Subskrybuj
Dziennikarz, wydawca i kurator. Redaktor naczelny polskiej edycji „Le Monde diplomatique”. Jest m.in. autorem książek Opium globalizacji (2004), Witajcie w cięższych czasach (2020) oraz Gry w rasy. Jak kapitalizm dzieli, by rządzić (2021), nominowanej do Nagrody Literackiej „Nike” 2022

Gorzka historia

Przemysł cukrowy od swego zarania stanowił zwierciadło ukazujące ciemne oblicze innowacji w systemie kapitalistycznym. Podważyły to dopiero walki ruchu robotniczego i dekolonizacja.

To miał być wielki dzień dla członków Waterloo Uncovered. Organizację pod szacownym patronatem Charlesa Wellesleya, byłego członka Parlamentu Europejskiego i w prostej linii potomka pogromcy Napoleona, księcia Wellingtona, założyła grupa naukowców i entuzjastów archeologii pól bitewnych. Od kilku lat przygotowywali się do rozpoczęcia badań na terenie słynnej bitwy, która w czerwcu 1815 r. zakończyła lot napoleońskiego orła. Kierowane przez brytyjskiego archeologa Tony’ego Pollarda prace rozpoczęto w miejscu, gdzie wedle wszelkich świadectw miały się znajdować masowe groby skrywające szczątki ponad 20 tys. żołnierzy poległych w bitwie. Wkrótce po pierwszym wbiciu łopaty w ziemię ekipa Pollarda dokonała niezwykłego odkrycia. Przy czym nie chodziło o to, co znalazła pod ziemią, ale czego nie znalazła. Wielkie grobowce były niemal puste, zaledwie trochę szczątków ludzkich i końskich. Jak to możliwe? Po kilku latach badań Pollard wraz z niemieckim historykiem wojskowości Robinem Schaeferem i brytyjskim archeologiem Bernardem Wilkinem ogłosili dwie hipotezy. Pierwsza mówi, że od 1820 r. kości zostały wykorzystane jako naturalny nawóz do intensywnych i częściowo już zmechanizowanych upraw rozkwitających w regionie. Druga, że szczątki poległych zostały wydobyte przez ekipy wysłane z pobliskich cukrowni. Przewieziono je tam, a następnie zmielono, by wytrącić zawarty w ludzkich i zwierzęcych kościach fosforan wapnia. Pozyskana w ten sposób substancja o właściwościach wybielających została użyta w procesie rafinacji cukru z buraków. Dzięki temu cukier buraczany uzyskiwał śnieżnobiałą barwę.

Herbata słodzona ludzkimi kośćmi

Cukier z buraków był jednym z wielkich wynalazków ery napoleońskiej. Jak zwykle w takich przypadkach zrodziła go potrzeba. Gdy w 1806 r. cesarz Francuzów zarządził blokadę kontynentalną, by zdusić brytyjski handel zagraniczny, przy okazji odciął Europejczyków od wielu towarów importowanych z wysp i kolonii Imperium Brytyjskiego. Jednym z nich był właśnie cukier. Władze cesarskie zachęciły uczonych do pracy nad zastępnikami. System nagród zadziałał znakomicie, tym bardziej że już dwa lata wcześniej francuski przyrodnik i dziedzic fortuny ubezpieczeniowej Benjamin Delessert i wspierający go chemik Jean-Baptiste Quéruel rozpoczęli prace nad właściwościami buraków. Opierali się na osiągnięciach Niemców Andreasa Sigismunda Marggrafa – odkrywcy technologii rafinacji buraków – i Franza Karla Acharda, założyciela pierwszej buraczanej cukrowni w dolnośląskim Kunert (dziś Konary) w 1799 r. Możliwe, że francuskich uczonych motywowały też doniesienia o działaniach Rosjan Jakuba Jessipowa i Jegora Blankennagela, którzy zbudowali cukrownię w Alabiewie koło Tuły. Jakkolwiek było, w 1811 r. Quéruelowi udało się dokonać ekstrakcji cukru i wkrótce potem uruchomić w Passy cukrownię.

Cukier z buraków nie uratował cesarstwa, ale niektórzy wielbiciele Napoleona pocieszają się myślą, że wiele lat po jego śmierci na Wyspie Świętej Heleny Wellington, znany z brutalności i zamiłowania do słodzonej herbaty, popijał napój o smaku złagodzonym kośćmi swoich własnych żołnierzy.

