Subskrybuj
Roman Bielecki OP fot. Maksymilian Rigamonti/Forum
Pisarka, dziennikarka, publicystka, współzałożycielka Fundacji „Kultura nie boli”. W Big Book Cafe koordynuje i spina w całość program literacki. Autorka książek Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Znaki szczególne, Pojutrze. O miastach przyszłości, Między walizkami....

Noszę ość w gardle

Chrześcijaństwo to nieustanna konfrontacja. Ciągłe i nowe pytania. Nie możesz znaleźć się w miejscu spokojnym, w którym czujesz, że zrobiłeś, zrozumiałeś już wszystko.

Kim jesteś bardziej – zakonnikiem czy księdzem?

Zakonnikiem jestem w sposobie życia, bo mieszkam w klasztorze z innymi braćmi. A księdzem jestem w działaniu: sprawuję sakramenty, udzielam się duszpastersko. Dominikanie nie są mnichami jak benedyktyni czy trapiści i co do zasady nie prowadzą życia wsobnego, ale zajmują się także posługą i pracą na zewnątrz. Taka konstrukcja wymyślona przez św. Dominika Guzmána ustawia nas trochę okrakiem na barykadzie życia i niesie napięcie. Kilkanaście lat temu obecny kard. Grzegorz Ryś prowadził rekolekcje przed moimi święceniami. Wtedy nam powiedział, że to, co wybraliśmy, jest szalenie trudne. Z jednej strony chcemy pogłębiać więź ze sobą we wspólnocie zakonnej i ten wybór ma być znakiem dla innych, a z drugiej strony chcemy być aktywni. Mówił, że to może być rozdzierające. Miał rację.

Jak to się w Twoim życiu przejawia?

Zakonność jest w stałym napięciu z pracą w miesięczniku „W drodze”. Z jednej strony jako redaktor naczelny mam obowiązki wynikające z umowy o pracę, biurowe godziny, które spędzam w redakcji, stały tryb wydawniczy, który nie pyta się o wakacje czy święta. Z drugiej jak każdy zakonnik mam śluby – ubóstwo, czystość i posłuszeństwo, które są moimi punktami odniesienia w wielu codziennych decyzjach.

Chwilami czuję się jak na łódce – raz przechyla się ona w jedną, a raz w drugą stronę. Bronię swojej tożsamości jako zakonnik, bo inaczej wyciągnąłbym sobie dywan spod nóg i byłbym po prostu dziennikarzem.

A ja jednak definiuję siebie przede wszystkim jako zakonnik. Taką wybrałem drogę.

Jak wygląda Twój dzień?

Praca redakcyjna jest mocno wciągającą. Lubię to, choć większość tego, co robię, to czynności dość nudne, żmudne, składające się z dużej liczby spraw administracyjnych, szukania pieniędzy, proszenia autorów o napisanie tekstów czy wymyślania kolejnych numerów. Pisanie jako takie to raczej rzadki przywilej. Praca jak każda inna angażuje, a także drenuje emocjonalnie, czasem zwyczajnie ogłupia. I bywa, że wytaczam się z redakcji, czując, że nic mi się nie chce. Potem jest druga zmiana, czyli spowiedzi, msze, kazania, porady, rozmowy duszpasterskie, kurs przedmałżeński. Dodajmy do tego konieczność szukania czasu na osobistą modlitwę, brewiarz i relacje z braćmi. Kończę dzień ok. godziny 20.00, a niekiedy później.

A do tego jesteś księdzem.

Co dzień odprawiam mszę, którą wyznacza mi jeden z braci odpowiedzialny za nasz liturgiczny grafik. On ma wgląd w kalendarz naszych obecności i wyjazdów, przyjęte do odprawienia intencje i klasztorne zobowiązania. Przy klasztorze dwudziestoosobowym, takim jak nasz w Poznaniu, jest to skomplikowana układanka.

Na mszy chciałbym powiedzieć choć kilka treściwych zdań w ramach kazania. Niech to będzie krótkie, ale sensowne. Co nie jest takie proste.

Nie wykrzeszę mądrości wyłącznie z samej lektury Ewangelii czy chwili rozmyślania. Potrzebuję kontekstów, obserwacji, refleksji.

