Subskrybuj
Turyści w kajakach u wybrzeża wyspy Wiencke blisko Półwyspu Antarktycznego fot. iStock/Getty
Dr nauk przyrodniczych, ekolog, polarnik oraz tłumacz. Autor Czochrałem antarktycznego słonia i książek popularnonaukowych dla dzieci: Pupy, ogonki i kuperki, Gęby, dzioby i nochale oraz Darwin. Opowieść o naszej wielkiej rodzinie

Jeśli przyroda zamilknie

„To była najgłośniejsza cisza, jaką w życiu słyszałam!” – powiedziała z zachwytem Lisa, kiedy ponownie włączyłem silnik. Były jej urodziny, ale nie czuła się zbyt dobrze, dlatego szef poprosił mnie, bym zabrał ją i jej żonę na samodzielną wycieczkę wśród gór lodowych i wzdłuż czoła antarktycznego lodowca

Od prawie 20 lat pracuję jako przewodnik turystyczny w Antarktyce i Arktyce. Na ogół wygląda to tak, że mieszkamy na statku, który pływa od jednego atrakcyjnego miejsca do drugiego. Kiedy już tam jesteśmy, spuszczamy na wodę zodiaki, czyli solidne pontony z mocnym silnikiem zaburtowym. Potem staję przy rumplu, podpływam do trapu statku i biorę na pokład osiem lub dziesięć osób. Następnie zawożę je na brzeg, gdzie będą oglądać kolonie pingwinów (to, oczywiście, tylko w Antarktyce, bo w Arktyce ich nie ma), ptaków morskich albo fok, uchatek czy morsów (te z kolei tylko w Arktyce). Czasem też zwiedzają stację naukową albo arktyczną wioskę Inuitów. A czasem po prostu chcą połazić po górach i podziwiać widoki. Bywa też, że zamiast gdzieś lądować, ruszamy na wycieczkę zodiakową wśród gór lodowych, lodowców i pięknych górskich krajobrazów lub wśród wielorybów, które albo nas się nie boją i spokojnie żerują, albo wręcz podpływają zaciekawione. Takie wycieczki lubię chyba nawet bardziej od lądowania. Jeśli jest ładna pogoda, mamy do dyspozycji nawet dwie godziny na wodzie. W takim czasie można zodiakiem przepłynąć całkiem duży obszar i sporo zobaczyć, przy czym nigdy nie wiadomo, co to będzie konkretnie. Każde z nas, przewodników i przewodniczek, ma oczywiście w zanadrzu kilka trików, niemal stałych elementów gry, które wykorzystujemy, gdy chwilowo nic się nie dzieje lub gdy miejsce wyjątkowo temu sprzyja.

Jednym z tych, które lubię najbardziej, jest „minuta ciszy”.

Działa on tylko wtedy, kiedy nie ma wiatru, którego szum, wraz z chlupotem fal, uniemożliwiłby nam wykonanie ćwiczenia. Dodatkowo trzeba się znaleźć daleko od kolegów i koleżanek, żeby nie było słychać silników ich łodzi. Ponieważ dla bezpieczeństwa pływamy zawsze parami, działania trzeba skoordynować z partnerem lub partnerką z drugiego zodiaka. Najlepiej jest wpłynąć w miejsce, gdzie woda pokryta jest tzw. gruzem lodowym, czyli niewielkimi bryłkami lodu. To nie powinien być lód morski, czyli zamarznięta woda morska, tylko okruchy lodu z pokruszonych gór lodowych i growlerów. Te ostatnie to pływające kawałki lodu trochę mniejsze od góry lodowej, tj. o średnicy metra lub kilku. Ich nazwa pochodzi od słowa „growl”, czyli „warczeć”, i odnosi się do dźwięku wydawanego przez deski kadłuba, kiedy w takie kawałki przypadkiem uderzą.

Growlery wzbudzały przerażenie wśród dawnych żeglarzy.

Czasem bardzo nieznacznie wystają nad powierzchnię morza, a jeśli są ze starego lodu, z którego powietrze zostało już wyciśnięte, są idealnie przejrzyste i prawie niewidoczne, zwłaszcza przy falach. Zderzenie z nimi jest dla drewnianego statku bardzo groźne. Wszystko to fragmenty słodkowodnego lodu lodowcowego. Powstaje on w ten sposób, że najpierw spada trochę śniegu, potem trochę więcej i więcej, aż w końcu śnieg pod spodem jest tak zgnieciony, że zamienia się w lód. Trwa to kilka lat – i tak właśnie tworzą się lodowce, które następnie spływają powoli z gór w stronę morza. Kiedy lodowiec cieli się do morza, powstają góry lodowe. Ponieważ ten lód kiedyś był śniegiem, wciąż jest w nim dużo bąbelków powietrza – i o to nam chodzi. Lodowy gruz, unoszący się w wodzie, stopniowo się roztapia, uwalniając te bąbelki.

