Dziesięć lat temu, obserwując gasnącą hegemonię USA oraz rosnącą potęgę Chin, Graham Allison opublikował artykuł, w którym przestrzegał przed „pułapką Tukidydesa”. Ta metafora opisywała lekcję z historii: lęk mocarstwa przed utratą swojej pozycji i wzrost znaczenia pretendenta do zajęcia jego miejsca często prowadził do gwałtownych konfliktów – tak było choćby w V w. p.n.e. z Atenami i Spartą. Czy jesteśmy obecnie bliżej wpadnięcia w tę pułapkę?
Bez wątpienia stosunki chińsko-amerykańskie są dziś o wiele bardziej napięte niż dekadę temu.
Tezy Allisona, które potem rozwinął w książce Skazani na konflikt, były w Chinach szeroko dyskutowane. W pewnym momencie władze chińskie, zwłaszcza przedstawiciele MSZ, powoływały się nawet w dyskusjach międzynarodowych na tę publikację. Chińscy dyplomaci, nie do końca zgodnie z tym, co pisał autor, sprowadzali jej sens do ostrzeżenia: jeśli świat chce uniknąć globalnego konfliktu, to Stany Zjednoczone muszą częściej konsultować się z Pekinem i liczyć z jego zdaniem. W narracji Chin to zawsze USA eskalują konflikt, a Chiny stanowią głos rozsądku i porozumienia.
Co odpowiada za ten wzrost napięcia?
W dużej mierze samo uwarunkowanie strukturalne. Wynika ono z pozycji obu państw w systemie międzynarodowym oraz z ich modeli gospodarczych. Oczywiście swój wpływ ma też to, kto stoi na czele obu mocarstw, a więc Xi Jinping oraz Donald Trump. Obaj zbudowali swoją pozycję polityczną na obietnicy przywrócenia wielkości swoich ojczyzn, a także na wizerunku twardziela. Bezpośrednią konfrontację uważam za bardzo mało prawdopodobną, lecz spodziewam się, że mniejsze eskalacje zatrzymujące się przed progiem wojny będą nam w najbliższych latach towarzyszyć w miarę regularnie.
Chiny Xi Jinpinga postrzegają siebie jako wznoszące mocarstwo, a Stany jako odchodzącego hegemona?
Przekonanie, że przyszłość świata należy do Chin, zaczęło pojawiać się w chińskich elitach władzy już w latach 90. XX w. Dojście do władzy Xi Jinpinga wzmocniło tę retorykę i wiarę Państwa Środka we własne możliwości.
W 2017 r. minister spraw zagranicznych Wang Yi wprowadził do dyskursu najwyższych organów władzy hasło krążące w Chinach mniej więcej od 2009 r.: „gwałtowna zmiana, jakiej świat nie widział od stulecia”. Rok później powtórzył je sam Xi Jinping. Określać ma ono przekształcenia porządku światowego, które Chińczycy poetycko opisują za pomocą formuły: „Wschód się wznosi, Zachód opada”.
Chińskie elity są przekonane, że ich system polityczny góruje nad amerykańskim oraz że należy się im rola może nie globalnego hegemona – bo to nie jest ambicja Chin – ale państwa, które ma w systemie międzynarodowym najwięcej do powiedzenia. Polityka USA ostatnich miesięcy umacnia to przekonanie.
Retoryka o chińskim renesansie nie jest tylko propagandą na użytek wewnętrzny?
Na pewno odgrywa istotną wewnętrzną rolę. Xi Jinping i elita Komunistycznej Partii Chin skupiają się na problemach wewnętrznych w znacznie większym stopniu niż np. elita amerykańska.
Gdy mówimy o rywalizacji amerykańsko-chińskiej, warto pamiętać o danych. USA wydają na zbrojenia trzy razy więcej niż Chiny. Gospodarka amerykańska, licząc nominalnie, jest o połowę większa niż chińska, lecz patrząc na parytet siły nabywczej, chińska już jakiś czas temu wyprzedziła amerykańską. Ale dla oceny finansowych możliwości państwa na arenie światowej istotniejszy jest pierwszy wskaźnik.
Chiny lepiej prezentują się w dziedzinie technologii, gdzie odrobiły już dystans dzielący je od Stanów, a w takich obszarach jak produkcja dronów, samochodów elektrycznych czy odnawialnych źródeł energii nawet je wyprzedziły.
Wszystko to skłania elity chińskie do tego, by prowadzić bardziej asertywną politykę. Chiny bardzo dynamicznie rozszerzają takie formaty jak BRICS czy Szanghajska Organizacja Współpracy, zapraszając do nich kolejne państwa. Proponują nowe inicjatywy międzynarodowe, z których nawet jeśli nie wynika wiele, to kreują wizerunek państwa rozdającego karty.