A kazania są niedocenianą, często jedyną formą kontaktu duszpasterskiego z wiernymi. Poza tym naprawdę rozumiem ludzi, którzy mówią, że trudno im się modlić. Bo sam, choć mam do dyspozycji kaplicę, muszę się pilnować, żeby co dzień do niej pójść choć na pół godziny medytacji i milczenia.

Robisz to rano, wieczorem?

Różnie. To zależy, jak się układa dzień.

Jak się modlisz?

Czasem siedzę i medytuję w kaplicy godzinę, i nie wiem, po co tam jestem. Myśli pędzą i uciekają albo nawiedza mnie dojmująca pustka. A są takie chwile, kiedy od razu mam poczucie Obecności. Używam Ewangelii, czasami własnych słów. Choć z tym ostatnim mam czasem kłopot. Bo kiedy ktoś mówi mi, że woli modlić się własnymi słowami, to proponuję ćwiczenie – zapraszam, żeby zrobił to na głos i sprawdził, na jak długo tych słów wystarczy. I czasem się okazuje, że starczyło na 40 sek.

A to nie jest OK?

Rzecz w tym, że nam się tylko wydaje, że lepiej to zrobić po swojemu, i trochę kombinujemy. Rozumiem, bo też czasem nie wiem, co powiedzieć. Wtedy mówię Ojcze nasz. W pewnym momencie odkryłem, że to jest dla mnie kompletny tekst i że w nim jest wszystko. Wypowiedzenie tej modlitwy po dniu pełnym zmęczenia, stresu, wkurzenia i przejęcia, ma dużą siłę. I jest czymś więcej niż odklepywaniem. Modlę się więc różnie, ale ostatnio obserwuję, że ważniejsze staje się dla mnie to, by milczeć i słuchać.

Modlitwa jest zwracaniem się do Boga czy raczej byciem w rozważaniach? Zastanowiło mnie, że użyłeś słowa „medytacja”, a ono nie kojarzy się z katolicyzmem.

No tak, bo jak ktoś medytuje, to pewnie jest buddystą. Choć przecież w chrześcijaństwie jest taka forma modlitwy, którą nazwałbym refleksją nad słowem. Medytowanie to nic innego jak powtarzanie w myślach małego fragmentu Pisma po to, by zaczął samodzielnie funkcjonować niezależnie od nas.

Tak rozumiana medytacja musi jednak przekraczać nasze ja, sięgać po ja Boskie. Bez tego byłaby niepełna.

Na pewnym etapie rozważań, będąc ze sobą uczciwym, człowiek rozumie, że sam siebie za uszy nie wyciągnie, choćby bardzo chciał. Że potrzebuje pomocy z zewnątrz. Tak zdefiniowałbym wiarę.

Czyli mamy potrzebę modlitwy samodzielnej. Ale jak wspomniałeś, to nie jest łatwe. Sama mam takie doświadczenie, że wypowiadanie słów znanej modlitwy dobrze działa jako rusztowanie dla równolegle biegnących rozmyślań. Że odmawianie różańca jest mantryczne, daje strukturę, oparcie.

Takiego rozumienia różańca nauczyłem się dopiero, wstępując do zakonu. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że powtarzalność i monotonia tej modlitwy, pewien schemat, który w sobie zawiera, mogą być podstawą do myślenia, a nie powodem do narzekania. A tak przez lata myślałem.

Różaniec był – i chyba wciąż jest – modlitwą codzienną wielu starszych kobiet, np. na wsiach. To była taka codzienna czynność medytacyjna. Babcie mojego dzieciństwa nosiły różaniec w kieszonce fartucha i odmawiały go między obowiązkami albo w chwili odpoczynku. Może to jest właśnie dowód, że najbardziej potrzebujemy modlitwy zabranej do życia, tej osobistej.

Myślę, że mamy różne głody modlitwy i pragnienia kontaktu z Bogiem. I że różańcowa forma nie jest dla wszystkich. Nasze babcie miały do tego większy dryg, a pewnie do medytacji i lektury Ewangelii podchodziły nieco podejrzliwie.

Słowo „medytacja” brzmi duchowo ekscytująco ale to jest sprawa wymagająca.

Tego się trzeba uczyć, a następnie pilnować wewnętrznie, obserwować siebie i świadomie wykorzystywać nawet drobne momenty w ciągu dnia, by później móc w koncentrację wejść pełniej i głębiej. Na przykład jadąc pociągiem, nie muszę niczego słuchać albo czytać. Mogę gapić się w okno, dając sobie przestrzeń na nicnierobienie. Jadąc samochodem czy czekając w kolejce do lekarza, nie muszę z nikim rozmawiać, tylko mogę być w tym czasie ze swoimi myślami.

