mt 20, 25b–26). Zawsze, gdy słyszę nauczanie o posłuszeństwie, pytam, w jakim celu je przywołujemy. Bo posłuszeństwa wymagają zwykle osoby, które próbują stworzyć relację podrzędności. Moim zdaniem przestrzeń Kościoła nie powinna być przestrzenią władzy i kontroli. W teologii feministycznej bardzo interesuje mnie to, w jaki sposób teolożki opisują istnienie struktur religijnych, perspektywę zmian tych struktur, tworzenia prawa i przeciwdziałania przemocy. Na przykład kwestię tego, że nie ma prawa mężczyzny, jest prawo przemocy.

Co to znaczy?

Patriarchat nie jest oparty na władzy mężczyzny, ale na przemocy – płeć jest tu drugorzędna.

Uczestniczyłam parę lat temu w szkoleniu Niebieskiej Linii i dało mi ono wiele do myślenia. Na przykład otworzyło mi oczy na zrozumienie tego, że często zachowania, które uznajemy za troskę, wcale nią nie są. Stanowią zaś przejaw kontroli, służą utrzymywaniu hierarchii, wyrastają ze schematów przemocy. W Kościołach często kultywujemy nakazy posłuszeństwa pod pozorem troski – tyle że ma ona na celu utrzymanie struktur władzy. I nie mówię tego tylko w odniesieniu do kobiet, lecz wszystkich, którzy doświadczają przemocy czy jakiejś formy dyskryminacji. Tymczasem nasze relacje powinny wyglądać inaczej – bardziej jak sieć, nie jak drabina czy stopnie.

Udaje się to w środowiskach, gdzie jest więcej kobiet?Tak sądzę. Widać to choćby po tym, jak teologia feministyczna nie tylko skupia kobiety z różnych wspólnot chrześcijańskich, ale buduje także relacje między teolożkami, badaczkami i wierzącymi z różnych Kościołów i religii. Kobiety o wiele lepiej i szybciej się dogadują niż mężczyźni, którzy reprezentują instytucje kościelne i…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Kościół bez patriarchatu