Subskrybuj
Pisarka, dziennikarka, publicystka, współzałożycielka Fundacji „Kultura nie boli”. W Big Book Cafe koordynuje i spina w całość program literacki. Autorka książek Lalki w ogniu. Opowieści z Indii, Znaki szczególne, Pojutrze. O miastach przyszłości, Między walizkami....

Co nam śpiewa nad głową?

U ludzi, których zabieram do lasu, pojawiają się zachwyt czy nawet szok. Zapisuję te okrzyki: „O Jezus Maria! O ja pier…!”. Wiedza, którą wtedy zdobywają, powoli zmienia też ich postawę wobec przyrody.

Dokąd idziemy?

A tam, za winkiel. Na sam koniec Warszawy. W betonowej podstawie słupa wysokiego napięcia jest miejsce, w którym zbiera się woda. Żyje tam ropucha. Boże, jaka radość! To jedyny stały zbiornik wody, poza chwilowymi kałużami, w promieniu 2 km. Tam cały rok stoi woda.

A w niej jedna samotna ropucha?

Tak, ale ostatnio zabrałem drugą z ul. Rosoła, o mało ktoś jej nie przejechał. Przyniosłem tu. Myślę, że płazy też lubią być z kimś, szczególnie że ropuchy są wieloletnie, mogą żyć i dwie–trzy dekady. A, tu widzisz, na tych drzewach przy samej drodze są numerki, pojawiły się w ostatnich dniach. Trochę mnie niepokoją. Już dzwoniłem do gminy, jednak tam nic nie wiedzą. Może Zarząd Zieleni Warszawy, może w trosce o bezpieczeństwo ludzi i samochodów. Bo drzewa rosną przy drodze, trochę się pochylają.

Ale jeśli wycinamy takie okrajkowe drzewa, to pozbawiamy las aerodynamicznej osłony.

Zobacz, one są potężniejsze, rozwinęły korony od zewnętrznej strony. I gdy uderza w nie wiatr, ślizga się po nich, traci moc. Bez nich będzie wpadał śmiało do wnętrza lasu, a tam drzewa są smuklejsze, gęściej rosną.

Do tej żaby mnie prowadzisz?

Do ropuszki. Jesteśmy. Widzisz? Tu jest cień, więc chłodna woda stoi cały rok. Jest głęboki humus z liści i rozkładającej się materii organicznej, gdzieś tu w nim zagrzebała się ropucha. Ta rozkładająca się materia jest podstawą. I w biologii, i w filozofii. Trochę mnie zaskoczył Tomasz Stawiszyński, którego książkę Co robić przed końcem świata właśnie przeczytałem. Bo w niej nie ma nic o przyrodzie, nic o planecie. Jest o apokalipsie i jej uwodzącym uroku, choć nie do końca wiadomo, czym ta apokalipsa miałaby być.

A dla Ciebie to jasne: śmierć drzew i zmiany klimatyczne?

W dużej mierze. Chciałbym z Tomkiem porozmawiać, zadzwonię do niego. Bo zabrakło mi myśli o tym, że bez przyrody człowiekowi trudno być. Początki filozofii greckiej biorą się z obserwacji materii i rozmyślań nad nią, przekonania, że ziemia, kamienie i cała materia są ożywione. Tales pierwszy wpadł na pomysł, że początek życia mógł mieć miejsce w wodzie. Kucnijmy. Nabiorę trochę wody do słoiczka, żebyś zobaczyła, co się w niej dzieje. Spójrz, ile tu pływa rozwielitek. Poczekaj, dam ci lupę.

Maleństwa. Urosną?

Mogą być nawet trzy razy większe niż w tej chwili. Żywią się nimi różne organizmy wodne. Na przykład kaczki. Zobacz, ile tu życia. Jest przyjemnie, chłodno, rozmaicie jak w akwarium. A ono powstało przypadkiem. Wiatr nawiał liści, deszcz zamoczył. I dzieje się. Tu przychodzą pić lisy, raz spotkałem jeża. Dziś wieczorem prowadzę grupę na spacer do lasu i myślę, że od tego zbiornika zaczniemy.