Proponujesz monotonię i stratę czasu.

Tak właśnie to odczytujemy – jako coś bezsensownego. A przecież w tych małych decyzjach przygotowujemy siebie i swój zabiegany umysł na potem, do półgodzinnej wieczornej medytacji. Do skupienia. To nie jest basen, do którego uda się wskoczyć bez ćwiczeń. Bez nich kuszące wyobrażenie medytowania zmieni się we frustrację, że o godz. 22.00, po ciężkim dniu, nie udało się wyciszyć. Zgoda, bo niełatwo przejść ze stanu ON do OFF.

Twoja propozycja gapienia się za okno w pociągu brzmi jak buddyjskie nauki o uważności.

Zgadza się. Problem pojawia się, jeśli duchowość zachodnią przenosi się na Wschód w spłyconej i zwulgaryzowanej formie. I tak samo dzieje się z systemami duchowymi Azji, gdy lądują u nas w postaci figurki śmiejącego się Buddy w salonie spa, albo chińskiego kotka Maneki-neko machającego łapką na witrynie sklepowej. W Chinach też można pokazać ludziom obrazek z Lichenia i powiedzieć „To jest chrześcijaństwo”. No trochę jest i trochę nie jest.

Dlaczego samodzielna modlitwa jest trudna?

Życie duchowe wymaga dyscypliny, a tej nie jesteśmy uczeni. Wiemy, że powinniśmy robić badania okresowe, chodzić regularnie do dentysty. A gdy chodzi o pielęgnację wnętrza, wydaje nam się, że ona zrobi się sama. Tak nie jest.

Życie duchowe ma wiele wspólnego z życiem miłości, takiej ze związku dwojga ludzi.

Są momenty, w których rozmawiamy ze sobą bardzo blisko i poważnie, pogłębiamy relację. Są takie, gdy oglądamy serial na Netfliksie, gdy idziemy na spacer, trzymając się za ręce, i takie, kiedy w pędzie podajemy sobie tylko talerz z zupą. Wszystko to są rozmaite gesty miłości. Ale jeśli ich zaniechamy, relacja się posypie. Życie duchowe nie jest bezobjawowe, też ma swoje wyraźne przejawy. Jeśli o nie dbamy, to jest widoczne w gestach, wyborach. Choćby w tych chwilach, w których zaciągam hamulec ręczny.

A w działaniu, wobec innych?

Mam taką nadzieję. Bo jeśli przekładać Ewangelię na praktykę, to liczy się nie tylko to, co otrzymaliśmy od Boga, ale także to, jak się tym dzielimy z innymi. Jezus mówi o odchodzeniu na miejsce osobne, o słuchaniu swojego serca. Lecz w zakończeniu Ewangelii według św. Mateusza, w scenie opisującej sąd ostateczny (Mt 25,31–46), mówi: „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”. Jest to rozrachunek z działania, które bierze swój początek we wnętrzu.

To, co mówisz, przypomina mi rozmowę z hinduskim duchownym. On też zwracał uwagę, że choć jesteśmy przyzwyczajani do codziennego mycia zębów i kładzenia się do snu, to nikt nie uczy o potrzebie codziennego świadomego oddechu, medytacji. O higienie dla umysłu i ducha.

Dlatego korzystam z porównania do miłości. Może to brzmi boomersko, że ona wymaga starania, ale w parach najlepiej widać konsekwencje braków i zaniedbań. I nie mam na myśli tylko związków młodych, trwających dwa lata. Ale także te dojrzałe, partnerskie, pełne zrozumienia. One również, po trzech dekadach, mogą się rozsypać bez świadomej dbałości. W życiu duchowym też można dokonać dużego rozwoju, a potem go zaniedbać.

Widzę jeszcze jedno zagrożenie. Można zawędrować w dolinę narcyzmu. Skupienie na rozwoju duchowym nietrudno chyba pomylić ze skupieniem na zaimku „ja”?

