Niedawno brałam udział w seminarium filozoficznym o książce Tzvetana Todorowa Podbój Ameryki, podczas którego studenci oceniali konkwistę, m.in. ktoś podał przykład, jak konkwistadorzy sprawdzali naostrzenie mieczy: ścinali głowy autochtonom. Rozmowa zachęciła jednego z doktorantów filozofii do następującego porównania: dziś muzułmanie zachowują się tak jak konkwistadorzy wówczas – my do nich z otwartymi rękami, a oni do nas z mieczem. W rozumowaniu tego przecież wykształconego człowieka uderza ahistoryczność sądów, nieznajomość faktów, błąd prezentyzmu i brak proporcji. Nade wszystko zaś przebija w nim przekonanie, że ludzi trzeba dzielić na stosujących przemoc i niestosujących przemocy, jakby dotyczyła ona tylko szczególnych, wybranych grup ludzkich – przede wszystkim zaś muzułmanów.
W 1980 r. francuski orientalista Maxime Rodinson zachęcał Europejczyków do wglądnięcia w islam, ponieważ – jak twierdził w książce La fascinacion de l’Islam – „znajomość islamu i jego obrazów, szczególnie w tych czasach, może być ważnym kluczem do zrozumienia świata. Wielu z nas boi się dziś islamu. (…) Muzułmańskie ludy to nieuprzywilejowane masy tego świata. Całkiem naturalnie dążą do poprawienia swojej sytuacji i sięgną po każde środki, dobre czy złe, by osiągnąć cel. To fundamentalna zasada…