Może współczesnych filozofów też warto zabierać na spacery?

Akurat z Tomkiem Stawiszyńskim i innymi autorami byłem w Puszczy Białowieskiej, wędrowaliśmy razem. Prowadząc różne osoby w przyrodę, nieraz zauważam dystans wobec niej. Ludzie mają obawy, czują strach, niechęć.

To słychać nawet w języku. Mówimy: „Jestem w przyrodzie”, trochę tak jak: „Wchodzę do internetu”, jak do innej rzeczywistości, nie swojej. Spacery i biodróże, które prowadzisz, przyciągają coraz więcej osób, książki przyrodnicze cieszą się większym zainteresowaniem. Może to właśnie fascynacja naturą jako czymś obcym, nieoswojonym?

Ta ciemna strona Oświecenia i jego wpływu na naszą relację z naturą została dobrze opisana. To wówczas ludzie zdefiniowali naturę jako przeciwieństwo kultury, także agrokultury. Ma to różne skutki. Dobry jest np. taki, że kiedy znajdujemy się na zewnątrz, poza czymś, możemy to podziwiać, rozważać. A zły choćby taki, że uważasz, iż możesz tym zarządzać, korzystać z tego, co wydaje się poza tobą, bez konsekwencji.

Wiemy przecież, że życie biologiczne jest całością – jakość gleby, wody, żywności jest jakością naszego życia jako organizmu. I już na tym podstawowym poziomie nie ma mowy o granicy między nami a przyrodą. Jakoś szczególnie dobrze widzę to w życiu wody.

Tej wody, której mamy coraz mniej.

A jakość tej, którą mamy w sobie, pogarsza się. Lecz poza tym namacalnym związkiem wielu z nas czuje się połączonych z ekosystemem na poziomie… duchowym. W ekologii głębokiej mówi się o braterstwie czy siostrzeństwie organizmów, o braterstwie w ewolucji. A inni znów dostrzegają przede wszystkim związki, relację troski i miłości wobec innych istot z poziomu ich opiekuna. Już św. Franciszek zaskakiwał, gdy kierował swoje kazania do ptaków. Ale i wcześniej animizm niósł ze sobą rozmaite formy poszanowania przyrody, chociażby dlatego, że stało za nim przekonanie o naszym – ludzi i innych istot – wspólnym pochodzeniu i wiara w to, że kamienie, woda, ziemia są żywe.

Wyszliśmy na drogę, przed nami las. Trafił nam się słoneczny dzień.

Kiedyś pisałem o pierwszej trakcji kołowej na terenie Polski. 3,5 tys. lat przed Chrystusem, niedaleko Miechowa, powstała waza. A na niej wyryty jest taki obraz: pole, rzeka, drzewo, wóz. Gdy to naczynie zbadano i opisano, okazało się, że ta trakcja kołowa była dużo starsza niż ta znad Eufratu i Tygrysu. Ja na wazie dostrzegłem co innego – pierwsze drzewo przydrożne. Często myślę o człowieku, który je wyrył. Na jednej jedynej wazie, a znaleziono w okolicy kilkadziesiąt tysięcy skorup.

Wiemy, jak wyglądały neolityczne pola?

Ludzie nie usuwali wtedy całego lasu, nie wycinali największych drzew. I te solitery albo ich grupy były w krajobrazie obecne, widziało się je z daleka. Ciekawi mnie, kim była ta osoba, która jako pierwsza dostrzegła i zapisała istotność drzewa. Nie czuła obrzydzenia materią organiczną. Przeciwnie – być może odczuwała to, co Edward Osborne Wilson nazywał biofilią, pociągiem, zależnością, nawet miłością do natury. Dotarliśmy do skraju Lasu Kabackiego, tu wzdłuż koron regularnie przed zmrokiem latają nietoperze.

Wokół koron drzew bardzo dużo się dzieje. Odbywają się rójki owadów, przysiadają najlżejsze ptaki, jak czterogramowy mysikrólik, może modraszki. Zobaczymy, co dziś wieczorem się tu wydarzy. Trochę ten nocny spacer przeżywam.

