Subskrybuj
Widok na kamieniołomy w Rummu, fot. Kazimierz Popławski
fot. Kazimierz Popławski
Absolwent Instytutu Stosunków Międzynarodowych UW. W ramach wymian studiował trzy semestry na uniwersytecie w Tartu w Estonii. Twórca portalu estońskiego Eesti.pl oraz serwisu Przegląd Bałtycki – www.przegladbaltycki.pl.

Estonia po rosyjsku

Jeśli w Europie mówi się o Estonii, to najczęściej w kontekście dwóch tematów – o niesamowitym sukcesie modernizacji kraju albo o licznej mniejszości rosyjskojęzycznej. Ta pierwsza kwestia sprawia, że niewielki kraj nadbałtycki jest wynoszony pod niebiosa. Natomiast niemal każda wzmianka o mniejszości złowieszczy wojnę. Między tymi dwoma skrajnościami jest mniej spektakularne, ale prawdziwe codzienne życie.

Moje podróże do Estonii mają swoją historię – od dekady co roku tam wyjeżdżam, przysłuchuję i przyglądam się ludziom, najczęściej w stolicy. W Tallinnie mieszka 435 tys. mieszkańców. Trochę mniej niż w Gdańsku, trochę więcej niż w Szczecinie. Są porty, plaże, widok na morze, jest hanzeatycka historia, są zabytki, blokowiska. W estońskiej stolicy głosy rozkładają się jednak trochę inaczej. Gdyby zapomnieć o gremialnie przybywających tutaj turystach, przede wszystkim z Finlandii, wówczas na ulicach niemal naprzemiennie słychać język estoński i rosyjski. Są oczywiście dzielnice, gdzie przeważa estoński, są też okręgi głównie rosyjskojęzyczne – jak chociażby Lasnamäe, której estetykę i skład etniczny kształtowała polityka sowiecka. Jest też kosmopolityczna enklawa – Vanalinn, a więc Stare Miasto, gdzie latem przebywają głównie turyści. Moje ulubione miejsce na przemyślenia to Linnahall. Miejska hala widowiskowa z widokiem na morze zbudowana w czasach sowieckich. Typowa architektura poprzedniej epoki – morze szarego betonu i setki stopni. (Dokąd miały zaprowadzić te schody?) Widać stąd Patarei – dawne koszary i więzienie, widać też porty,…

Zyskaj nielimitowany dostęp do wszystkich artykułów, e-wydań i archiwum

  • Pełny dostęp do wszystkich artykułów
  • Każdy nowy numer od razu w e-wydaniu
  • Archiwum numerów zawsze pod ręką

Artykuł pojawił się w numerze: Po feminizmie