W opowieści o cukrze rafinowanym ludzkimi szczątkami odnajdujemy wszystkie istotne wątki historii tego niezwykłego wyrobu spożywczego, bez którego większość z nas nie jest się w stanie obyć.

Mamy tu słodycz i wojnę, przemysł i przemoc, nowoczesność i barbarzyństwo. Wszystko to brzmi jak z horroru, co właśnie jest w hipotezie o cukrze na ludzkich kościach najcenniejsze, niezależnie od tego, czy potwierdzą ją dalsze badania. W istocie bowiem cała historia cukru – niezależnie od technologii wykorzystanej przy jego pozyskiwaniu – przypomina horror. A nawet przerasta najkrwawsze przykłady tego gatunku.

Pewnego dnia 1493 r. Alvaro de Caminha zobaczył brzeg, który miał być jego przeznaczeniem. Jakiś czas wcześniej rezydujący w Lizbonie król Jan II obdarzył tego portugalskiego rycerza godnością kapitana Wyspy Świętego Tomasza. Bezludna skała wielkości 850 km2 odkryta przez ekspedycję Fernão Gomesa w 1471 r. z daleka wyglądała wspaniale. Plaże, palmy, lazurowe wody przybrzeżne niespecjalnie jednak zachwyciły de Caminhę. Królewski nominat miał na głowie poważniejsze sprawy niż plażowanie. Statki konwoju wiozącego go do nowego miejsca pracy wypełnione były bowiem dziećmi. W myśl dworu Avisów miały one osiedlić się na odległej o kilka tysięcy kilometrów od Lizbony wyspie i stać bezpośrednimi poddanymi władzy Caminhii. Podczas podróży i krótkiego postoju na Maderze kapitan mógł zastanawiać się, skąd pomysł, żeby 2 tys. europejskich dzieci poniżej 8. roku życia wysłać do Zatoki Gwinejskiej? Możliwe zresztą, że budziło to wątpliwości. Od dwóch lat na Półwyspie Iberyjskim trwały wielkie wypędzenia, których ofiarą padły setki tysięcy ludzi. Konwój Alvara de Caminhii stanowił konsekwencję bezprecedensowych wydarzeń, do których doszło po upadku ostatniego emiratu muzułmańskiego w Granadzie w 1492 r. Katoliccy królowie Hiszpanii postanowili wówczas upiec na jednym ogniu jeszcze jedną pieczeń i wypędzić ze swoich ziem Żydów, którzy odmówią przejścia na chrześcijaństwo. Dzieci, które parę godzin po pojawieniu się Sao Tome w zasięgu wzroku kapitana de Caminhii zeszły na ląd, miały nieszczęście urodzić się w żydowskich rodzinach. Po wypędzeniu z Hiszpanii znalazły one azyl w Portugalii, a Jan II łaskawie zezwolił kilkudziesięciu tysiącom uchodźców na krótki pobyt w swych domenach, pobierając przy tym stosownie wygórowaną opłatę.

Jednak po upłynięciu wyznaczonego terminu mieli niezwłocznie opuścić Portugalię. Nie wszyscy zdążyli na czas. To właśnie te spóźnialskie rodziny ukarano oddzieleniem dzieci. Przymusowo je ochrzczono i wysłano na São Tomé.

Wyspiarskie życie pod opieką kapitana nie należało do przyjemnych, a śmiertelność wśród wyczerpanych fizycznie i psychicznie malców była ogromna. Odwiedzający wyspę około 1511 r. Valentim Fernandes doliczył się niespełna 600 żywych. Ich los można uznać za emblematyczny dla historii kolonizacji. Padły ofiarą nowych form władzy imperialnej, które zarówno na swoim, jak i na podbitym terenie opierały się na strategiach dzielenia i rządzenia podległej im populacji. Uznane za istoty ludzkie gorszego sortu, doświadczyły wygnania, asymilacji i deportacji.

Ten wzór – z odpowiednimi modyfikacjami i w różnych konfiguracjach – będzie się powtarzał przez kolejne stulecia w projektach kolonializmu osadniczego, który konsekwentnie posługiwał się wysyłaną za morze nadwyżką ludności metropolii.

