Trudno określić, kiedy dokładnie zamieniliśmy weekend na działce na city break w jednej z europejskich stolic. Międzyzdroje, Ustka, a nawet Zakopane często wydaje się leżeć w podobnej odległości co Mediolan, Barcelona i Rzym. Podróżujemy szybciej, dalej i często za półdarmo, łapiąc okazję na aplikacjach wyszukujących loty na drugi koniec kontynentu za cenę równoważną biletowi w jedną stronę nad polskie morze pociągiem. Potem, będąc już w jednym z tych miejsc, które „koniecznie trzeba zobaczyć”, w tłumie trudno nam odróżnić podróżnika od pielgrzyma czy kuracjusza od turysty. Ten ostatni podróżuje najszybciej, często wybierając ten punkt na mapie świata, który w danej porze roku zapewni mu odpowiednią dawkę słońca. I nie ma się co dziwić, po części bowiem każdy z nas pragnie tego samego – chwili oderwania od codzienności, zmiany przestrzeni i odmierzania czasu według innego rytmu niż zwyczajna praca.
Kanary mają swój limit
Problem jednak polega na tym, że jest nas, ludzi, najwięcej, odkąd tylko istnieje nasz gatunek, a podróżowanie nigdy nie było tak dostępne, przynajmniej dla ludzi z Zachodu, jak obecnie. Ma to swoje nieuchronne konsekwencje. Pod koniec kwietnia na Wyspach Kanaryjskich odbyły się masowe protesty przeciwko współczesnemu modelowi turystyki, który doprowadził do przeciążenia lokalnej infrastruktury i – co zadziwiające – zubożenia części mieszkańców archipelagu. Około 25 tys. Kanaryjczyków równocześnie na wszystkich wyspach – Teneryfie, Gran Canarii, Fuerteventurze i Lanzarote – wyszło na ulice, niosąc w rękach transparenty z napisem: „Kanary mają swój limit”. Protestujący domagali się uregulowania systemu mieszkalnictwa, wprowadzenia ekopodatku i konsultacji społecznych. Jak tłumaczyli, nie protestowali przeciwko turystom, lecz przeciwko aktualnej polityce turystycznej, która nastawiona jest na zysk, pomijając przy tym zupełnie potrzeby zwykłych mieszkańców. Protesty Kanaryjczyków mogą jednak dziwić, jeśli spojrzy się na liczby.
Wyspy Kanaryjskie są najpopularniejszym miejscem turystycznym w Hiszpanii. Sektor turystyczny generuje 35% lokalnego PKB.
W ubiegłym roku wpływy z turystyki na Wyspach wyniosły 22 mld euro. Teoretycznie Kanaryjczycy powinni się cieszyć z sukcesu branży turystycznej. Niemniej jednak protestujący są zdania, że – paradoksalnie – turystyka prowadzi głównie do pogłębienia się nierówności społecznych. Po pandemii ceny mieszkań poszły tak mocno w górę, że przeciętny mieszkaniec np. Teneryfy nie jest w stanie ze swojej średniej pensji opłacić wynajmu, nie mówiąc o możliwości zakupu własnego mieszkania. Za wzrost ceny mieszkań po części odpowiada masowa turystyka, w tym wynajem krótkoterminowy typu Airbnb i tzw. cyfrowi nomadzi, którzy na Wyspy zaczęli przybywać już w czasie pandemii. Ich pensje często wielokrotnie przewyższają dochody przeciętnego mieszkańca Wysp. Kanary są bowiem drugą najbiedniejszą wspólnotą autonomiczną w kraju. W czwartym kwartale 2023 r. Kanaryjczycy zarabiali średnio 1894 euro brutto miesięcznie (trochę powyżej 1090 euro netto), podczas gdy średnia krajowa wyniosła 2359 euro.
Innymi słowy, Kanaryjczycy zarabiają średnio 74% tego co Hiszpanie w innych regionach kraju.
Gorzej jest tylko w graniczącej z Portugalią Estremadurze, której mieszkańcy zarabiają miesięcznie 30 euro miesięcznie mniej od Kanaryjczyków. Tymczasem ceny wynajmu na Gran Canarii wynoszą nawet 900 euro za 40 m2 (dane z portalu Idealista). Dodatkowo rynek mieszkaniowy jest bardzo mały. Często jeden właściciel posiada kilka mieszkań, które celem większego zysku wynajmuje wyłącznie zagranicznym turystom na krótkoterminowe wypady. Zdarza się, że biura nieruchomości na ogłoszeniach wynajmu piszą: „Oferta nie dla Kanaryjczyków i Marokańczyków”. Interesują ich wyłącznie zagraniczni klienci – głównie z Wielkiej Brytanii i Niemiec. Dla przeciętnego mieszkańca Kanarów nieruchomości praktycznie nie ma. Na Teneryfie grupa ok. 30 mieszkańców od lat mieszka w namiotach i przyczepach, nie mogąc znaleźć żadnego lokum na wynajem. Aż 34% Kanaryjczyków żyje w biedzie.
