W dolnym prawym rogu wystaje Morze Azowskie. Próbowałem sprawdzić, jak wtedy znaczono granice, bo raczej nie pokrywały się z naturalnymi barierami jak rzeki, choćby na południowym wschodzie na Dzikich Polach, gdzie tworzyły dziwnie regularny łuk. Pomogli eksperci z portalu historycy.org – to Szlak Murawski, którym Tatarzy wybierali się na handel, a przede wszystkim po kolejne łupy. Granicy strzegły ziemne kopczyki, w które wbijano często dębowe pale. Dodatkowo budowano twierdze, z których granic pilnowały patrole. Inaczej było na Wschodzie, gdzie kopano rowy albo stawiano zasieki, żeby zapobiec nielegalnym imigrantom z Rosji. Tak wyglądało to teoretycznie, bo rzadko kto potrafił ujarzmić bezkres Wschodu, i często przypominało to raczej płótna Brandta z wizjami kozackich obozów – step, białe od żaru kamienie i raczej obietnica egzotycznej śmierci niż przygody. Słonim w pobliżu Prypeci, podkreślony przerywaną linią, co znaczy, że odbywały się tam sejmiki szlacheckie, leżał dokładnie w środku kraju. Tam jechaliśmy z granicy w Terespolu.
*
Dziesięć lat temu przypominało to powstanie. Torby z poliestru porywał wiatr. Pod dworcem w Terespolu stały setki ludzi, pomiędzy którymi błyszczały butelki przemycanej wódki. Jedni kucali skupieni, inni, jakby nieco zawstydzeni, stali nieruchomo pod ścianą, pozostali wciskali człowiekowi do kieszeni białoruskie fajki. Po drugiej stronie granicy było ciekawiej, bo tam się zbroili. Półnadzy, zlani potem faceci w kolejowym kiblu stali z podniesionymi do góry rękami, pozwalając obkleić się taśmą w szeleszczącą zbroję z paczek papierosów. Przechodzili przez wagon czujnie, szybko i z błyskiem w oku. Blond gwiazdą pociągu była pani Krysia, chyba spod Siedlec, która owijała wokół palca wracających ze Wschodu backpackersów barwnymi opowieściami o swojej intelektualnej przeszłości w pracy z pouczającymi i atrakcyjnymi towarzysko delegacjami, niezauważenie wciskając im w dłonie kolejny szmugiel. Paszporty sprawdzali wtedy w pociągu, który zatrzymywał się zaraz za Bugiem. Spocony białoruski pogranicznik w rozchełstanym mundurze oczywiście wyciągnął od nas łapówkę, całe pięć dolarów, bo dopatrzył się jakiejś nieścisłości w wizie.
Teraz pod dworcem nie było prawie nikogo prócz kilku podróżnych. Strzałki poprowadziły nas do kontroli paszportowej przez sieć nowych szklanych korytarzy z ostrzeżeniami unijnymi o zakazie wwozu nabiału ze Wschodu. Chyba nawet pociąg zmienili. Tamten był dłuższy, ten składa się już tylko z dwóch wagonów, ale w środku jest tak samo – typowe wagony z klasą „plackartnyj”, czyli półotwartymi boksami z łóżkami i stolikiem pomiędzy nimi. W korytarzu stały kupione w Polsce telewizory plazmowe. Latem w pociągach jest duszno i co chwilę słychać syk, gdy ludzka skóra odkleja się od tej sztucznej na siedzeniu. Ludzie tylko szeptali.
Jestem gotów przyznać, że rosyjski to najpiękniejszy język na świecie w szepcie, najlepiej kobiecym.
Tak było w pociągach w Irkucku, Omsku i na Kaukazie. Jakby ten język, bo przecież nie włoski czy niemiecki, stworzony był tylko do szeptu, co najwyżej mówienia półgłosem, z tymi miękkimi „sz” i „ć”, które nie tyle usypiają, ile wprowadzają w stan dawno wyczekiwanej błogości nieosiągalnej przez sen.
Trwało to tylko do dworca w Brześciu, bo tam dostaliśmy od celniczki pierwszy ochrzan, w którym rosyjski ujawnił swoje drugie oblicze w rejestrze krzyku. Nie zapytaliśmy w porę o karty imigracyjne, które trzeba wypełnić, a jej śpieszyło się do domu. Była zupełnie jak wyszkolone do bycia życzliwymi stewardesy Aeroflotu, które kiedyś podczas lotu z Warszawy do Moskwy zachowywały się tak, jakby dosłownie miały ochotę wszystkim przywalić. Wystarczy przyjechać tu kilka razy, by wziąć to za dobrą wolę i kwitować uśmiechem zdegustowanie kompanów podróży.
Wtedy leciałem pierwszy raz nad Białorusią. Pogoda była piękna i na dole dokładnie było widać przebieg granicy. Od Warszawy szachownica żółtych pól i nagle ciemnozielony nieprzerwany bór. Długo myślałem, że to złudzenie, ale z dołu wygląda to podobnie, jakby Unia wyznaczała na Wschodzie niewidzialną i szczelną barierę, o którą rozbijają się billboardy i banery, narastając bezładnie gdzieś od Białej Podlaskiej.