Podobnie jak późniejsi przymusowi i dobrowolni uczestnicy osadnictwa w Ameryce, Afryce czy na Bliskim Wschodzie, dzieci z São Tomé wzięły udział w operacji przekształcenia skolonizowanych obszarów, które ich rękami zamieniano w zaplecze rodzących się gospodarek imperialnych. Mniej więcej w tym samym czasie gdy Fernandes pisał o São Tomé, na wyspie zaczęto uprawiać trzcinę cukrową i wyrabiać cukier na skalę przemysłową. Wraz z odległą o 1000 km na północny zachód Maderą wyspa zasiedlona porwanymi dziećmi stała się laboratorium nowych form porządku społecznego i gospodarki.

Twarda trzcina

W pewnym sensie sposób produkcji cukru wynaleziony na wyspach zachodniego Atlantyku narzuca specyfika samego surowca. Trzcina musi zostać poddana obróbce w ciągu 24 godz. od ścięcia, potem zaczyna gnić. Pola trzcinowe uprawiane od starożytności przez chłopów w Bengalu czy Chinach były na tyle małe, że do ścinania pędów i wyciskania z nich soku wystarczało rąk w gospodarstwie lub wsi. Motywowana zyskiem produkcja na większą skalę wymaga jednak nie tylko użycia maszyn i dużej liczby pracowników, ale także podziału i odpowiedniego tempa pracy oraz ścisłego nadzoru nad nią. Nic dziwnego, że już pierwsze plantacje przypominały fabryki przemysłowe. Wielu badaczy uważa, że w istocie nimi były. Z tą różnicą, że w okresie rewolucji przemysłowej fabrykanci nie musieli zmuszać nikogo do pracy. Robiła to za nich wizja śmierci głodowej wynikająca z tego, że robotnicy nie mieli już dostępu do innych sposobów zaspokojenia swoich potrzeb. Od XVI do XIX w. taka możliwość istniała, a zatem mało kto chciał pracować na plantacjach. Siłę roboczą trzeba było do tego zmusić i to właśnie stanowiło ekonomiczną bazę nowożytnego niewolnictwa w basenie północnego Atlantyku. Plantacje cukrowe stanowią nie tylko pierwszą postać i model kapitalistycznej industrializacji, dowodząc centralnej roli kolonizacji w akumulacji kapitału, lecz też jako takie podważają przekonanie, że kapitalizm równa się pracy najemnej.

Lecz to nie wszystko. Losy São Tomé i zdobytej przez Portugalczyków w 1419 r. Madery pokazują, że od swego zarania kolonializm stał się projektem przekształcania środowiska. Krajobraz obu wysp uległ gruntownej zmianie. Wyrównano karczowiska, a ich miejsce zastąpiły rozległe pola trzciny cukrowej. Na Maderze, mającej w najszerszym miejscu 60 km, wykopano 23 tys. km kanałów nawadniających plantacje. Rafinacja cukru pod okiem specjalistów sprowadzonych z Sycylii wymagała spalania ogromnych ilości drewna.

Co roku produkowano 2 tys. ton cukru, wycinając przy tym 500 ha lasów wawrzynowych.

Koniec cukrowej kariery Madery nastąpił w latach 30. XVI w., gdy lasu już zabrakło. System osiągnął swoją granicę środowiskową.

Plantacje nie produkowały na potrzeby zatrudnionych w nich niewolników czy europejskich mieszkańców wyspy, lecz na rynek metropolii. Przełomowe innowacje społeczne i technologiczne sprawiły, że po upadku plantacji na Maderze znacznie mniejsza São Tomé stała się największym dostarczycielem cukru do Starego Kontynentu. Tu właśnie w celu zwiększenia produkcji cukru opracowano pierwsze maszyny, które można nazwać przemysłowymi. Przy czym inaczej niż wcześniejsze kruszarki kołowe pracujące w gospodarstwach domowych, nowe dwuwalcarki przerabiały takie ilości trzciny, że trzeba było zwiększyć uprawy, a co za tym idzie, zwiększyć liczbę pracujących. To także na São Tomé po raz pierwszy doszło do utożsamienia niewolnego statusu siły roboczej z niebiałym kolorem skóry.

Wyspa szybko straciła pozycję ekonomiczną na rzecz Brazylii i Karaibów, ale cukrowa monokultura działała tam przez całe XVI stulecie. Kres położyło jej powstanie zbrojne 5 tys. zniewolonych pracowników w 1596 r. Pod wodzą niejakiego Amadora uciekinierzy z plantacji ukrywający się wcześniej w leśnych osiedlach zwanych mocambos przez dwa tygodnie zniszczyli większość instalacji, które przez dekady rujnowały życie ich i ich poprzedników. Zanim Amador został stracony, koronował się na rei, króla wyspy.