Jak to jest możliwe, że w regionie, gdzie turyści zostawiają miliony euro rocznie, przeciętny mieszkaniec ledwo wiąże koniec z końcem?
Choć aż czterech na dziesięciu Kanaryjczyków pracuje w sektorze turystycznym, to na turystach najwięcej zarabiają właściciele ogromnych hoteli, które powstają w zawrotnym tempie nie tylko na Wyspach, ale też w całej Hiszpanii.
Przewiduje się, że do grudnia przyszłego roku w Hiszpanii zostanie wybudowanych 260 hoteli, co oznacza, że co kilka dni w Hiszpanii otwierany jest nowy hotel. To ich właściciele, w tym duże firmy deweloperskie, są największymi beneficjentami masowej turystyki. Dla reszty zostają okruchy. Kanaryjczycy, owszem, znajdują zatrudnienie w tych hotelach, ale głównie jako osoby sprzątające lub w kuchni, pracując przy tym za niskie stawki. „Przypomniałam sobie, jak mama i tata pracowali od świtu do zmierzchu na polach pomidorów na południu wyspy i spali w barakach, aby zarobić parę groszy. Pomidory te trafiały do bufetów all inclusive oferowanych przez hotele na wyspie turystom zagranicznym. Moi rodzice nigdy nie byli w tych hotelach jako goście. Nawet podczas miesiąca miodowego” – pisze kanaryjska dziennikarka Daniasa Curbelo i podkreśla, że Wyspy Kanaryjskie należą coraz bardziej do turystów, a coraz mniej do ich mieszkańców.
– Jak chcę zobaczyć drzewa i trawę, to przyjeżdżam tutaj – mówi Nico Mattana, instruktor surfingu, parkując swojego vana na hotelowym parkingu. Jest to jedno z niewielu miejsc na całej Fuerteventurze, gdzie można zobaczyć liściaste krzewy i drzewa. Na wyspie bowiem dominuje krajobraz księżycowy. Tymczasem właściciele ogromnych hoteli dbają o to, żeby ich goście czuli się jak u siebie, a nie jak na wyspie wulkanicznej. Aby utrzymać skrawek zieleni, wylewają tysiące litrów pitnej wody codziennie, podczas gdy w wielu regionach Wysp Kanaryjskich zdarzają się przerwy w dostawie wody.
– Słyszałem, że w niektórych hotelach, ze względu na brak wody, czasem muszą korzystać z wody z szamba – komentuje Nico Mattana, zaczynając trening chwilę po wschodzie słońca. Wtedy plaże przyhotelowe są dostępne dla surferów oraz mieszkańców. Po godzinie dziewiątej Nico i inni surferzy muszą opuścić plaże, mimo dobrych warunków, i szukać nowego miejsca. Plaże przy hotelach są wyłącznie dla gości – mimo że ci często wybierają przyhotelowe baseny.
Kanaryjczycy buntują się przeciwko budowie wielkich kompleksów hotelowych.
Pod koniec kwietnia grupa aktywistów wkroczyła na teren budowy hotelu przy plaży La Tejita, na Teneryfie, aby uniemożliwić prace budowlane. Według aktywistów nowy kompleks hotelowy jest nielegalny, a obszar, na którym powstaje, jest publiczny i należy do wszystkich. To m.in. oni zorganizowali kwietniowe protesty na ulicach wszystkich Wysp. Podkreślają, że nie mają nic przeciwko turystom, lecz czas najwyższy uregulować ruch turystyczny oraz sprawić, by zyski trafiały do kieszeni Kanaryjczyków. Nico Mattana widzi nadzieję w profilowaniu oferty na świadomych turystów, głównie sportowców. Wyspy Kanaryjskie są rajem dla surferów i kolarzy, którzy – jak komentuje Nico – zazwyczaj żyją w harmonii ze środowiskiem naturalnym. Mattana marzy o stworzeniu w pełni zrównoważonego ekologicznego małego hotelu, w którym pracę, za godne pieniądze, znaleźliby mieszkańcy Fuerteventury.
Przeludnione miasta
Ile turystów zmieści się na jednym metrze kwadratowym Barcelony? – zastanawiają się mieszkańcy stolicy Katalonii. Co roku w mieście robi się coraz ciaśniej. Hiszpania jest drugim na świecie, zaraz po Francji, najpopularniejszym krajem wśród turystów. W czołówce najchętniej odwiedzanych miast plasują się Madryt, Walencja i Barcelona właśnie. – Kiedy mieszkałam w centrum, w okresie letnim wychodziłam z domu do pracy zawsze 10 min wcześniej, bo tyle dodatkowo zajmowało mi przeciśnięcie się przez tłumy – mówi mieszkanka Barcelony Lorena González.