Nic, żadnych reklam przy drodze. Pierwszą miałem zobaczyć dopiero w Słonimiu niedaleko pomnika Lenina. Nic, tylko lasy, pola i wielkie, skupione stada bydła w oddali pod czarną kreską puszczy. Puste, równe drogi o łagodnych zakrętach, pustawe stacje benzynowe z kiblami, w których wszystko wygląda inaczej, bo pokrywają je jakąś dziwną boazerią. Zadbane puste przystanki autobusowe z nowymi tabliczkami z nazwami miejscowości, pomalowane w trzy kolorowe poziome pasy. Wzrok przywykły do bardziej wymagającego pejzażu filuje za zmianą, ale nic takiego nie następuje. I żadnego najmniejszego śmiecia. Sasza przyjechał po nas do Brześcia. Opowiadał, że gdy z jadącego okna wypada butelka, to pewnie prowadzi Polak albo Rosjanin, bo Białorusinów podobno Łukaszenka skutecznie oduczył śmiecić. Jechaliśmy przenocować pod Puszczą Białowieską w jego chałupie.
W chałupie, bo to stary drewniany dom, jak pozostałe we wsi. Sklep na kółkach, czyli awtomagazin, przyjeżdża tu dwa razy w tygodniu, jak w większości białoruskich wsi. Sasza wykupił pół wymarłej wsi z pięć lat temu i ją odremontował. W dwóch innych chałupach mieszkają dwie ostatnie staruszki. Wyglądają na bardzo wiekowe, ale, jak mówi Sasza, same całe lato chodzą po drewno do lasu, a jedna z nich obrabia kawał pola, któremu nie podołałby niejeden młodzieniec. To jest na Wschodzie reguła – ci najstarsi w odległych wsiach zbliżają się do obcego tym posuwistym, tak wolnym, a przecież czuć, że wytężonym krokiem i gdy tylko oprą się o sztachety, nabierają wdechu, by móc po rytualnym powitaniu jak najszybciej przejść do długiej opowieści, którą trzeba im w końcu przerwać, bo jej puenty nie widać; bo gdzie do puenty, gdy tematem jest droga, do jakiej powszechnie u nas nie przywykliśmy: wojenne migracje od Nowogródka po Kazachstan, od Berlina po Wołkowysk, podczas których selekcja szczegółów jest najwyraźniej tyleż trudna, ileż bezsensowna. Stałem przy płocie i kiwałem głową, aż zapadła noc.
To jest stary strach przed opuszczonym ludzkim osiedlem, który wzmaga się w takich miejscach w nocy. Przewrócone wiadra, ulęgałki w miskach pełnych starej wody i, nie daj Bóg, jakiś pies na łańcuchu bez właściciela, który wyszedł nie wiadomo kiedy, po co i gdzie. Przyroda da się łatwo lubić, jednak nie w takich okolicznościach. Ptak piszczał gdzieś blisko w lesie coraz wyżej i wścieklej. Kiedyś mieszkało tu wielu ludzi. Zapaliliśmy ognisko. Otworzyliśmy miejscowy bimber na chlebie. Nietrudno o niego, bo leśnicy organizują sobie ogólnokrajowy konkurs i walczą o tytuł najlepszego bimbrownika. A leśniczówka jest niedaleko.
Deszczu nie było całe lato jak u nas, dlatego polana płonęła szybko i czysto. O świcie jest tylko trochę lepiej, bo to bukoliczność, za którą ktoś zapłacił tu zbyt wysoką cenę, bezruch późnego lata, na chwilę przed odjazdem na zawsze.
*
Do tej pustki nie można szybko przywyknąć. widok pięknej, modnie ubranej matki spacerującej z wózkiem przez pustą osłonecznioną wieś, po której swobodnie hula wiatr, wywołuje natarczywy, choć nie wiadomo czy uzasadniony, odruch współczucia. Ale gdy człowiek nie wie nic o kraju, do którego wjechał, umysł ślizga się łatwo po powierzchni rzeczy, niedostępnej już od spodu wytrawnym badaczom i tuziemcom, i zadaje proste pytania, które zwykle sprawiają kłopot. Tak było i tym razem.
Sasza, próbując na nie odpowiadać, prowadził przepisowo, unikając dróg, na których stoi policja. Z radia leciało Super goodgrupy Leningrad. Mówi płynnie po polsku, jak wielu ludzi z Brześcia. Chorobę społeczeństwa obserwował wnikliwie, gdy pracował jako terapeuta w Brześciu w jednej z instytucji państwowych. W końcu kazali mu pytać pacjentów o stosunek do władzy. Uciekł do lasu. W październiku nie poszedł na wybory, bo wybory przyjechały do niego. Urnę przywożą pod dom i pukają. Ostatnio była niezapieczętowana. Przed wyborami zawsze jest taniej, ale ceny po ich zakończeniu na pewno szybko wzrosną. Z powodu tegorocznych upałów rząd Białorusi wprowadził zakaz wchodzenia do lasu. Nie uświadczysz w nim człowieka. Sasza potrafi mówić tak, że nie można w żaden sposób odczytać emocji, zostaje goła…