Jak te inicjatywy postrzegają państwa, które Chiny próbują wciągnąć do współpracy?
Symptomatyczna była w tym kontekście parada organizowana w Pekinie 3 września br. w 80. rocznicę zakończenia wojny przeciw Japonii. Po prawicy Xi szedł Putin, po lewicy Kim Jong Un, za nimi liderzy kilku państw środkowoazjatyckich i afrykańskich. Swojego przedstawiciela nie wysłało żadne większe państwo demokratyczne. Daleko jesteśmy więc od momentu, gdy większość państw zacznie postrzegać Chiny jako globalnego lidera.
Mówił Pan o strukturalnych źródłach napięć między Chinami a Stanami. Które z nich są najważniejsze?
Pierwsze mają charakter wojskowy. Wynikają głównie ze zwiększającej się aktywności Chin na morzach Południowo- i Wschodniochińskim. Kluczowy jest jednak wymiar gospodarczy. Nie chodzi przy tym tylko o wojnę handlową. Napięcie wynika tu z odmienności dwóch modeli gospodarczych: amerykańskiego opartego na otwartym przepływie kapitału i wolnym handlu oraz chińskiego bazującego na gigantycznych inwestycjach wewnętrznych finansowanych długiem, przybierających często postać subsydiów dla chińskiego przemysłu. Te subsydia, zaczynając od taniej, wspieranej przez państwo energii, dają chińskiemu przemysłowi przewagi konkurencyjne i ułatwiają podbój kolejnych rynków poprzez wypieranie z nich amerykańskich, a także europejskich producentów. Na dłuższą metę USA i UE nie mogą akceptować takiej polityki.
Trzecie źródło napięć to proces pełzającego eksportu niektórych elementów chińskiego systemu politycznego. Na przykład związanych z rozbudową aparatu bezpieczeństwa, inwigilacją społeczeństwa, nieprzejrzystością władzy. To bardzo atrakcyjne rozwiązania dla wielu elit politycznych w Afryce i w Azji. Myślę w pierwszej kolejności o wideomonitoringu z funkcją rozpoznawania twarzy, który chińskie firmy zbudowały już w niektórych miastach Kenii. Co do zasady ma on służyć lokalizowaniu przestępców, jednak może być pomocny również w identyfikowaniu uczestników protestów politycznych, co jest standardowym zastosowaniem tej technologii w Chinach. A warto wspomnieć także Szkołę Przywództwa im. Juliusa Nyerere w Tanzanii, która stanowi próbę przeszczepienia modelu szkolenia kadr z Chin na grunt afrykański.
Trump już w trakcie pierwszej kadencji zdefiniował Chiny jako kluczowego rywala Stanów, nie zmieniła tego administracja Bidena. Jak zwrot amerykańskiej polityki był postrzegany przez chińskie władze?
Pierwsze salwy wojny handlowej odpalone przez Trumpa w latach 2017–2018 przyjęto w Chinach bez zaskoczenia. Dominowało przekonanie, że prędzej czy później musiało do tego dojść. W 2013 r. Carnegie Endowment for International Peace oraz China Strategic Culture Promotion Association, think tank założony przez emerytowanych generałów chińskiej armii, przeprowadziły sondaż wśród chińskich i amerykańskich elit. Wyniki zostały zaprezentowane w raporcie U.S.-China Security Perceptions Survey. I o ile w Stanach mało kto z elit rządowych postrzegał wtedy Chiny jako przeciwnika, o tyle w Chinach blisko jedna trzecia badanych polityków określała Stany jako wroga.
W ciągu prawie dekady od początku pierwszej kadencji Trumpa Chiny zrobiły dużo, by przygotować się do konfrontacji na szerszą skalę.
W jaki sposób?
Do 2017 r. zakładano, że celem polityki przemysłowej ma być modernizacja, że z czasem brudny przemysł będzie przenosił się z Chin do biedniejszych państw. Teraz władze są gotowe dotować też mało zaawansowany przemysł, by zapewnić sobie samowystarczalność. Tak by w sytuacji potencjalnego konfliktu nie okazało się, że Chinom brakuje fabryk odzieży, substancji czynnych do leków czy zakładów przetwórstwa żywności. Kierowano również dotacje do sektorów kluczowych dla światowej gospodarki, takich jak chociażby branża stoczniowa, technologie informacyjne, biomedycyna, by uczynić z Chin niezbędny element światowego systemu gospodarczego. Przygotowano też listę amerykańskich podmiotów, którym w razie konfliktów będzie można zablokować dostęp do chińskiego rynku.
