Kilka lat temu kupowałem polisę na wyjazd na Kaukaz. Okazało się, że to „wyjazd transkontynentalny” – Gruzję ubezpieczyciel uznał za część Europy, a Armenię Azji. To zasługa gruzińskiej transformacji, że nie pojechałem na „wyjazd azjatycki” i że Gruzinom udało się przekonać świat, że są „swoi”.
Ale na Zachodzie wciąż idziemy na łatwiznę: w Gruzinach widzimy marzących o integracji z Unią Europejską i NATO górali, a w Saakaszwilim prześladowanego demokratę. Tymczasem integracja z Zachodem to dla tamtejszego społeczeństwa sprawa niepriorytetowa, ustępująca miejsca ogromnej biedzie i przymusowej emigracji czy kilkudziesięcioprocentowemu bezrobociu, a Saakaszwili nie był demokratą tylko reformatorem. Wiemy mało: nawet nazwę ich stolicy często zapisujemy z błędem.
Pod nowymi sztandaramiPierwsza kadencja prezydentury Micheila Saakaszwilego to lata 2004–2008 i czas wschodnioeuropejskiej kolorowej euforii. To rewolucja róż w Gruzji, pomarańczowa rewolucja na Ukrainie, próba dżinsowej rewolucji na Białorusi. Wówczas Zachód uwierzył w Europę Wschodnią po raz drugi od upadku Związku Radzieckiego. Środki na pomoc rozwojową popłynęły szerokim strumieniem. Druga fala przemian symbolicznie zaczęła się…