Nocny spacer to rzadkość?

Tak, większość prowadzę za dnia. Mamy kłopot z ciemnością. Czytałem raport Light Pollution Think Tank o zanieczyszczeniu sztucznym światłem, w niektórych miejscach w Europie z powodu światła populacje owadów spadają o połowę. Teraz dużo o tym rozmyślam. Dlaczego nie lubimy ciemności, ile w niej dobrego.

Dziś ruszycie na spacer po ciemku czy z latarkami?

Zastanawiam się jeszcze. My, ssaki, mamy dwa rodzaje fotoreceptorów – pręciki i czopki. Pręciki mają światłoczułe białko – rodopsynę, ono wytwarza się w ciemności i pozwala dobrze widzieć w nocnym lesie. Pręciki pozwalają zauważać kształty w czarnobieli i szarości, a czopki odpowiadają za kolory, więc nocą są nieprzydatne. Ludzie są zaskoczeni, ile potrafią dostrzec po ciemku. Widzimy wtedy trochę jak sarny, jelenie i dziki – plamy, kształty, ruch, bez koloru. To się nazywa widzenie skotopowe. Żeby rodopsyna się wyprodukowała w potrzebnej do takiego widzenia ilości, potrzeba ok. 30–40 min, więc wymaga sporo pewności siebie. Nie wszystkich udaje się namówić. A bardzo chciałbym chodzić z ludźmi po nocy.

Żeby co zobaczyć?

Choćby to, jak na Moczydłowskiej świetliki wylatują z lasu do latarni ulicznych. Światło wyciąga owady z lasu. Jedna trzecia owadów przyciągniętych światłem lampy do świtu umiera. Ze zmęczenia albo padają ofiarą nietoperza czy szerszenia. Zastanawiałaś się, dlaczego maski samochodów latem są już niemal czyste? Bez tych śladów rozbitych owadzich ciał? Bo ich nie ma. Wyciąganie z ciemności odbywa się na skalę kraju. Lampy wiosek wyciągają owady z lasu, stamtąd wyciąga je światło przedmieść, a rozświetlone miasto magnetyzuje jeszcze silniej.

Rok temu Ministerstwo Rozwoju i Technologii wydało 1 mld zł na program Rozświetlamy Polskę, który miał w założeniu służyć zwiększeniu bezpieczeństwa na drogach.

Pod Ełkiem czy pod Mińskiem Mazowieckim możesz zobaczyć latarnie świecące w szczerym polu. Na szczęście są i dobre wieści. Nowe lampy są skierowane ku dołowi i są płaskie, a w ledowych można regulować natężenie światła. Choć i tak co drugą, co trzecią latarnię można by zgasić. Napisałem już pisma – żeby część latarni przy Moczydłowskiej przytłumić, a część wygasić. Jeśli chcemy mieć świetliki.

I jak w gminie reagują na pisma?

W sprawie świetlików napisałem pierwszy raz. Lecz gdy interweniuję w sprawie drzew, zwykle stukają się w głowę. Wiele osób uważa, że taki aktywizm nie ma sensu. Że to instytucje, organy i firmy powinny coś zmieniać. Ale ja myślę, że nasze jednostkowe akty składają się na zachowania społeczne o szerszej skali. I że warto je wywoływać. Dzwonić, pisać listy. Po to też robię te biodróże. Ich uczestnicy czasem sami biorą się do działania. Bo na ogół nie zdajemy sobie sprawy z tego, co jako ludzie robimy innym istotom. Korty tenisowe i boiska oświetlone przez całą noc, budynki publiczne, szkoły jasne jak za dnia. A już blisko połowa z nas ma problemy ze snem. Nie wydziela się nam melatonina, bo nie śpimy w ciemności, mamy światła za oknami. Światło jest pozytywne kulturowo. Jak czystość.

I jak linie proste, równo przystrzyżone trawniki.