Dziś Wyspy Świętego Tomasza i Książęca czczą Rei Amadora każdego 4 stycznia, a jego wyobrażona twarz zdobi walutę kraju.

Nie zakończyło to historii plantacji. Po wypróbowaniu na wschodzie Atlantyku zostały one przeniesione na zachód, gdzie stały się kluczowym ogniwem gospodarczego trójkąta między Europą, Afryką i obiema Amerykami. Jego krwiobieg wyznaczyły trasy przemierzane przez tysiące statków wyładowanych cukrem, tytoniem, srebrem, bronią i zniewolonymi ludzkimi ciałami. Obarczony ogromnymi kosztami ludzkimi i ekologicznymi system plantacji cukrowych działał w rytm uniwersalnego cyklu i przenosił się z miejsca na miejsce niczym stado szarańczy. Pojawiał się w jakimś miejscu, wyjaławiał je, dostarczając krociowych zysków… i przemieszczał się dalej. Przez kolejne trzy stulecia jego trajektoria rozpoczęta na Maderze i São Tomé biegła do brazylijskiego Pernambuco i Bahii, potem na Barbados, a wreszcie na Jamajkę i Saint Domingue.

Słodycz Pax Mongolica

Cukier przyczynił się do wynalezienia plantacji i atlantyckiego niewolnictwa, ale to nie dzięki nim pojawił się w Europie. W I w. n.e. grecki lekarz i myśliciel Dioskurides nazywał go skoncentrowanym miodem – sakcharon – i umieszczał pośród substancji leczniczych. Wytwarzano go wtedy w Indiach, a nieco później także w Chinach i Persji. Na rządzonej przez Arabów Sycylii uprawy trzciny pojawiły się już w IX w., potem wyrosły w Al-Andalus na Półwyspie Iberyjskim oraz w Maroku i egipskiej delcie Nilu. Jak twierdzi autor klasycznej monografii cukru Swetnees and Power Sidney W. Mintz, „gdziekolwiek się udali, średniowieczni Arabowie przywozili ze sobą cukier, produkt i technologię jego produkcji”.

Ale tak naprawdę świat zachodni zawdzięcza cukier Mongołom i zmianom klimatycznym.

Bitwa pod Legnicą z 1241 r. nie ma w Polsce wielkiej prasy, a powinna, bo choć starcie zakończyło się katastrofalną klęską i śmiercią księcia Henryka Pobożnego, to zarazem bitwa należy do rzadkich epizodów w dziejach naszego kraju, które wpisują się w historię powszechną. Było to jedno z wydarzeń ustanawiających nowy porządek świata, a konkretnie: największe imperium w historii, które pod rządami Mongołów zapanowało w poł. XIII w. na rozległych obszarach Eurazji. Ustanowiony w ten sposób Pax Mongolica po paru wiekach przerwy ponownie otworzył starożytny Jedwabny Szlak, dzięki czemu jakieś 70 lat po bitwie legnickiej azjatycki cukier zaczął docierać do Europy Zachodniej. Karawany z cennym produktem przemierzały tę samą trasę, którą odbył poczet niejakiego Marco Polo, tyle że w drugą stronę. I Azjaci, i Europejczycy stali się beneficjentami ustanowienia olbrzymiej przestrzeni dla handlu, wymiany idei, proliferacji technologii, wynalazków. Oprócz jedwabiu, przypraw i srebra to cukier okazał się najbardziej pożądanym, ale też najrzadszym towarem gwałtownie rosnącego handlu eurazjatyckiego. W głośnej książce Europa na peryferiachpalestyńska historyczka Janet Abu-Lughod wskazuje, że był to kulminacyjny moment ekspansji systemu światowego ukształtowanego przed wyłonieniem się hegemonii zachodniej. Tej średniowiecznej globalizacji sprzyjały nie tylko okoliczności polityczne – podporządkowanie ogromnych obszarów Azji jednemu organizmowi politycznemu – lecz też klimatyczne. W Europie trwało bowiem średniowieczne optimum, ponad 500-letni okres łagodnej, ciepłej pogody. W Anglii uprawiano winogrona, norwescy osadnicy na Grenlandii wypasali bydło i siali pszenicę. Ludność Europy rosła jak na drożdżach, a dane archeologiczne dowodzą, że wraz z demografią podnosił się poziom życia. Ludzie byli wyżsi i zdrowsi, kwitła gospodarka, budowano miasta, a…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Glukozowe pułapki