Subskrybuj
Pasażerowie nowojorskiego metra w styczniu 1959 r.
Reporter, eseista. Był korespondentem prasowym z USA, pracował w „Przekroju”, „Gazecie Wyborczej”, kierował działem zagranicznym „Wprost”. Autor książek Powrócę jako piorun. Krótka historia Dzikiego Zachodu (2018), Rewolwer obok Biblii. W co wierzy Ameryka (2021). Ostatnio...

Krwiobieg kosmosu

Nad moim biurkiem wisi mapa nowojorskiego metra. Jest oknem, przez które teleportuję się do miasta. Wsiadam i jadę do knajp, uciekam do odległych, półdzikich parków. Podróżuję pośród ludzi wszystkich kolorów i ras.

Czekałem na pociąg na górnym peronie stacji Howard Beach niedaleko lotniska JFK. Świeciło słońce, szła bryza od oceanu, na dachu domu za torami łopotał gwieździsty sztandar. Była niedziela, spokój. Niski chłopak wyglądający na Pakistańczyka rozmawiał przez komórkę, bujając reklamówką. Obok przy automacie (wtedy, kilkanaście lat temu, były jeszcze czynne) wysoki gość w stetsonie, wytartych dżinsach i kowbojkach wyszeptał do żółtej słuchawki:

– Wsio w pariadkie u tiebia, Natasza?

W wagonie krzesła szły wzdłuż ścian, więc patrzyliśmy na siebie: stewardesa Delty w marynarce, spódnicy i butach na obcasie, arabskie kobiety w hidżabach, afrykańskie kobiety w białych sukniach do kostek, umorusani robotnicy w żółtych butach, zespół meksykańskich grajków w sombrerach. Po powrocie z Polski jechałem do siebie – na 116. Ulicę, róg 8. Alei, na południowy skrawek Harlemu, gdzie wynajmowałem pokój u rodziny Dominikańczyków. Nie musiałem się przesiadać. Otwarta w 1932 r. linia metra A biegnie przez 52 km od plaż Rockaway nad otwartym Atlantykiem aż do Inwood – na północnym czubku Manhattanu. Jej pociągi kursują całą dobę, codziennie przewożąc 600 tys. ludzi. Trasa jest częścią jednego z największych systemów transportu miejskiego na planecie: 36 linii o łącznej długości ponad 1000 km, 472 stacje, ponad miliard pasażerów rocznie. Kurs jedną tylko linią A jest podróżą przez liczne narody i kultury. Najpierw dzielnica Woodhaven na Queensie, która do dziś zachowała atmosferę osobnego miasteczka zamieszkanego przez Latynosów, Jamajczyków, Hindusów. Dalej południową krawędzią brooklyńskiego Bedford-Stuyvesant, dokąd po otwarciu metra przenosiło się wielu Afroamerykanów; to tutaj Spike Lee nakręcił kultowy Rób, co należy (1989), tragedię rozgrywającą się w ciągu jednej doby na rozpalonej upałem ulicy. I dalej, tunelem pod East River na Manhattan, na północ, pod ziemią, zachodnim brzegiem Central Parku, wzdłuż fundamentów potężnych zdobnych kamienic, w których żyją najbogatsi. W jednej z nich – słynnej Dakocie – mieszkał John Lennon. Zginął od strzałów szaleńca na ulicy, pod którą biegnie linia A. I jeszcze dalej przez Harlem („Take the »A« train to go to Sugar Hill way up in Harlem” – śpiewali Duke Ellington i Ella Fitzgerald) aż do Inwood.

Sieć nowojorskiego metra – zwanego subway – oplata metropolię mieszczącą w sobie cały świat.

Linia Q zabierze cię do Małych Karaibów. „Czwórką” i „szóstką” dojedziesz do Chinatown. Jadąc linią B na północ, znajdziesz się nieopodal włoskiej enklawy na Bronxie; a na południe – trafisz do rosyjskiego Brighton Beach na Brooklynie. Niech o różnorodności Nowego Jorku, tego Wielkiego Jabłka, zaświadczy fakt, że na co dzień rozmawia się tutaj w ponad 800 językach. Metro jest krwiobiegiem wieloetnicznego kosmosu.