Ciemność ma niemal wyłącznie negatywne konotacje. Jak dziura, bagno, dziupla, rozkład. A wszystko to w ekosystemie zjawiska podstawowe i pozytywne. Na granicy lasu i miasta ciągle dochodzi do konfliktów. Ludzi niepokoi mały grzyb na drzewie, bo gnije. A dziupla to nic złego, bo drzewo raczej przypomina rurę niż pełną w środku kolumnę. Biofobii jest tak dużo, bo ktoś przez cały czas negatywnie opowiada przyrodę, ktoś nam wciąż snuje opowieść o tym, jak ona jest niebezpieczna. Szukałem ostatnio higrometru w marketach budowlanych, żeby zbadać, co dzieje się z wodą z deszczu. Możesz taki przyrząd wetknąć w glebę i łatwo pomierzyć, jak głęboko woda wnika w glebę. A co w marketach dostrzegłem? Masę środków i masę sposobów na trucie owadów i skorupiaków.

Małe stworzenia, Bogu ducha winny turkuć podjadek wykreowany na wroga ludzkości. Ktoś nas straszy komarami, nawet gąsienicami motyli.

Są w sklepach wszelkie rodzaje trucizn i koszmarnych pułapek lepowych na gryzonie – norniki, myszy, krety. Opowieść o grożącej nam naturze toczy się na rynku i ktoś na naszym strachu dobrze zarabia. A my dodajemy do tego porzekadła i przysłowia o skorkach w uchu, myszach lęgnących się z brudu, o ugryzieniach komara swędzących cały dzień.

Skoro mamy porzekadła, to ten lęk w nas dobrze osiada.

Bo fobie to część naszego ewolucyjnego przystosowania. Uczyliśmy się bać zagrożeń, to nas dawniej ratowało. Ale dziś? Robię rozpoznanie w pismach lifestylowych i łapię się za głowę. Mamy w Polsce nowego owada, nie jest to gatunek inwazyjny, sam do nas przywędrował. Nazywa się skupieniec lipowy. Siedzi na lipach i wygląda jak srebrny porost czy nalot. Nic nie wiadomo o tym, aby on drzewom czy ludziom jakkolwiek szkodził, lecz ja w gazecie czytam cytowanego profesora: „Truć, zabijać, w mrozie polewać wodą”. Bo skupieniec wlatuje do domów przy zapalonym świetle. No, jak zapalisz wieczorem światło i otworzysz okno, różne owady wlecą. Albo chrabąszcz guniak czerwczyk, który latem jest bardzo aktywny i widoczny. A w portalach artykuły: „Czy chrabąszcze nam zagrażają?”. Przecież to jest dobrze znany owad, którym żywi się wiele ptaków.

Dlaczego tak boimy się chrabąszcza?

Doszło do jakiejś alienacji, a ona umożliwia przekłamania. Ze dwa pokolenia nie wychodziły na dwór, nie spędziły dzieciństwa na wsi i dziś stawiają niemądre pytania: czy guniak czerwczyk nam zagraża?

Jest stąd jakieś dobre wyjście? Bo im lepiej rozumiemy kryzys klimatyczny i jego skalę, tym bardziej puchnie myśl o jeszcze rozleglejszych strategiach zapanowania nad przyrodą. Mam wrażenie, że biofile – choć coraz widoczniejsi – to wciąż mniejszość. A środki kontroli natury tylko rosną.

To się faktycznie rozgrywa globalnie, ale najlepiej widać ten mechanizm lokalnie, w gminie albo dzielnicy. Pomyśl, co się dzieje z wodą – ona może płynąć już tylko tak i tam, gdzie my chcemy. Ten zbiornik, w którym mieszka ropucha i dzięki któremu od lat żyją tysiące zwierząt, to przypadek. Decydentowi, który zgodnie z polskim prawem administracyjnym zarządza terenem, trudno pozwolić na przypadkowość. Myślę, że tę odpowiedzialność należałoby z gmin czy dzielnic zdjąć, mogłaby wrócić do nas – wspólnoty obywateli. Inaczej decyduje probabilistyczny lęk przed wiatrem i tym, że on mógłby może jakieś drzewo przewrócić na ulicę czy chodnik. Przed chwilą rozmawiałem ze wspólnotą bloku o tym, czy mogę łapać deszczówkę z rynien do podlewania drzew. I już widzę, że łatwo nie będzie.