Kiedy już wpłynę w taki lodowy gruz, zatrzymuję zodiaka i wyłączam silnik. Pasażerowie są zwykle podekscytowani, pytają się, czy mogą wstać, robią zdjęcia okolicznym lodowcom i górom lodowym. Po chwili proszę ich, żeby teraz usiedli, zamilkli i przestali pstrykać. Najlepiej, żeby też zamknęli oczy i po prostu przez minutę, w absolutnej ciszy, posłuchali tego, co Antarktyka do nas mówi. Proszę, żeby się nie ruszali, bo nie chcemy żadnego szelestu. Wyłączam wtedy również radio, choć to nie do końca legalne, ale zawsze zlecam grupie misję, żeby mi potem przypomniała o włączeniu go. Słuchamy…

…i słyszymy. Najpierw wydaje się, że nic. Już to jest przyjemne. Gdzieś daleko cieli się lodowiec, to brzmi jak odległy grzmot pioruna. Z innej strony dobiegają dźwięki kolonii pingwinów. Po chwili krzyczy przelatująca w pobliżu mewa, a nieco dalej odpowiadają jej kormorany. A to wszystko podszyte jest moim ulubionym dźwiękiem na tej planecie, czyli tym, co nazywam szeptem lodu. To nieustanny szelest i ciche trzaski uwalniających się z lodu bąbelków powietrza. To właśnie tą głośną ciszą zachwycała się Lisa. Nie ona zresztą pierwsza i nie ostatnia, bo wszystkie osoby w zodiaku zawsze twierdzą, że to było kapitalne doświadczenie. Tylko ona to najładniej nazwała.

Śmierć

Cisza w Antarktyce nie zawsze jest piękna. Czasem jest dość przerażająca i często oznacza śmierć. To cisza, którą Douglas Mawson, sławny australijski badacz Antarktyki, wraz z Xavierem Mertzem, mistrzem narciarskim ze Szwajcarii, słyszeli, pochylając się nad głęboką szczeliną w lodowcu. Był 14 grudnia 1912 r., oni znajdowali się we wschodniej części południowego kontynentu, 480 km od swojej stacji, pośrodku lodowca, na którym nikt nigdy wcześniej nie był. Zorientowali się, że ich towarzysz, młody angielski porucznik Belgrave Ninnis, wpadł do szczeliny wraz z większością ich psów i niemal wszystkimi zapasami. Spędzili kilka godzin, nawołując go, ale ciszę przerywał tylko rzadki skowyt jednego z psów, umierającego 50 m niżej. Dla Mawsona i Mertza ta cisza oznaczała nie tylko tragiczną śmierć przyjaciela. Niosła ona jednocześnie milczącą, choć bardzo głośną wieść o tym, że najprawdopodobniej sami niebawem umrą, bo są bardzo daleko od domu, nikt nie wie, gdzie dokładnie, a zapasów mają bardzo niewiele. To, co wydarzyło się później, to jedna z najwspanialszych historii o ludzkiej woli przeżycia. Mawson w końcu dotarł do swoich, lecz Mertz umarł z wyczerpania i w wyniku zatrucia witaminą A z ciał tych kilku psów, które mieli ze sobą i które zjedli w drodze.

Dramatyczna cisza towarzyszy też śmierci zjadanych żywcem piskląt pingwinów.