Nie przypadkiem najbardziej konserwatywną i kulturowo jednolitą z pięciu wielkich dzielnic Nowego Jorku – Bronx, Manhattan, Brooklyn, Queens i Staten Island – jest ta ostatnia. Tylko na Staten Island nie dojeżdża metro. Gdy w latach 70. XX w. Nowy Jork pogrą?a? si? w?kryzysie, miasto bankrut gn?bione przemoc??? metro te? upada?o. Istnieje jednak teoria, kt?ra m?wi, ?e by?o odwrotnie?? wskutek tego, ?e zaniedbano żał się w kryzysie, miasto bankrut gnębione przemocą – metro też upadało. Istnieje jednak teoria, która mówi, że było odwrotnie – wskutek tego, że zaniedbano subway, miasto zaczęło upadać. Gdy układ krwionośny jest niewydolny, organizm umiera.

Łopata od Tiffany’ego

W moim domu nad biurkiem wisi mapa nowojorskiego metra. Jest oknem, przez które teleportuję się do miasta. Wsiadam i jadę do knajp, w których pracowałem, albo do tych, w których upijaliśmy się z przyjaciółmi, snując plany na kariery w filmie, literaturze, rock’n’rollu. Uciekam do odległych, półdzikich parków, gdzie nie ma turystów. Do sal kinowych, do kobiet, do plaż. Podróżuję pośród ludzi wszystkich kolorów i ras, każdy wagon jest osobną rewią mody, w każdym siedzą i stoją obok siebie maklerzy z Wall Street, artystki, pisarki, pomywacze, budowlańcy, kelnerzy, jubilerzy, bezdomni, nieprzytomni weterani amerykańskich wojen zabijani przez nałogi. Nieraz wskakuje Keanu Reeves – gwiazdor znany z tego, że też przemierza miasto metrem. Sława skazuje na samotność. Przejazd zatłoczonym pociągiem pośród prawdziwych ludzi jest dla Reevesa ratunkiem.

Pisarz Caleb Carr powiedział: „Jeśli amerykańskie społeczeństwo ma przetrwać i się rozwijać, to ciągle musi spoglądać na Nowy Jork i szukać metod na to, żeby funkcjonować jak to miasto. Tutaj na niewielkiej przestrzeni, jak nigdzie indziej, znaleziono sposób na twórcze, bogate i zgodne życie niezliczonych kultur i typów ludzkich”.

Nie zawsze tak było. W XIX w., gdy miasto nie miało jeszcze szybkiego transportu, żyjący tu ludzie różnych kultur nie ufali sobie nawzajem. Częściej, jak w batmanowskim Gotham, się zabijali.

Opowiada o tym reportaż z 1928 r. Gangi Nowego Jorku autorstwa Herberta Asbury’ego, zekranizowany przez Martina Scorsesego. Historyk Tyler Anbinder stwierdził, że wizualizacja nowojorskich dzielnic tamtego czasu, jaką reżyser wykreował w rzymskich studiach Cinecittà, „nie mogła być bardziej precyzyjna”.

Trwała wówczas krwawa rywalizacja o pracę i wpływy polityczne. Rządziła nienawiść. Imigranci z drugiego pokolenia nienawidzili nowych przybyszy. Włosi nienawidzili Irlandczyków. Polacy Rosjan. Chińczycy Japończyków. Biali czarnych. W zamieszkach na tle rasowym w 1863 r. zlinczowano jedenastu Afroamerykanów. Miastem rządziły skorumpowane kliki polityków i powiązane z nimi zbrojne grupy budowane na fundamencie tożsamości etnicznej. Toczyły bitwy na bitej ziemi skwerów i placów, jak ta z 4 lipca 1857 r. między gangami Dead Rabbits i Bowery Boys, w której zginęło osiem osób, a ponad 100 zostało rannych.

Polityczną władzę w mieście dzierżyła organizacja Tammany Hall. Jej najważniejszą postacią był William „Boss” Tweed. Pełnił kilkanaście wysokich funkcji w miejskich instytucjach. Był też biznesmenem, należała do niego m.in. sieć tramwajów konnych. W 1870 r., w szczycie potęgi Bossa, w Nowym Jorku mieszka milion ludzi, większość w południowej części Manhattanu. Ulice są przepełnione tłumem i pojazdami – tramwaje jeżdżą zderzak w zderzak, a między nimi pędzą miejskie dyliżanse zwane omnibusami. Pracuje przy tym półtora tysiąca koni, zawalając miasto tonami łajna. Londyn pierwszą linię metra otworzył już w 1863 r. Kolejne miasta planowały inwestycje w szybki transport – Budapeszt, Berlin, Paryż, Boston. Tymczasem władza Bossa Tweeda, który zbijał kokosy na tramwajach, blokowała podobne plany w Wielkim Jabłku. Dopiero jego proces o korupcję i śmierć w więzieniu w 1878 r. otworzyły drogę dla nowej polityki i wizji miasta. Ratusz zatwierdził inwestycję w 1894 r., sześć lat później, przy asyście 25 tys. gapiów, z wykorzystaniem srebrnej łopaty od Tiffany’ego, ruszyła budowa. Tunel drążono z użyciem kilofów, mułów i dynamitu. Pierwszą linię metra – z 96. Ulicy na Manhattanie do Brooklynu – otwarto w roku 1904.