Po pierwszych miesiącach drugiej kadencji Trumpa widać, że Chiny były przygotowane na każdy jego ruch.
Wszystkie ciosy, jakie Stany wyprowadziły przeciw Chinom od 2017 r., chybiły celu?
Było ich zbyt mało i były zbyt słabe, by faktycznie zaszkodzić Chinom. Gra na wywołanie kryzysu gospodarczego w Chinach – wydaje mi się, że do tego Trump dążył w pierwszej kadencji – wymagałaby długiego, systematycznego działania. Chiny dysponują potężnymi możliwościami kompensowania sobie strat, np. przez zwiększoną akcję kredytową. Jak choćby możliwości kierowania swojego eksportu do Stanów przez państwa trzecie, np. Wietnam, Meksyk czy Maroko – które ma jednocześnie umowę o wolnym handlu ze Stanami i z Chinami. Mogą wreszcie wypracować swoją nadwyżkę handlową w relacjach z innymi państwami.
Choć oczywiście nie jest tak, że polityka amerykańska nie wywiera wpływu na Chiny. W pewnym momencie wydawało się, że wyzwanie amerykańskim projektom AI rzuci chiński DeepSeek, trenując swoje modele na sprzęcie od rodzimych dostawców. Okazało się jednak, że chińskie chipy nie są dostatecznie wydolne i że potrzebny jest dostęp do amerykańskich. Tymczasem amerykańskie władze zakazały eksportu chipów do Chin, a chińskie importu ze Stanów. Przedstawiciele DeepSeek próbowali przekonać władze, że amerykańskie chipy są im niezbędne i trzeba jakoś rozwiązać tę sytuację.
Chiny mają narzędzia, by w podobny sposób zaszkodzić amerykańskiej gospodarce?
Kontrola eksportu metali ziem rzadkich. Co prawda udział Chin w wydobyciu tych minerałów spadł do ok. 60% światowej produkcji, jednak jeśli chodzi o przetwórstwo sprawiające, że one są użyteczne w przemyśle, przy niektórych Chiny mają praktycznie monopol.
A metale ziem rzadkich są kluczowe dla produkcji zielonych technologii, elektroniki, najnowocześniejszego uzbrojenia.
Firmy, które chciały kupić takie metale w Chinach, musiały zdobyć licencję. Przejść przez cały biurokratyczny proces, który w zależności od interesu Pekinu może trwać od 3 dni do 3 miesięcy.
Jak skończy się obecna wojna gospodarcza Stanów z Chinami? Dojdzie do porozumienia? Będzie postępował decoupling, odłączanie się od siebie dwóch największych gospodarek świata?
Niezależnie od wszystkich napięć na linii Stany–Chiny nie wierzę w pełny decoupling.
Pierwszą wojnę handlową Trumpa zakończyło w lutym 2020 r. coś, co nazwane zostało „porozumieniem pierwszej fazy”. W jego ramach Chiny zobowiązały się do zakupu amerykańskich produktów, głównie rolnych określonej wartości, a Stany do obniżenia ceł. Ostatecznie ani cła nie zostały obniżone, ani Chiny nie dokonały deklarowanych zakupów. Chwilę później w Stanach władzę przejął Joe Biden – jego administracja nie tylko podtrzymała cła Trumpa, ale też nałożyła na Chiny szereg ograniczeń, np. wspomniany eksport zaawansowanych chipów.
Bardzo więc możliwe, że cła na poziomie 50% utrzymają się do końca kadencji Trumpa, a dopiero następna administracja, zwłaszcza jeśli utworzą ją demokraci, będzie myśleć, co z nimi dalej zrobić. W Chinach z kolei tak długo, jak rządzi Xi, nic się raczej nie zmieni, bo obecna władza jest przekonana, że Chiny ostatecznie wygrają wojnę handlową.
Trump swoją chaotyczną polityką sprzyja długoterminowym chińskim interesom? Wystarczy, by Chińczycy usiedli i czekali, aż rzeka wyrzuci zwłoki ich wrogów?
W Chinach przed wyborami trwała dyskusja, kto byłby lepszym prezydentem z ich punktu widzenia: Trump czy Harris. Po ponad pół roku rządów Trumpa reakcją w Chinach jest poczucie ulgi. Jego polityka jest bowiem tyleż antychińska, ile chaotyczna i nieprzemyślana.
Trump obniża międzynarodowy status USA, a chińskie elity nie czekają biernie, aż rzeka przyniesie trupy – działają aktywnie, by wykorzystać błędy Trumpa.
Spójrzmy na Indie. Trump najpierw nałożył na nie pierwsze cła jako karę za deficyt, jaki Stany mają z nimi w relacjach handlowych, następnie kolejne…