Drapieżne ptaki, takie jak sokoły czy jastrzębie, czyli należące do rzędu szponiastych, mają długie i ostre pazury, dzięki którym potrafią zabić swą ofiarę w kilka sekund. Jednak w Antarktyce takich ptaków nie ma. Tu młode pingwiny muszą obawiać się petreli olbrzymich oraz wydrzyków brunatnych i antarktycznych. Petrele olbrzymie bywają chyba najbardziej przerażającymi ptakami, jakie znam. Bywają, bo czasem też zachwycają subtelną urodą swoich piór i oczu albo śmieszą swym nieporadnym krokiem. Mają ponad dwa metry rozpiętości skrzydeł i bardzo jurajską urodę. Najchętniej żywią się padliną i kiedy wynurzają swoje zakrwawione łby z trzewi martwej foki lub gdy ciężko przelatują nad głową, trudno nie myśleć o smokach. Wydrzyki są od nich mniejsze, ale dalej spore, wyglądają jak przerośnięte brązowe mewy. I jedne, i drugie, kiedy tylko mają okazję, kradną pingwinom jaja i pisklęta. Chętnie też dobijają dorosłe osobniki. Sęk w tym, że nie potrafią szybko zabijać. Ich płetwiaste łapy wprawdzie mają pazury, jednak nie są to podobne do sztyletów szpony krogulca. Nie potrafią przebić nimi swej ofiary, jedynie ją przytrzymać. Kiedy ukradną pisklę, zaczynają je po prostu zjadać, a nieszczęsny malec umiera w trakcie, zwykle dopiero po kilkunastu minutach.

Trudno się to ogląda. Oczywiście nie możemy się wtrącać, bo jesteśmy w rezerwacie dzikiej przyrody i musimy respektować jej prawa. W całym tym okrutnym spektaklu najbardziej szokuje mnie to, że pisklęta pingwinów cierpią i umierają w ciszy, czasem tylko delikatnie popiskując. Mam taką prywatną teorię, że krzyczą z bólu zwierzęta społeczne, takie jak ludzie lub psy, potomkowie wilków. Krzycząc, jęcząc czy płacząc, możemy przywołać kogoś, kto nam pomoże, bo zarówno ludzie, jak i wilki żyją w grupach rodzinnych, gdzie każda osoba wspiera lub przynajmniej powinna wspierać pozostałe. Żyję z kotami od wielu lat i nawet jak są chore, zwykle nie mówią nic, bo ewolucja przygotowała je do tego, że na nikogo nie mogą liczyć. Pingwiny wprawdzie żyją w ogromnych koloniach, ale są po prostu sąsiadami. Nawet rodzice nie ratują pisklęcia ukradzionego z gniazda. Obawiam się, że w ich historii ewolucyjnej wołanie o pomoc nigdy nie przyniosło żadnych pozytywnych efektów, więc nie miało jak się utrwalić.

Śmierć jednego pisklęcia jest dramatyczna, lecz coroczna śmierć całej kolonii poraża ciszą jeszcze bardziej przejmującą. W pobliżu Polskiej Stacji Antarktycznej im. Henryka Arctowskiego są kolonie trzech różnych gatunków pingwinów. Zanim zacząłem pracę przewodnika, przez wiele lat pracowałem naukowo i łącznie niemal trzy lata spędziłem na stacji, jako uczestnik lub kierownik czterech polskich wypraw. Najbliższymi naszymi sąsiadami są pingwiny białookie, czyli pingwiny Adeli. Nieco dalej mieszkają białobrewe, a kilka kilometrów dalej – maskowe. Wszystkie są hałaśliwe i smrodliwe. Pingwiny docierają do swoich kolonii wczesną wiosną, czyli z końcem października (na półkuli południowej pory roku są odwrotne niż u nas).

Od tego momentu słychać je właściwie bez przerwy.

Rozkręcają się powoli. Najpierw stoją na śniegu i czekają, aż się rozpuści, pomagając mu w tym łapami i odchodami. Z czasem coraz częściej słychać dźwięki ich zalotów, kiedy odnajdują zeszłorocznych partnerów lub partnerki albo poznają kogoś nowego. Wrzaski towarzyszą zarówno zalotom, jak i kłótniom o dobre miejsca na gniazdo. Notabeneokres lęgowy to jedyny moment, kiedy można odróżnić samce pingwinów od samic. Gdy śnieg się roztopi, a jego miejsce zajmie malownicza mieszanka guana i błota, wszystkie pingwiny mają brudne brzuchy, bo w niej leżą. W okresie rozrodczym, tak jak cała przyroda na wiosnę, pingwiny intensywnie kopulują. Wtedy samiec wskakuje na grzbiet leżącej partnerki, zostawiając na nim ślady swoich stóp. Choć brzmi to jak umiarkowanie smaczny żart, to faktycznie jest tak, że kiedy naukowcy chcą złapać pingwinicę, szukają osobników, które są brudne zarówno na brzuchu, jak i na plecach. Nie jest to, oczywiście, metoda skuteczna w każdym przypadku. Po pierwsze, czasem samiec ma czyste łapki i nie zostawia śladów, a po drugie, jak…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką
Artykuł pojawił się w numerze: Stwórz szałas na hałas