Wraz z rozbudową miejskiej kolei miasto rozlewało się coraz szerzej, urbanizowały się rolnicze dotąd rejony Bronxu, Brooklynu, Queensu; przybywało miejsc pracy, ubywało przemocy.

Przez pierwsze dekady problemem pozostawał fakt, że metrem zarządzały trzy osobne firmy, które zainwestowały w jego budowę. Rywalizacja sprawiała, że pasażerowie nie mogli przesiadać się między liniami różnych przewoźników bez opłaty. Konkurenci używali nawet różnej szerokości torów i wagonów. Dopiero w 1940 r. miasto przejęło dwie z trzech spółek i zintegrowało system. Nadszedł złoty czas nowojorskiego metra. W 1946 r. pociągi przewiozły ponad 2 mld ludzi – to rekord niepobity do dziś.

Jednocześnie nastąpił wzlot amerykańskiej potęgi po II wojnie światowej. Nowy Jork przegonił Paryż i Londyn, zostając nową stolicą świata. To tutaj chcieli teraz mieszkać ludzie artystycznej i intelektualnej awangardy, stąd rozprzestrzeniały się nowe trendy. W filmie Słomiany wdowiec Billy’ego Wildera z 1955 r. największa gwiazda na planecie stanęła w białej sukience na kratce wentylacyjnej metra i gdy pod ziemią przejechał pociąg, świat zobaczył jej nogi. Ameryka, jej najwspanialsze miasto i metro były sexy jak Marylin Monroe.

Miasto strachu

Gdy w 1998 r. pierwszy raz przyjechałem do miasta na dłużej, zamieszkaliśmy z kumplem na Upper West Side, przy 107. Ulicy i Broadwayu. Spacer do najbliższej stacji metra zajmował minutę. Linia nr 1 wiozła mnie bez przesiadek do kin studyjnych, w których spędzałem wtedy życie. Kilka minut do Lincoln Centre, trochę dłużej do sali kinowej Muzeum Sztuki Nowoczesnej – MoMA, i kawałek dalej na południe do Film Forum przy Houston Street. Pod fundamentem audytorium MoMA biegnie linia E. W czasie projekcji czuć było drżenie fotela, gdy przejeżdżał pociąg.

„Jedynką” dojeżdżało się też do World Trade Centre. Bliźniacze wieże sięgały nieba – niezniszczalny, jak myśleliśmy, symbol potęgi. Nowojorski paradoks polega jednak na tym, że metropolia będąca symbolem amerykańskiej kreatywności, różnorodności i siły bywa jednocześnie areną amerykańskiego upadku. Pod koniec lat 60., w tym samym czasie kiedy boom w deweloperce dał miastu WTC i inne wysokościowce, a w Greenwich Village czy Soho buzowała artystyczna scena kontrkultury, Nowy Jork gnębiły przemoc na tle rasowym, strajki służb oczyszczania, smog, narkotykowe epidemie, przestępczość. Trwał exodus klasy średniej na przedmieścia, wraz z nią uciekały kapitał i fundusze. Południowy Bronx zamienił się w krainę pożarów. W ciągu kilkunastu lat spłonęło ponad 2 tys. przecznic, ponad 43 tys. mieszkań. Dzielnica wyglądała jak zniszczona wojną. Władze obwiniały mieszkańców. Po latach okazało się, że za podpaleniami stali deweloperscy spekulanci. W 1975 r. miasto zawisło na krawędzi bankructwa. Ratusz zawołał na ratunek rząd federalny. Biały Dom odwrócił się plecami. Okładka „Daily News” obwieściła: „Prezydent Gerald Ford do Nowego Jorku: Zdychaj”.

W latach 70. w metrze popełniano 15 tys. ciężkich przestępstw rocznie, w tym kilkanaście morderstw.

Broszura rozdawana turystom na lotniskach nosząca tytuł Fear City(Miasto Strachu) radziła, aby unikać publicznego transportu. W 1975 r. dwóch facetów wsiadło do wagonu linii D. Spod płaszczy wyjęli strzelby, ustawili kilkudziesięciu pasażerów w szeregu…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką
Artykuł pojawił się w numerze: Szczęśliwego Nowego Jorku