Na tym się opiera niełatwe przesłanie chrześcijańskie. Ono docenia rozwój i jednostkę, a jednocześnie mówi: „Kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa” (Łk 9,24); „Nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem” (Łk 14,33). Te słowa Jezusa brzmią jak daleko­wschodnie koany. Wymagają radykalnej zmiany sposobu myślenia. Jak to zrobić, jak zastosować je w swoim życiu? „Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują” (Mt 5,44). Zrozumienie, że Ewangelia nie daje gotowych odpowiedzi, a jedynie inspiruje, to jest właśnie odkrycie dojrzałej wiary.

Czy chrześcijaństwo z taką propozycją wyrzeczenia się egoizmu, satysfakcji, nagród ma szanse? Żyjemy w kulturze indywidualizmu, szybkich gratyfikacji.

Chrześcijaństwo rozgrywa się w Polsce na dwóch poziomach – religijnym i kulturowym. Ten drugi, oparty na utartych schematach, nie ma przed sobą jasnej przyszłości. On już od jakiegoś czasu wielu osobom nie wystarcza, a pokolenie Z traktuje go często z obojętnością. To tak naprawdę jest największy problem, jaki stoi przed współczesnym chrześcijaństwem.

Bo paradoksalnie dopóki ktoś kwestionuje prawdy wiary, to jest to dowód na to, że one są dla niego ważne. Kiedy przestanie to robić, przejdzie na pozycję, w której to zwyczajnie nie będzie jego bajka.

Więc nawet kiedy ludzie mówią: „Po co Jezus umarł za nas na krzyżu?”, „Czy nie mógł tego zrobić inaczej?”, „Po co się spowiadać?”, to nie traktuję tych pytań jako podyktowanych złością albo buntem. Dla mnie to dowód na chęć świadomego przeżywania wiary. Jednocześnie obserwuję internetowe dyskusje w wirtualnym katoświecie i widzę, że wymiany o religijności są niesłychanie żarliwe czyli że religia dla jakiejś części ludzi ma duże znaczenie. Dostrzegam w tym poszukiwania pełnego chrześcijańskiego doświadczenia, a nie kolejnej formy dobrego życia. No i dobrze, bo chrześcijaństwo zawsze było kontrkulturowe.

Co masz na myśli?

Chrześcijaństwo to nieustanna konfrontacja. Ciągłe i nowe pytania. Nie możesz znaleźć się w miejscu spokojnym, w który czujesz, że zrobiłeś, zrozumiałeś już wszystko. Jesteś syty i masz wszystko ogarnięte. Chrześcijanin nosi ość w gardle.

Myślisz, że im bardziej świat konsumpcyjny wnika w nasze życia, tym większa jest potrzeba duchowości? Bo to brzmi dobrze, ale może materia jednak triumfuje?

Głodu duchowego jestem pewien. Spotykam mnóstwo ludzi, którym real już się przejadł. Niby jest wszystko, a nic nie ma smaku. Co wtedy pozostaje? Po co żyjemy? Większości z nas nie wystarcza zabezpieczanie potrzeb i komfortu. Dlatego powszechne zmęczenie światem jest OK, upatruję w nim siły i szansy.

Niedawno zmarł David Lynch, a jego kino było mi bardzo bliskie, bo opowiadało o pewnym napięciu, o konieczności opowiedzenia się wobec rzeczywistości.

Najbardziej łatwostrawny z jego filmów, Prosta historia, jest o facecie, który jedzie blisko 400 km na spotkanie z bratem. Jedzie na kosiarce i nie chce być podwieziony, chce to zrobić po swojemu. Patrzysz, a łzy same lecą. Bo w prostocie odsłania się to, czego naprawdę chcemy. I to, że na koniec dnia nie liczy się żaden milion lajków.

Ideał ubóstwa to jedna z ważnych myśli w chrześcijaństwie. Ale co wynika z tego, że jako zakonnik masz mniej i mieszkasz w klasztornej celi?

Ubóstwo nie działa automatycznie. Myliłby się ten, kto by zakładał, że narzucenie ubóstwa spowoduje, że wszyscy odkryją miłość i wiarę i będą lepiej żyli. W Imieniu różyUmberto Eco ukazuje czternastowieczny Kościół właśnie w chwili rozważań nad wprowadzeniem powszechnego nakazu ubóstwa. Trwają dyskusje o tym, czy wzorem Chrystusa żyjącego z jałmużny papież ma wprowadzić…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Jak smakuje życie w Korei