Szacuje się, że miejscami w polskich miastach nawet 90% deszczówki idzie do kanalizacji.

Nie łapiemy jej na trawniki, zieleńce. A najlepsza byłaby właśnie jej retencja w glebie, ściółce, korzeniach. Niestety, my wciąż chcemy kontrolować. Jest w nas lęk przed brakiem panowania nad wydarzeniami, a zarazem zwykły strach przed ugryzieniem, ukąszeniem, przed kontaktem fizycznym.

Komar wyrósł na antybohatera naszych czasów. Owady w ogóle mają niskie notowania. Ty je lubisz?

Lubię i dziwię się, że ludzie mają do nich tak negatywny stosunek. Słychać to już w samej nazwie – owady nam „wadzą”.

Przecież niechęć nie bierze się znikąd. One roznoszą zarazki, muchy się łapało na lep i tłukło właśnie dlatego.

Jestem świeżo po lekturze Mrocznej ekologii Timothy’ego Mortona. On powtarza myśl dobrze znaną w humanistyce środowiskowej, ale ciekawie przez niego wyrażoną. Nas, ludzi, nazywa Mezopotamczykami, przypomina, że już w dolinie Tygrysu i Eufratu podzieliliśmy rzeczywistość na agrokulturę i resztę. Wtedy w spichlerzach owady i gryzonie faktycznie szkodziły, zasługiwały na miano szkodnika. A dziś komu leśny gryzoń może zaszkodzić? Leśnikowi w pensji? To nie kornik drukarz zabija świerki, on się pojawia w lesie osłabionym brakiem wody i zmianami klimatycznymi wywołanymi przez człowieka. Świerk już właściwie usycha, gdy ten chrabąszcz się zjawia.

A las dla wielu organizmów jest niezbędny jako siedlisko i materia organiczna. Chrząszcze przetrwały do dziś w tych lasach, rezerwatach, gdzie człowiek nie sprzątał, nie ingerował.

W Puszczy Białowieskiej są to ozmiazg kolweński, dwa gatunki zgniotków, zagłębek bruzdkowany, ponurek Schneidera o pyszczku przypominającym ponury wyraz twarzy. Ludzie, którzy mienią się kulturalnym społeczeństwem, powinni o te małe istoty zadbać. Zaopiekować się nimi.

Może tu chodzi o coś większego? O ludzki lęk przed śmiercią i o to, że każde spotkanie z przyrodą to konfrontacja z procesami przemiany. Z tym, że taki ponurek żywi się obumierającą materią organiczną. I tu odzywa się pospolita figura lęku, że i nas po śmierci będą jadły robaki.

Może dlatego Czesław Miłosz swego czasu odwrócił się od przyrody, chyba nie chciał widzieć, ile w niej przemocy. Jak gdyby nasze myśli i idee nie raniły. One nie sprawiają, że od razu krwawisz, lecz nasze słowa często przypominają tę agresję, której nie lubimy w ekosystemie. Ludzie nie są w niczym lepsi, tylko odwracają wzrok, gdy ptak zjada owada. Często powtarzam uczestnikom biodróży i spacerów, które prowadzę, że przyroda oswaja nas ze śmiercią. Jeśli przyjrzysz się rodzinie sikorek, od razu zorientujesz się, że przeżywa ułamek potomstwa. Z dziesięciu jaj sikorki młodej może dwa, trzy młode. Zabija drapieżnictwo, zabija wpływ człowieka. To może zniechęcać do bycia w przyrodzie.

Ciebie nie zniechęca. Skąd Ty się taki wziąłeś? Wychowałeś się na wsi, ale ona jest przecież agrokulturą.

I nigdy nie zapomniałem, że w dzieciństwie musiałem zjeść moją ukochaną…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Uwolnić się od kultu produktywności