Nie tylko przedostanie się przez centrum miasta utrudnia normalne funkcjonowanie barcelończykom. Kilka tygodni temu z Map Google i Apple Maps zniknęła linia autobusu 116. Wcześniej turyści, korzystając z podpowiedzi dojazdu tych narzędzi internetowych, masowo szturmowali autobus 116, który zatrzymuje się dokładnie przed wejściem do słynnego parku Güell. Problem polegał na tym, że mały autobus ma jedynie 14 miejsc siedzących i może łącznie pomieścić zaledwie 22 pasażerów, a turystów chcących skorzystać z linii 116 było zawsze kilka razy więcej. Odjeżdżający co 10 min autobus często nie mógł pomieścić mieszkańców dzielnicy la Salut, przez którą przejeżdża. Było to problematyczne, ponieważ aż 25% jej mieszkańców to osoby po 65. roku życia i wiele z nich ma problem z poruszaniem się. Odkąd autobus zniknął z aplikacji ułatwiających wyszukiwanie miejskich połączeń, w linii 116 zrobiło się więcej miejsca, a mieszkańcy la Salut odetchnęli z ulgą. Jednak przepełnione autobusy to niejedyny problem. Podobnie jest w metrze. – Latem często się denerwuję na tłumy w transporcie publicznym – komentuje Lorena. – Rozumiem, że chcą zwiedzić i idą swoim rytmem, ale ja spieszę się do pracy.
Mieszkanka Barcelony przyznaje, że życie w tym mieście z jej perspektywy przypomina labirynt.
Omija turystyczne miejsca, szuka lokalizacji, o których turyści nie przeczytają na popularnych portalach, gdzie sama mogłaby poczuć się swobodnie i zapłacić za kawę czy piwo tyle, ile faktycznie są warte. – Na szczęście lubię takie zwyczajne, dzielnicowe bary, do których turyści nie zaglądają – przyznaje i dodaje, że również te lokalne punkty gastronomiczne coraz bardziej dostosowują swoje menu do oczekiwań osób z zagranicy, a nie układają go zgodnie z gustami i tradycją Katalończyków. Lorena González zauważa, że nawet w popularnych klubach i dyskotekach już w pierwszych dniach lata zmieniana jest muzyka tak, aby spodobała się międzynarodowym imprezowiczom. Wejściówki na jeden z najpopularniejszych festiwali muzycznych w mieście, Primavera Sound, z roku na rok idą coraz bardziej w górę. W tym sezonie w ostatniej puli biletów kosztowały 325 euro. Lorena, która jeszcze parę lat temu regularnie uczestniczyła w festiwalu, zarówno w zeszłym, jak i w tym roku nie wzięła w nim udziału. Mimo że pracuje w dużej lokalnej firmie na odpowiedzialnym stanowisku, aktualne ceny biletów są dla niej zbyt wysokie. Jak podkreśla, od paru lat w Primavera Sound biorą udział praktycznie wyłącznie zagraniczni turyści i celebryci.
Barcelońskie lokale kuszą turystów paellą i pokazami flamenco, mimo że żadna z tych rzeczy nie jest tradycyjnie katalońska. Właściciele restauracji i popularnych miejsc pilnują jednak, aby to, co zastanie turysta, odpowiadało jego wyobrażeniom o Hiszpanii – nawet jeżeli prowadzi to do stereotypizacji kultury kraju, która jest różnorodna i złożona. W rzeczywistości korrida, paella i flamenco pochodzą z południa Hiszpanii. Jednak te elementy andaluzyjskiej kultury zaczęły być pojmowane jako „typowo hiszpańskie” i w ten sposób są też sprzedawane. Tak więc jeżeli turysta chce pokaz flamenco, to dostanie go choćby w Barcelonie, co widać na popularnej alei la Rambla, gdzie turyści są zachęcani do kupowania wejściówek na właściwe dla Andaluzji flamenco.
Co ciekawe, nowe twory kultury popularnej są szansą na popularyzację lokalnej kultury hiszpańskiej.
Najlepszym przykładem jest najnowszy teledysk Duy Lipy do piosenki Illusionnawiązujący do tradycji katalońskiej. Na teledysku tancerze tworzą ze swoich ciał nawet kilkunastometrową wieżę, którą w Katalonii nazywa się Castell. Tradycja Castell jest kultywowana w czasie różnych świąt w Katalonii i w niektórych częściach wspólnoty autonomicznej Walencji. Teledysk Duy Lipy został nakręcony na słynnym basenie Montjuïc, który był ważną częścią infrastruktury sportowej w czasie igrzysk olimpijskich, jakie organizowała Barcelona w 1992 r. To właśnie te igrzyska przyczyniły się znacznie do rewitalizacji miasta, co następnie przełożyło się na coraz większe zainteresowanie turystów. Trudno wymagać, aby każda osoba, która odwiedza Barcelonę, zanurzała się w historię i kulturę Katalonii. Niektórzy chcą tylko zobaczyć popularne miejsca, do których sami barcelończycy zaglądają rzadko lub nigdy. Nie sposób ich za…